poniedziałek, 24 października 2011

Full Moon Party


Full moon party to taki cykliczny event na plaży Haad Rin na Ko Phangan. Legenda jest taka, że kiedyś były to czyjeś urodziny, które udały się wyjątkowo dobrze, i trzeba było powtórzyć. To było ponad 20 lat temu. Teraz przy każdej pełni bawi się tam do rana jakieś kilkanaście tysięcy imprezowiczów, więc nieuchronnie dzieje się. Plaża jest dość długa (i wypełniona ludźmi), za to wąska, co skutkuje tym, że momentami tańczy się w morzu ;-). Muzycznie jest dość różnorodnie, bo "klubów" jest kilka (siedem?), i w każdym jest coś innego, niemniej muzycznie było mega super. Do picia są głównie drinki w wiaderkach, przy czym podstawowe wiaderko to mieszanka jakiegoś dziwacznego lokalnego alkoholu z red bullem; taki raczej eksperyment.

No, ale foty są. Proponuję sobie odpalić jakąś muzę (co tam komu pasuje oczywiście), no i obejrzeć slideshow:

full moon party | ko phangan | thailand

piątek, 21 października 2011

Ang Thong

Ang Thong National Marine Park obejmuje archipelag małych wysepek na zachód od Ko Samui i Ko Phangan. Wysepki wystają sobie z wody, niektóre spore, inne to po prostu kamienne słupy jak na jednym ze zdjęć. Widok śliczny bardzo. W zasadzie można łazić po dwóch z nich. Na jednej z nich jest laguna w środku wyspy – takie zieloniutkie jeziorko pełne rybich ławic. Na drugiej jest spora górka (500m), na którą można się wdrapać, żeby podziwiać cały archipelag. Są też podobno fajne jaskinie, ale nie zdążyłem.

Swoją drogą, 500m to może nie jest dużo, ale to była pamiętna wspinaczka. Bo włazi się tam przez las po stromej dość skarpie, wspomagając się liną. Cały czas ostro padało. Pod nogami śliskie kamulce i korzenie, nad głową małpy. Lina czasem jest, a czasem chowa się w krzaku i trzeba trzymać się czego popadnie: lian, korzeni, gałęzi. A na górze ostre skałki, na których nawet nie bardzo da się stanąć. Ale widok wynagradza wszystko (no i jak dotarłem na górę, to przestało padać).











czwartek, 20 października 2011

Ko Phangan


Na Ko Phangan było chyba najprzyjemniej. Głównie dlatego, że siedziałem w miejscu, które było daleko od wszystkiego. Bottle Beach to taka mała plaża pomiędzy górami. Można do niej dostać się głównie łódką (jest droga, ale przejeżdżanie nią należy do średnich atrakcji, naprawdę). A że to low season, bo pora deszczowa (na wyspach oznacza ona jeden codzienny piętnastominutowy deszcz po zmroku), to i mało ludzi. W ten sposób przeleżałem sobie trzy dni w hamaku pod palmą czytając książki, jakieś 5 metrów od morza. Fajne miejsce. I dobre jedzenie.


No i hamak.



poniedziałek, 17 października 2011

Dziadek i babcia

Na południowym końcu plaży Lamai jest trochę skał. Najbardziej znane z nich to Dziadek i Babcia – skały o dość określonym wyglądzie. Lonely Planet mówi, że główną atrakcją tego miejsca są ogromne ilości tajskich wycieczek, które non stop chichoczą. Brzmi to nieco dziwacznie, ale taka jest rzeczywistość – to takie miejsce, w którym tłumy azjatyckich turystów bez przerwy chichoczą.

Dziadek.

Babcia.

niedziela, 16 października 2011

Lamai

Nie idą mi te wpisy. Ale ponieważ udało się dotrzeć do wysp, to dziś pierwsza porcja obrazków. Plaża Lamai na Ko Samui.








czwartek, 6 października 2011

Azjatyckie wiewiórki i podróż na południe

Zacznę tradycyjnie, bo mi się przypomniało, czyli od spraw spożywczych: w Azji trzeba jeść owoce, bo są strasznie smaczne. Zresztą to chyba charakterystyczna cecha wszystkich miejsc leżących na południu. Owoce, warzywa są mega, mega smaczne. Naprawdę. Można sobie je kupić gdziekolwiek, na ulicy, np. od takiej pani jak tutaj, i będą megasmaczne. Oczywiście dobre są też soki. Byleby nie jeść durianów i będzie dobrze. 


Dla kontrastu, zdjęcie stacji sky train. Jest nieco nowocześniej. Warto też wspomnieć, że poza BTS (sky train) oraz MRT (metro), w Bangkoku funkcjonuje jeszcze twór o nazwie BRT (bus rapid transit). Szybki rzut oka na Wikipedię mówi, że takie BRT funkcjonuje też w niektórych europejskich i amerykańskich miastach, ale jakoś wcześniej nie zauważyłem. W Bangkoku to jest coś jak tramwaj, tylko że zrealizowany za pomocą autobusu. Ten autobus ma specjalny pas, z wysokim betonowym krawężnikiem oddzielającym go od normalnej ulicy, i specjalne stacje (bo nie wygląda to na przystanki, ale właśnie na stacje). No i sobie jeździ. Też fajnie.



W Bangkoku są też wiewiórki. Zresztą to nic dziwnego, wiewiórki, jak wiadomo, można spotkać w prawie każdym miejscu na świecie, może poza Łodzią, bo stamtąd wszystkie uciekły. Ichniejsze wiewiórki wyglądają zupełnie inaczej, no ale wiewiórka to wiewiórka. Śmieszne są, bo to jest tak. Sanam Luang, czyli Królewskie Pole, to taki wielki, wielgachny pusty plac obok królewskiego pałacu. (Bo tu warto przypomnieć, że Tajlandia to królestwo. Król wprawdzie może i wielkiej władzy nie ma, ale jego portrety wiszą absolutnie wszędzie). Plac porośnięty jest trawą, a wokół prowadzi alejka z rzadko rosnącymi drzewami. Na trawie nie dzieje się kompletnie nic (czasem odbywają się tu ważne uroczystości, jak kremacje członków rodziny królewskiej, albo ceremonia wezwania deszczu), ale tak poza tym to jest to po prostu wielki pusty trawnik. Alejka za to jest znacznie bardziej uczęszczana, bo w sumie to fajne miejsce do spacerów. Tylko niestety jak się jest z Zachodu, to w kółko jest się tam zaczepianym przez tajską młodzież, która na kursie angielskiego dostaje zadanie przeprowadzenia wywiadu z obcokrajowcem. Wywiad jest naprawdę znakomity, bo trzeba odpowiadać na skomplikowane pytania typu "jak masz na imię", albo "czy podoba ci się Tajlandia", no i mniej więcej tyle. A na drzewach mieszkają wiewiórki. Chyba na każdym jedna. I taka to jest wiewiórkowa historia.


Ale tak docelowo, to miało być o wyprawie na południe. Bo w zasadzie w Bangkoku spędziłem jakieś dwa dni może, a potem jednak wypadało wsiąść w pociąg. Chyba wcześniej w Tajlandii nie jechałem pociągiem, więc coś tam sobie poczytałem, sprawdziłem rozkład i pojechałem kupić bilet.

Dworzec Hualamphong jest oczywiście odpowiedni skalą do wielkości miasta (w obszarze metropolitalnym Bangkoku mieszka z 15 mln ludzi), i może nie jest tak bezkresny jak lotnisko Suvarnabhumi, ale i tak jest niczego sobie. Szczególnie fajny jest główny hol, gdzie oczywiście są jakieś miejsca siedzące, ale większość ludzi i tak siedzi na ziemi. My też sobie tam siedzieliśmy, no bo co. I okazało się, że to naprawdę dobre miejsce do czekania. Można oglądać tajską telewizję, wyskoczyć po naleśnika do jednego z okolicznych stoisk, zbadać, jak się w zasadzie zamawia posiłki w takim czymś na kształt food courtu (trzeba było kupować jakieś kupony, a potem je na coś wymieniać; wyglądało fajnie, ale niestety kompletnie nie byłem głodny). Albo popatrzeć na wielki portret króla. Co kto woli.


Ale na dworcach kolejowych to jednak chodzi o pociągi. Pociągi prezentowały się wyjątkowo okazale, bo jednak mgiełka i światła robiły wrażenie. Fajne są podróże pociągami w dalekich miejscach. Zawsze wtedy mam wrażenie, że to naprawdę jest jakaś wyprawa w nieznane, przygoda. I chyba najbardziej mam to uczucie właśnie w pociągach. Dlatego planów na podróże pociągami mam co niemiara. Tyle że wymagają czasu.


Oczywiście okazało się, że z biletami nie jest zbyt fantastycznie, bo na nocne pociągi trzeba jednak je kupować z wyprzedzeniem, a jak nie, to się nie jedzie najfajniejszymi pociągami, ale za to można pierwszą klasą. Bo klasy są mniej więcej cztery (w nocnych pociągach): pierwsza to dwuosobowe klimatyzowane przedziały, druga jest z klimatyzacją i bez klimatyzacji, i to takie płackartne, no i jeszcze są miejsca do siedzenia. Bilet pierwszej klasy do Surat Thani (ponad 650 km) i tak kosztuje mniej niż druga klasa w IC z Warszawy do Krakowa, więc można jechać. Z tym że – nie polecam. Bo wagon był mocno taki sobie, toaleta "na narciarza", no i ogólnie wszystko bez wielkiej rewelacji (jak na pierwszą klasę). Druga klasa ma przynajmniej tę zaletę, że przynajmniej można sobie pogadać z ludźmi i jest weselej, no i jakoś 4x taniej. Przynajmniej w wersji bez klimatyzacji, ale spokojnie, bez klimatyzacji w tamtych warunkach jest zdecydowanie lepiej. W takich miejscach zwykle jest taki problem, że klimatyzacja jest nastawiona na temperatury arktyczne i trzeba by mieć jakieś swetry, żeby przeżyć. A przecież nie po to jedzie się do ciepłych krajów, żeby tachać ze sobą swetry!

Ale ogólnie podróż była przyjemna, tylko jakoś nie bardzo mi się chciało spać.


No i tak w skrócie, na koniec dociera się do Surat Thani (strasznie ponure miejsce swoją drogą), skąd już tylko należy wziąć autobus, potem prom, i już się jest na wyspie. Masę czasu to zabiera, ale jak już się dotrze nad morze, to wiadomo, że było warto. No bo jednak morze...


poniedziałek, 3 października 2011

O Bangkoku, naleśnikach, Chinatown i deszczu

Bo historia jest taka, że byłem w Tajlandii, i mam stamtąd kilka zdjęć, które w końcu by trzeba wygrzebać :-). Plus jest okazja, żeby napisać o jedzeniu, więc skorzystać wręcz trzeba. Ale będzie zdecydowanie nie tylko o jedzeniu.

Czemu akurat byłem w Tajlandii?

Bo to świetne miejsce na daleki, ale kompletnie niezaplanowany wyjazd. Być może najlepsze, jakie znam. Bilet do Bangkoku można kupić we względnie rozsądnej cenie nawet na tydzień przed wylotem (tańsze są chyba tylko do Indii, no i czasem do Chin, ale to rzadziej). To duży i różnorodny kraj, jest tam ciepło, jest przepiękne morze, jest wystarczająco egzotycznie i niesamowicie przyjaźnie.

Tajlandię w ogóle polecam wszystkim na początek. Jeśli ktoś kiedyś chciałby wybrać się w jakieś egzotyczne miejsce, ale tak, żeby nie było zbyt strasznie: nie było groźby choroby, robactwa i innych dziwnych rzeczy, to jest to destynacja idealna. Bo z jednej strony trafia się do kraju, gdzie turystyka jest rozwinięta niesamowicie, więc hoteli, resortów wszelkiej maści jest co niemiara. Standard bywa dość wysoki (nawet na miarę europejską), a ceny – wciąż niższe niż w Polsce. I wtedy mamy obsługę po angielsku, kuchnię europejską czy amerykańską, miejscowe biuro podróży oferujące wszelki transport i rezerwacje po angielsku, i egzotykę za oknem. A z drugiej strony ląduje się przecież w kraju, który przede wszystkim jest w tropikach, więc zupełnie inna przyroda, jest to jednak kraj "drugiego świata", więc kontrasty widać na każdym kroku, no i wszystko jest trochę inaczej: pieniądze trzeba podawać obiema rękami, ludzie się sobie kłaniają, zamiast taksówki można wziąć tuk tuk itp. itd. No i spokojnie można liczyć na to, że ludzie będą przyjaźni i pomocni, bo generalnie tak w Azji Południowo-Wschodniej jest. A jeśli chce się czegoś więcej, to wszystko stoi otworem, a przede wszystkim znakomita miejscowa kuchnia.

Bangkok to w ogóle fajne miejsce. Strasznie lubię to miasto. To taka metropolia, w której cały czas się coś dzieje i znaleźć coś nowego, ciekawego jest nadzwyczaj prosto, zresztą o dowolnej porze dnia i nocy. Plus masa tam obcokrajowców, więc w razie czego czy to zapytanie o coś, czy nawiązanie nowych przyjaźni przychodzi łatwo i samo z siebie. Nie wiem, czy chciałbym tam mieszkać na stałe, bo jednak korki tam są niewiarygodne i wielkie to nieziemsko, niemniej na pobyt wakacyjny jest jak znalazł.

Bangkok w ogóle jest niesamowity jeszcze w tym, że wszystko tam jest kompletnie wymieszane. W miastach chińskich, choć kontrasty tam też są ogromne, widać jednak granice. Po jednej stronie ulicy jest nowa dzielnica ładnych domków, a po drugiej stare lepianki. W Bangkoku to raczej wszystko jest na sobie, przenikające się. Stoję w Siam, otaczają mnie ze wszystkich stron supernowoczesne i niewiarygodnie drogie centra handlowe, nade mną ogromna estakada Sky Train – czegoś w stylu metra wybudowanego na całej trasie na estakadzie ciągnącej się na wysokości jakiegoś chyba ósmego piętra – ale dookoła też uliczni handlarze pichcący makaron i naleśniki, jakieś stare domki tu i ówdzie pomiędzy tymi ogromnymi budynkami, ludzie wszelkiej maści i natury pędzący we wszystkie strony.

I fajnie jest też w nocy. Teraz akurat była pora deszczowa, co sprowadzało się głównie do nocnych ulew (w dzień deszcz jak był to zwykle przez 15 minut). Przyjemna taka ulewa po zachodzie słońca. Bo niby wygląda jak oberwanie chmury, ale przecież temperatura wciąż oscyluje wokół 30 stopni, więc w zasadzie przemakam, ale natychmiast wysycham. Tylko biedne tropikalne karaluchy biegają po chodnikach wte i wewte, bo strumienie wody wszędzie.

W ogóle w takim miejscu jest dobrze. Bo lubię ten klimat, gdy jest naprawdę ciepło. Bo fajni tam są ludzie. Bo piękne są widoki. Bo to naprawdę tygiel i niesamowite miejsce; to jak kalejdoskop – jadę przez miasto czy idę, patrzę, i cały czas widzę coś nowego i innego. Bo jest wielka rzeka i łodzie pływające po niej to jeden z głównych środków transportu miejskiego. Bo skytrain jest imponujący (i bardzo silna klimatyzacja w wagonach pozwala nieco ochłonąć). Bo jedzenie jest niesamowicie, niesamowicie smaczne.

Ale oczywiście docelowo nie pojechałem do Bangkoku, tylko sobie poskakać po wyspach. Bo tam są bardzo sympatyczne wyspy, z ładnymi plażami, wielkimi palmami i ślicznym morzem. Pięć wysp przez dwa tygodnie to raczej całkiem dobry wynik. Plus do tego zaliczenie całonocnej imprezy na plaży na kilkanaście tysięcy osób, czyli Full Moon Party.

Ale po kolei, bo jednak chodzi o obrazki. Zacznijmy od Bangkoku.

W Bangkoku, jak zresztą wszędzie, fascynujące jest jedzenie. Bo jedzenie w Tajlandii bardzo, ale to bardzo trafia w moje gusta. Jest ostro i dobrze. Czy to makaron (nawet pierwsza podstawowa potrawa, czyli pad thai), czy to zupa (jak nieśmiertelny tom yum), wszystko jest ostre, kwaśne i niesamowicie smaczne. A do tego można tam w kółko jeść owoce morza, bo są bardzo tanie i powszechne. Mi właściwie nic więcej do szczęścia (przynajmniej w dziedzinie jedzenia) nie potrzeba.

W Bangkoku dużo fajnych rzeczy można zjeść sobie na ulicy. Oczywiście należy najpierw zapomnieć o tym, że znajdujemy się metr od kilkupasmowej ulicy, po której przejeżdża mnóstwo straszliwie kopcących pojazdów, przed chwilą spadł deszcz i rozpryskiwane błoto i spaliny osiadają na wszystkim. Plus jest trzydzieści stopni, a składniki (np. surowe mielone mięso) leżą sobie w misce od rana. To nieważne. Ludzie jedzą, to znaczy, że się przeżyje.

Ważne jest, że naleśniki u tej pani to niebo w gębie.


Mi szczególnie smakowały takie z czekoladą i musem owocowym (jabłkowym? pewnie nie, ale nie jestem pewien). Naprawdę rewelacja.

Zresztą zdjęć jedzenia jeszcze trochę będzie, ale generalnie uliczne budki wyglądają mniej więcej tak.


Jak widać, chętni są, i zdecydowanie nie są to miejscowi. A zjeść w takich miejscach można absolutnie wszystkie potrawy. Oczywiście głównie są to jednak zupy i makarony. Jest tak dobrze, że nawet deszcz nie powstrzymuje od jedzenia.


Na festiwal dziwności można się oczywiście wybrać do Chinatown, bo jak wiadomo, Chińczyk zje wszystko. Jak ktoś chce sobie przypomnieć, co tam się jada, to polecam notki z Chin, natomiast tutaj będzie tylko taki obrazek.


Sympatycznie, prawda? Ja to zresztą muszę przyznać lubię ten widok – budki z jedzeniem, ptaki wiszące na sznurkach, blaszane miski, wielkie czajniki, w których gotuje się herbata. Taki sympatyczny klimat.

Inna sprawa, że w Chinatown to w ogóle jest wszystko. To takie miejsce, gdzie np. można znaleźć ulicę, gdzie naprzemiennie umieszczone są sklepy z ziołami i trumnami. Trumny to też niezły biznes, więc jakoś je sprzedawać trzeba. A na ulicy, poza stoiskami z jedzeniem i herbatą, jest też np. salon naprawy telefonów komórkowych. Na przykład taki.


Tylko że straszny tam tłok. Wielkie ulice, ale i wielkie korki, kawałek do metra i wszystkich innych środków transportu. Raz musiałem przejechać się przez Chinatown autobusem, bo akurat na Chao Phraya (to rzeka przepływająca przez Bangkok) trwały próby królewskich barek. Barek płynęła cała masa, wszystkie pełne młodzieńców śpiewających dziwne zawodzące pieśni. Niesamowity widok zresztą.


Tyle że ruch na rzece był zamknięty i pozostały autobusy. Autobus to fascynująca przygoda, bo jedzie tak wolno (z uwagi na ciągły korek), że wsiada i wysiada się z niego w zasadzie w dowolnym momencie. Plus bilet kosztuje jakąś niecałą złotówkę, więc to tanio w porównaniu do innych środków transportu. Na suficie kręcą się na wszystkie strony wiatraki – to taka miejscowa klimatyzacja, ale działa fajnie, bo przecież i tak wszystkie okna i drzwi są non stop otwarte. Niemniej, na taką przejażdżkę trzeba sobie zarezerwować sporo czasu. Za to, dość wygodnie wciśnięty pomiędzy innych ludzi, mogłem sobie pooglądać miasto przez szybę (albo jeszcze lepiej, przez wciąż otwarte drzwi). Też fajnie.


A duży ruch powoduje, że podobnie jak w innych azjatyckich miastach, przechodzi się przez ulicę zwykle za kimś miejscowym. Ja wciąż, mimo że już się naprzechodziłem przez ulice nawet w gorszych miejscach (patrz Sajgon!), wciąż często tak robię. Bo inaczej jest jakoś trudno i nie bardzo wiadomo kiedy, bo na światła i przejścia dla pieszych rzadko tam można liczyć (tzn. na przejścia to jeszcze, ale na światła – raczej nigdy). No bo jak w zasadzie rozsądnie przeprawić się przez takie skrzyżowanie? Samochody wylewają się nieprzerwanym strumieniem ze wszystkich stron, wymijając się sam nie wiem do końca jak. Ale jakoś to działa.


Za to boczne uliczki są bardzo sympatyczne. Na niektórych jest uliczne targowisko, bo tam w ogóle prawie wszędzie jest uliczne targowisko. W ogóle jest taki klimat, jakby wszyscy ludzie się znali, bo pewnie większość czasu spędzają np. stojąc na ulicy. To taki sposób spędzania wolnego czasu, pewnie całkiem niezły, bo dziać to się tam dzieje. Ale gdzieniegdzie jest spokojnie, szczególnie pod wieczór w niedzielę, jak już sklepy się pozamykają.


Wtedy można sobie tamtędy spacerować, po nieco opustoszałych ulicach, o zmroku. Jest spokojnie i pusto, ale tylko na chwilę. Bo zaraz potem robi się ciemno, pojawiają się światła, neony i miasto znów zaczyna tętnić życiem. Tak to jakoś tam jest. Bangkok jest trochę magiczny, trochę bajkowy, dla osoby, która jest tam przybyszem z innego świata. To takie miejsce wyjęte prosto z "Baśni tysiąca i jednej nocy". A szczególnie w nocy, w deszczu, w światłach, w blaskach, wśród ludzi, w odgłosach tego nieustającego życia... Po prostu – fajnie tam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...