piątek, 3 sierpnia 2012

Nasze polskie wieloryby

Historia była taka.

W XVIII wieku na wybrzeżu Bałtyku, w okolicach Rewalu, pojawił się wieloryb. Wielki to był wieloryb, jak to zresztą wieloryb. Na początku myślano, że to nowa wyspa, coś jak drugi Wolin, ale wtedy wieloryb wystrzelił fontannę wody i wszystko stało się jasne. Rybacy stwierdzili: niezła gratka nam się trafiła, ale będzie jedzenia, na dwie zimy starczy. Postanowili więc go wyciągnąć na ląd. Niestety, sprawa nie była prosta, bo wieloryb mały nie jest. Najpierw podeszli do tematu tak, jakby to była po prostu duża ryba. Zszyli wszystkie sieci, które mieli, w jedną wielką sieć, ale starczyła i tak tylko na może ćwierć wieloryba, a gdy spróbowali pociągnąć, rozpruła się od razu. Zafrasowali się nielicho, ale że rybacy to sprytne chłopy, wpadli na kolejny pomysł. Stwierdzili, że przywiążą mu do ogona linę od kościelnego dzwonu i wyciągną go końmi. Zaczęli więc pożyczać konie z okolicznych wsi, aż zebrali już ich ze sto, ale nawet setką koni nie ruszyli wieloryba ani o pół długości flądry. Siedli na plaży rybacy i już nie wiedzieli, co tu począć. I tak by siedzieli pewnie do dziś bez żadnego pomysłu, aż w końcu na Bałtyku zerwał się wielki sztorm, i  przypadkiem wyrzucił zwierzę na brzeg. Rybacy natychmiast wieloryba poćwiartowali, zrobili zapasy tranu na dwie, albo i trzy zimy, a szkielet wstawili do kościoła w Trzęsaczu, żeby lepiej podtrzymywał sklepienie, bo robota miejscowego mistrza murarskiego pozostawiała wiele do życzenia. Gdy kościół zaczął się burzyć, bo morze przyszło odebrać wieloryba, przenieśli szkielet do katedry w Kamieniu Pomorskim. Jednak stamtąd kości w tajemniczy sposób zniknęły – mówi się, że w czasie wielkiego sztormu.

W tej chwili na pamiątkę po wielorybie mamy tylko metalowe szkielety. Dobre i to. Przynajmniej można sobie wleźć w wieloryba.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...