niedziela, 5 sierpnia 2012

Historia o Zielenicy


W dawnych czasach w Bałtyku łatwo było spotkać zielenice. To takie bałtyckie syreny, które sobie pływały, śpiewały i generalnie dobrze się bawiły, a jak je rybacy zobaczyli lub usłyszeli, to od razu lepiej im ryby brały. Czasem takie zielenice zaplątywały się w sieci, no ale jakoś to się zwykle dobrze kończyło. Aż do momentu, gdy na Pomorzu wprowadzono chrześcijaństwo.

W okolicy Trzęsacza pewnego razu zielenica (która jak wiadomo była córką króla Bałtyku), zaplątała się w rybackie sieci. Akurat tak się zdarzyło, że wyjątkowo trudno było się jej wyplątać, więc rybacy musieli wciągnąć ją na łódź. Wtedy zobaczyli, że w sumie taka zielenica wygląda jak zwyczajna dziewczyna, pomijając oczywiście kwestię wielkiej płetwy. A że były to czasy, gdy nawracanie było w modzie, zawlekli ją na ląd, do kościoła, no bo nie wypadało jednak mieć za sąsiadkę poganki.

Zielenica krzyczała i płakała, no ale co było robić. Proboszcz kazał, więc wrzucili ją rybacy do wielkiej balii, postawili w kościele, a ksiądz ją ochrzcił. Ciężko jej było bez morza, ale żeby chrzest się dobrze przyjął, ksiądz postanowił zostawić ją w kościele na noc. Tak na wszelki wypadek. Rybacy wprawdzie przeczuwali, że coś jest nie tak, ale kiedy w końcu wyważyli po zmroku kościelne drzwi, okazało się, że zielenica z tęsknoty za morzem zmarła. Balia to jednak słaba namiastka morza.

Król Bałtyku oczywiście się nieźle wkurzył. Sztormy zaczęły się natychmiast i trwały trzy tygodnie bez ustanku. Nikt nie mógł nawet wypłynąć na ryby. Potem trochę zelżały, jak królowi minął pierwszy gniew, ale fale jęły uderzać w brzeg Trzęsacza ze zdwojoną siłą. Po latach morze zabrało dwa kilometry lądu, który oddzielał kościół od wody, aż w końcu ściany runęły. Zajęło to jednak sporo czasu. Miejsce, gdzie została pochowana zielenica, wróciło do Bałtyku dopiero ponad 300 lat po jej śmierci.

Ludzie nauczyli się przepraszać Króla Bałtyku, usypując na piasku kręgi. To takie same kręgi, jakie tworzą się, gdy zielenica wskoczy do morza. Żeby wszystkie morskie stworzenia wiedziały, że mieszkańcy pamiętają, że zielenice należy do morza wrzucać, a nie wyciągać na brzeg. Zwyczaj pozostał do dziś. Podobnie jak ostatnia ściana kościoła.

Syreny jednak w Bałtyku już nie śpiewają. Co najwyżej - okrętowe.




piątek, 3 sierpnia 2012

Nasze polskie wieloryby

Historia była taka.

W XVIII wieku na wybrzeżu Bałtyku, w okolicach Rewalu, pojawił się wieloryb. Wielki to był wieloryb, jak to zresztą wieloryb. Na początku myślano, że to nowa wyspa, coś jak drugi Wolin, ale wtedy wieloryb wystrzelił fontannę wody i wszystko stało się jasne. Rybacy stwierdzili: niezła gratka nam się trafiła, ale będzie jedzenia, na dwie zimy starczy. Postanowili więc go wyciągnąć na ląd. Niestety, sprawa nie była prosta, bo wieloryb mały nie jest. Najpierw podeszli do tematu tak, jakby to była po prostu duża ryba. Zszyli wszystkie sieci, które mieli, w jedną wielką sieć, ale starczyła i tak tylko na może ćwierć wieloryba, a gdy spróbowali pociągnąć, rozpruła się od razu. Zafrasowali się nielicho, ale że rybacy to sprytne chłopy, wpadli na kolejny pomysł. Stwierdzili, że przywiążą mu do ogona linę od kościelnego dzwonu i wyciągną go końmi. Zaczęli więc pożyczać konie z okolicznych wsi, aż zebrali już ich ze sto, ale nawet setką koni nie ruszyli wieloryba ani o pół długości flądry. Siedli na plaży rybacy i już nie wiedzieli, co tu począć. I tak by siedzieli pewnie do dziś bez żadnego pomysłu, aż w końcu na Bałtyku zerwał się wielki sztorm, i  przypadkiem wyrzucił zwierzę na brzeg. Rybacy natychmiast wieloryba poćwiartowali, zrobili zapasy tranu na dwie, albo i trzy zimy, a szkielet wstawili do kościoła w Trzęsaczu, żeby lepiej podtrzymywał sklepienie, bo robota miejscowego mistrza murarskiego pozostawiała wiele do życzenia. Gdy kościół zaczął się burzyć, bo morze przyszło odebrać wieloryba, przenieśli szkielet do katedry w Kamieniu Pomorskim. Jednak stamtąd kości w tajemniczy sposób zniknęły – mówi się, że w czasie wielkiego sztormu.

W tej chwili na pamiątkę po wielorybie mamy tylko metalowe szkielety. Dobre i to. Przynajmniej można sobie wleźć w wieloryba.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...