środa, 25 kwietnia 2012

Gibraltar


Na Gibraltar z Barcelony jest kawałek drogi. Najpierw podróż samolotem do Malagi (jakieś 2h lotu), potem autobus do Algeciraz (prawie 3h), a potem kolejny autobus do La Linea de la Concepcion (z godzina, bo to bliska odległość, więc dużo przystanków).

Gibraltar to takie śmieszne miejsce - enklawa brytyjska w Hiszpanii.  Na dość płaskim wybrzeżu leży sobie jedna ogromna biała skała, którą widać dobrze z daleka, i która tworzy taki niezbyt wielki półwysep - i to właśnie jest Gibraltar. Po stronie hiszpańskiej przylega do niego małe miasto o długiej nazwie - La Linea de la Concepcion, do którego można się jakkolwiek z Hiszpanii dostać, i to w sumie tyle.

Z centrum La Linea do granicy jest może 300 metrów. Granica jest pełną gębą, a jakże - kontrola paszportowa, konieczność obejrzenia plakatu "Gibraltar - miasto Miss World 2009", celnicy itp. Niemniej wszystko przebiega bardzo sprawnie i strumień ludzi i samochodów płynie nieprzerwanie w obie strony. Zaraz za granicą przechodzi się przez… środek pasa startowego lotniska w Gibraltarze. Jest mało miejsca, więc tak to właśnie wygląda. Jak startuje albo ląduje samolot, to ruch pieszy i samochodowy jest na chwilę wstrzymywany (miałem okazję się załapać). A za lotniskiem kilka kroków i już się jest w centrum miasta. W sumie - jakieś 15 minut piechotą.

Piętnaście minut, ale jest się w kompletnie innym świecie. Gibraltar jest brytyjski pełną gębą. Żółte krawężniki, czerwone budki telefoniczne, charakterystyczna architektura, brytyjskie sklepy, funty jako waluta (choć wszędzie poza pocztą można płacić też w euro) - wszystko jak w każdym małym brytyjskim mieście, przy czym tu dodatkowo nagromadzone w większej ilości, bo jednak do innego brytyjskiego miasta dość daleko. Fajne to. Tylko jeździ się prawą stroną ulicy, no i pogoda zupełnie nie angielska - pełne słońce i wszędzie palmy.

Oczywiście pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było tradycyjne zjedzenie all day breakfast (w okolicach 16 było w sam raz). Smakuje jak na wyspach.

Gibraltar miał ciekawą historię, bo to początkowo była twierdza Maurów, ze dwa razy odbijana przez Hiszpanów, aż w końcu przejęli ją Brytyjczycy. Ślady tego widać wyraźnie, no bo jest mauryjski zamek, arabskie łaźnie, ale przede wszystkim całe miasto wygląda jak forteca. Wszędzie umocnienia, tunele obronne, co dwa kroki jakaś armata.

Samo miasto zajmuje większą część płaskiego terenu półwyspu, poza ogromnymi obszarami przemysłowymi (bo to jednak spory port) i kilkoma plażami. Reszta to wielka i bardzo spektakularna Skała (The Rock), o wysokości jakichś 400m, na której w sumie jest park. Skała jest dość stroma, wjeżdża tam kolejka linowa, a główna atrakcja to jedyna w Europie dzika populacja małp (magoty gibraltarskie), które łażą sobie tam wszędzie w dużych ilościach, skaczą po samochodach i np. włażą na głowy ludziom (ja miałem małpę na głowie, więc cel mojej podróży zaliczony!). Trzeba tylko uważać, bo czasem też kradną torebki i co tam popadnie, jak to małpy.

Nie wiadomo, czy małpy są tam od zawsze, być może ktoś je dawno temu sprowadził, ale nawet jeśli, to zadomowiły się świetnie i teraz mamy własne, europejskie małpy.

Poza tym jest też Jaskinia Św. Michała, z dość spektakularnymi stalaktytami, używana obecnie jako sala koncertowa.

Historycznie The Rock to jeden z dwóch Słupów Heraklesa (drugi jest po drugiej stronie cieśniny w Afryce), które symbolizowały kraniec antycznego świata.

Na samym końcu półwyspu jest miejsce, które nazywa się Europa Point (taki jakby koniec Europy, bo stąd do Afryki jest jakieś 20 km - po drugiej stronie cieśniny widać bardzo dobrze hiszpańską enklawę w Maroku, czyli Ceutę). A w tym Europa Point stoi… wielki meczet. Zresztą bardzo ładny.

Po mieście chodzi się bardzo przyjemnie, bo jest bardzo ładne. Dość typowo angielskie, ale z uwagi na nagromadzenie wszystkiego - bardzo ciekawe. No i fakt, że jest zbudowane na stosunkowo niewielkiej przestrzeni dodaje mu dużo uroku. Chodniki często zwężają się do uliczek, które ni stąd ni zowąd przecinają kawałek góry tunelem, a potem prowadzą dalej, itp. No i widoki na Afrykę, Algeciraz i masę statków są fajne.

Na Gibraltarze płaci się funtami, ale monety mają własne (tzn. są to po prostu dodatkowe wzory). Na bodajże pięciopensówce jest nawet małpa! Podstawowe danie, które we wszystkich lokalnych knajpach jest na pierwszym miejscu (podejrzewam, że jedynie z uwagi na turystów), to oczywiście Fish & Chips (aczkolwiek nie sprawdziłem, czy podają na gazecie).

W każdym razie - polecam, bo to bardzo interesujące miejsce. Zresztą z ciekawą też historią współczesną - UK bardzo chciałby wcisnąć Gibraltar Hiszpanii, ale ludność Gibraltaru jest właściwie jednomyślnie przeciw, i nikt w zasadzie nie wie, co z tym zrobić.


Przejście przez lotnisko – czekamy, aż wystartuje samolot.


Moorish Castle, do niedawna więzienie.

Pub.


Alameda Gardens – ogród botaniczny.

Europa Point i meczet. Widok w stronę wyspy, za plecami Afryka.

Main Street.
Magot gibraltarski, czyli nasza (unijna) małpa.

St Michael's Cave.

Małpa na głowie. Ja też taką miałem!

The Rock. Afryka w tle (tu akurat słabo widoczna).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...