niedziela, 28 sierpnia 2011

Wycieczki weekendowe. Bratysława-Wiedeń

Temat weekendowych wycieczek wraca do mnie co jakiś czas. Regularnie planuję wybierać się do jakiegoś miejsca, w którym jeszcze nie byłem, przynajmniej raz w miesiącu, czy raz na dwa tygodnie. Różnie to wychodzi w praktyce.

Bo teoretycznie pomysł jest fajny. Bierzemy sobie bilet na tanie linie lotnicze – wylot powinien być w piątek wieczorem albo w sobotę raniutko, a powrót w niedzielę wieczorem – i jest wycieczka do jakiegoś europejskiego miasta – i to raczej niedroga, no bo tani bilet (np. za 80 zł) plus jeden nocleg (czy nawet dwa) to raczej rozsądne pieniądze.

W teorii pomysł jest świetny. W praktyce – przynajmniej do tej pory – średnio mi idzie jego realizacja. Problem jest przede wszystkim z połączeniami lotniczymi. Z Warszawy tanio to mało co w tej chwili lata, są wakacje, więc najtańsze taryfy raczej wykupione. No i główny problem z liniami typu Wizzair jest taki, że godziny wylotów i przylotów są raczej średnio stworzone do takich wyjazdów. No bo jak wylot wychodzi w sobotę o 16, a powrót w niedzielę o 8 rano, to wyprawa przestaje mieć sens. A w rzeczywistości jest jeszcze gorzej, bo na większości tras okazuje się, że najlepiej to by było wylecieć w czwartek, a wrócić we wtorek, bo nie ma lotów codziennie. Co oznacza, że z pomysłu na idealny weekendowy wyjazd nici.

Póki co udało mi się wybrać w tym systemie jedynie do Belgradu, i to nie tanimi liniami, a normalnymi, choć w promocji. Godziny lotów były doskonale pasujące do tego systemu, więc ogólnie tę trasę polecam. A z szukaniem innych na razie jakoś sobie nie radzę.

Ale jest też inna, prostsza opcja, czyli nocne pociągi z Warszawy.

Pociągiem oczywiście da się pojechać w ograniczoną liczbę miejsc, ale rozsądne kierunki to Berlin, Praga, Bratysława, Wiedeń, Budapeszt, no i pewnie Mińsk. Mińsk czeka w kolejce; tam problem jest taki, że trzeba mieć wizę białoruską, która kosztuje całkiem konkretnie, no i trzeba ją przede wszystkim załatwić, co póki co wydaje się dość skomplikowanym procesem (raz załatwiałem wizę tranzytową na wyjazd do Moskwy i było jakoś średnio). Do Berlina, jak wiadomo, jest łatwo, i zresztą już z tego w tym roku skorzystałem. Niemniej jednak tak się jakoś złożyło, że nie było mnie jeszcze w Bratysławie i Wiedniu, a tam pociągiem – jak się okazało – jedzie się znakomicie.

Pociąg do Bratysławy jedzie z Warszawy jakieś 9 godzin. Wyjeżdża się koło 21 i na 6 rano jest się na miejscu. Trzeba sobie oczywiście wziąć kuszetkę. Z powrotem pociąg jest podobnie – wyjeżdża z Bratysławy o 23, jest na miejscu na 8. To znaczy teoretycznie, bo praktycznie w obie strony były dość spore opóźnienia. Więc trzeba uważać, bo to taki pociąg, który jedzie wszędzie, dzięki łączeniu i rozłączaniu składów. Z Budapesztu i z Wiednia, przez Bratysławę, Pragę, Warszawę, do Berlina. Jadą nim absolutnie wszyscy, więc jest całkiem fajnie. (A raczej byłoby, jakby się chciało socjalizować, bo jednak w drodze powrotnej warto się trochę wyspać, bo przecież w poniedziałek rano po wyjściu z pociągu trzeba mknąć do pracy).

Sama Bratysława jest fajna i ładna, przynajmniej stare miasto. Tyle że mała. To taki Przemyśl trochę. Spokojnie się da ją zwiedzić w jeden dzień, i jakoś drugiego niespecjalnie już potrzeba. Można wleźć sobie na taras widokowy na pylonie mostu i obejrzeć stare miasto z góry po jednej stronie rzeki, a wielkie blokowisko po drugiej. Bardzo ładny jest zamek. Same miasto natomiast zrobiło na mnie wrażenie trochę zaniedbanego. Mało co tam jest odnowione, i śmieci też jakby więcej na ulicach niż u nas. Trochę to dziwne.

Drugi dzień można sobie poświęcić na wycieczkę do Wiednia. Pociągiem jedzie się chyba niecałą godzinę, ale można też przepłynąć się po Dunaju (niecałe dwie godziny) – i polecam, bo to zdecydowanie przyjemna wyprawa. Dunaj jest strasznie ładny, i domki rybaków po drodze też są fajne. Bo tam pomiędzy tymi stolicami – przynajmniej z perspektywy rzeki – jest niewiele. Taki pozornie przynajmniej dziki obszar.

Wiedeń za to jest oczywiście wielki i nie da się go absolutnie zwiedzić w jeden dzień (a szczególnie już w pół). Co więcej, było tam sporo ponad 30 stopni, więc trochę ciepło. Ja spośród mnóstwa opcji wybrałem Muzeum Globusów. No bo co było wybrać? I też mogę polecić, bo globusy były śliczne: duże, małe, stare, nowe. Były globusy księżyca, Marsa i Wenus i nieba, globusy kieszonkowe, globusy z miejscem na świeczkę, która pełniła rolę słońca, żeby można było zobaczyć, gdzie jest widno, a gdzie ciemno… Wszystkiego po trochu. I kieszonkowy zestaw dla dżentelmena potrzebującego podstawowej wiedzy geograficznej: globus średnicy pudełka od zapałek i dołączona do niego składana w harmonijkę ulotka, przedstawiająca rysunki przedstawicieli wszystkich narodów świata. Działo się.

A poza tym w Wiedniu udało się zjeść wiedeńskiego sznycla (no i oczywiście okazało się – co było do przewidzenia – że ten nasz z „Podwala” nie jest szczególnie gorszy, za to na pewno znacznie tańszy), a w Bratysławie – jakieś tam kluski ze słoniną. Więc kulinarnie też było pięknie.

Następne wycieczki weekendowe chyba jednak trzeba by robić samolotem. Ktoś z Was zna jakieś dobre trasy i opcje?

1 komentarze:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...