czwartek, 6 października 2011

Azjatyckie wiewiórki i podróż na południe

Zacznę tradycyjnie, bo mi się przypomniało, czyli od spraw spożywczych: w Azji trzeba jeść owoce, bo są strasznie smaczne. Zresztą to chyba charakterystyczna cecha wszystkich miejsc leżących na południu. Owoce, warzywa są mega, mega smaczne. Naprawdę. Można sobie je kupić gdziekolwiek, na ulicy, np. od takiej pani jak tutaj, i będą megasmaczne. Oczywiście dobre są też soki. Byleby nie jeść durianów i będzie dobrze. 


Dla kontrastu, zdjęcie stacji sky train. Jest nieco nowocześniej. Warto też wspomnieć, że poza BTS (sky train) oraz MRT (metro), w Bangkoku funkcjonuje jeszcze twór o nazwie BRT (bus rapid transit). Szybki rzut oka na Wikipedię mówi, że takie BRT funkcjonuje też w niektórych europejskich i amerykańskich miastach, ale jakoś wcześniej nie zauważyłem. W Bangkoku to jest coś jak tramwaj, tylko że zrealizowany za pomocą autobusu. Ten autobus ma specjalny pas, z wysokim betonowym krawężnikiem oddzielającym go od normalnej ulicy, i specjalne stacje (bo nie wygląda to na przystanki, ale właśnie na stacje). No i sobie jeździ. Też fajnie.



W Bangkoku są też wiewiórki. Zresztą to nic dziwnego, wiewiórki, jak wiadomo, można spotkać w prawie każdym miejscu na świecie, może poza Łodzią, bo stamtąd wszystkie uciekły. Ichniejsze wiewiórki wyglądają zupełnie inaczej, no ale wiewiórka to wiewiórka. Śmieszne są, bo to jest tak. Sanam Luang, czyli Królewskie Pole, to taki wielki, wielgachny pusty plac obok królewskiego pałacu. (Bo tu warto przypomnieć, że Tajlandia to królestwo. Król wprawdzie może i wielkiej władzy nie ma, ale jego portrety wiszą absolutnie wszędzie). Plac porośnięty jest trawą, a wokół prowadzi alejka z rzadko rosnącymi drzewami. Na trawie nie dzieje się kompletnie nic (czasem odbywają się tu ważne uroczystości, jak kremacje członków rodziny królewskiej, albo ceremonia wezwania deszczu), ale tak poza tym to jest to po prostu wielki pusty trawnik. Alejka za to jest znacznie bardziej uczęszczana, bo w sumie to fajne miejsce do spacerów. Tylko niestety jak się jest z Zachodu, to w kółko jest się tam zaczepianym przez tajską młodzież, która na kursie angielskiego dostaje zadanie przeprowadzenia wywiadu z obcokrajowcem. Wywiad jest naprawdę znakomity, bo trzeba odpowiadać na skomplikowane pytania typu "jak masz na imię", albo "czy podoba ci się Tajlandia", no i mniej więcej tyle. A na drzewach mieszkają wiewiórki. Chyba na każdym jedna. I taka to jest wiewiórkowa historia.


Ale tak docelowo, to miało być o wyprawie na południe. Bo w zasadzie w Bangkoku spędziłem jakieś dwa dni może, a potem jednak wypadało wsiąść w pociąg. Chyba wcześniej w Tajlandii nie jechałem pociągiem, więc coś tam sobie poczytałem, sprawdziłem rozkład i pojechałem kupić bilet.

Dworzec Hualamphong jest oczywiście odpowiedni skalą do wielkości miasta (w obszarze metropolitalnym Bangkoku mieszka z 15 mln ludzi), i może nie jest tak bezkresny jak lotnisko Suvarnabhumi, ale i tak jest niczego sobie. Szczególnie fajny jest główny hol, gdzie oczywiście są jakieś miejsca siedzące, ale większość ludzi i tak siedzi na ziemi. My też sobie tam siedzieliśmy, no bo co. I okazało się, że to naprawdę dobre miejsce do czekania. Można oglądać tajską telewizję, wyskoczyć po naleśnika do jednego z okolicznych stoisk, zbadać, jak się w zasadzie zamawia posiłki w takim czymś na kształt food courtu (trzeba było kupować jakieś kupony, a potem je na coś wymieniać; wyglądało fajnie, ale niestety kompletnie nie byłem głodny). Albo popatrzeć na wielki portret króla. Co kto woli.


Ale na dworcach kolejowych to jednak chodzi o pociągi. Pociągi prezentowały się wyjątkowo okazale, bo jednak mgiełka i światła robiły wrażenie. Fajne są podróże pociągami w dalekich miejscach. Zawsze wtedy mam wrażenie, że to naprawdę jest jakaś wyprawa w nieznane, przygoda. I chyba najbardziej mam to uczucie właśnie w pociągach. Dlatego planów na podróże pociągami mam co niemiara. Tyle że wymagają czasu.


Oczywiście okazało się, że z biletami nie jest zbyt fantastycznie, bo na nocne pociągi trzeba jednak je kupować z wyprzedzeniem, a jak nie, to się nie jedzie najfajniejszymi pociągami, ale za to można pierwszą klasą. Bo klasy są mniej więcej cztery (w nocnych pociągach): pierwsza to dwuosobowe klimatyzowane przedziały, druga jest z klimatyzacją i bez klimatyzacji, i to takie płackartne, no i jeszcze są miejsca do siedzenia. Bilet pierwszej klasy do Surat Thani (ponad 650 km) i tak kosztuje mniej niż druga klasa w IC z Warszawy do Krakowa, więc można jechać. Z tym że – nie polecam. Bo wagon był mocno taki sobie, toaleta "na narciarza", no i ogólnie wszystko bez wielkiej rewelacji (jak na pierwszą klasę). Druga klasa ma przynajmniej tę zaletę, że przynajmniej można sobie pogadać z ludźmi i jest weselej, no i jakoś 4x taniej. Przynajmniej w wersji bez klimatyzacji, ale spokojnie, bez klimatyzacji w tamtych warunkach jest zdecydowanie lepiej. W takich miejscach zwykle jest taki problem, że klimatyzacja jest nastawiona na temperatury arktyczne i trzeba by mieć jakieś swetry, żeby przeżyć. A przecież nie po to jedzie się do ciepłych krajów, żeby tachać ze sobą swetry!

Ale ogólnie podróż była przyjemna, tylko jakoś nie bardzo mi się chciało spać.


No i tak w skrócie, na koniec dociera się do Surat Thani (strasznie ponure miejsce swoją drogą), skąd już tylko należy wziąć autobus, potem prom, i już się jest na wyspie. Masę czasu to zabiera, ale jak już się dotrze nad morze, to wiadomo, że było warto. No bo jednak morze...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...