środa, 25 kwietnia 2012

Andora


Dawno temu Francja i Hiszpania pokłóciły się o kawałek terenu w Pirenejach. Żeby uprościć sobie życie, stworzono księstwo – a właściwie współksięstwo, bo kraj rządzony przez dwóch książąt - taki jakby wspólny. Mający pewną autonomię, ale jednak należący do obu stron. A że kraj leżał w Dolinie Andory, nazwany został Księstwem Andory.

Kraj mało kogo interesował, no bo i nic ciekawego w nim nie było. Ot, trochę gór, ciężko było tam dojechać, a i ludzi nie za wiele. Dlatego przez nikogo nie niepokojony dotrwał spokojnie do naszych czasów, nominalnie wciąż pozostając współksięstwem, ale tak realnie będąc niepodległym państwem.

No, państewkiem. Andora to w sumie chyba trzy górskie doliny na krzyż i kilkanaście miejscowości. Niezbyt dużych, bo w sumie mieszka w całym kraju jakieś 70.000 ludzi. Głowami państwa wciąż są "książę" Francji (tzn. książę Nicolas Sarkozy) i jakiś hiszpański biskup, a ustrój feudalny w końcu zniesiono już gdzieś w połowie lat 90-tych. Andora nie należy do Unii Europejskiej, ale należy do Schengen i ma euro (jak widać, można i tak), więc problemu z dostaniem się tam nie ma.

Główny przemysł Andory w tej chwili to turystyka, ale głównie taka związana z górami – narty itd. Zwiedzania tam dużo nie ma, niemniej warto zawsze zobaczyć.

Wybraliśmy się tam na całodzienną wycieczkę z Barcelony. To nie jest daleko, jakieś dwie i pół godziny jazdy, choć większość czasu jedzie się autostradą. Widoki po drodze są bardzo fajne, szczególnie jak zbliżają się Pireneje i na horyzoncie zaczynają majaczyć ośnieżone szczyty. A potem jest jeszcze lepiej, bo i wielkie jezioro w górach (z jakimś zamkiem na środku), i dużo fajnych tuneli, i bardzo urokliwe doliny.

Granica istnieje, a jakże (mimo że Schengen); w drodze powrotnej celnik nawet postanowił coś sprawdzić. Kazał wysiąść z samochodu, otworzyć bagażnik, zapytał o papierosy. Powiedzieliśmy, że nie mamy. On zapytał, czy na pewno. My, że na pewno. To możecie jechać. Fantastyczna robota, w ten sposób łapią zapewne ogromną liczbę przemytników.

Najpierw pojechaliśmy do stolicy kraju - miasta Andorra la Vella. Od granicy to niedaleko (zresztą tam wszędzie jest blisko), po drodze same salony samochodowe. Miasto - trudno powiedzieć. Ślicznie położone w górskiej dolinie, masa wąskich uliczek, tworzących niesamowitą wielopoziomową plątaninę. Niewielki kawałek starego miasta nawet ładny, bo domy z kamienia, ale mało tego - większość architektury przypomina lata 70-te (pewnie wtedy powstawała), więc dużego wrażenia to nie robi. Odcinał się od wszystkiego nowoczesny kompleks parlamentu - na początku wydawało się, że to coś w rodzaju nowego terminalu na Okęciu, dopiero potem, jak spojrzeliśmy z innej strony, okazało się, że jest tam jeszcze całkiem sporo ukrytych pięter idących w dół góry.

Drugie miejsce było znacznie ciekawsze - małe miasteczko Ordino. Śliczne, kamienne uliczki, stare budynki z przejściami na różnych poziomach, urokliwy kościółek na wzgórzu - bardzo fajne miejsce.

Do tego było jeszcze muzeum mikrominiatur (dokładnie tych samych co w Ławrze Pieczerskiej w Kijowie), dość małe górskie jezioro i… tyle.

Droga powrotna też była dość spektakularna, bo żeby nie jechać przez długi płatny tunel (5 km, 12 euro) zdecydowaliśmy się na inną trasę. Nie było autostrady, ale za to fantastyczna droga prowadząca przez dolinę rzeki - wielkie ściany skalne po obu stronach szosy, potem rzeka tworzyła rozległe rozlewiska, widowiskowe mosty kolejowe, zamki na wzgórzach, śnieg na szczytach gór… Bardzo to było ładne.

I tak to było w Andorze.


W drodze do Andory: w tle Pireneje.

I więcej Pirenejów, ale to wciąż Hiszpania.

Górskie miasteczka są bardzo malownicze.

Jedenastowieczny kościół w Andorra La Vella

Budynek parlamentu z jednej strony...

...a tu z innej.

Ordino.

Kamienne budynki, kamienne murki i góry.

Ordino.

Ordino.


Kocie wędrówki.

W Andorze żyją różne zwierzaki.

Malownicze jezioro wielkości dużej wanny.


Widok na stolicę.

To już gdzieś w Hiszpanii.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...