sobota, 25 czerwca 2011

Duży wulkan i czarne plaże


Tak się jakoś złożyło, że wylądowałem na wakacjach na Teneryfie. Świadomie piszę, że na wakacjach, bo to nie jest taki normalny wyjazd, tylko taki klasycznie urlopowy, na jaki bym się pewnie sam raczej nie wybrał: hotel, wyżywienie, biuro podróży. Takie wczasy rodzinne. Teneryfa to świetny kurort, podobno jeden z największych na świecie, no i można się tu dostać na dowód, bo to Hiszpania. Lot trwa wprawdzie długo, bo jakoś prawie 6 godzin, ale na miejscu jest już bardzo przyjemnie.

Niemniej jednak na wyspie jest co zwiedzać i co oglądać. Jest tego nawet bardzo, bardzo dużo, więc pobyt tutaj to jednak spora frajda. Przede wszystkim jest wielki wulkan - Teide, którego najwyższy szczyt ma ponad 3700 mnpm. Całkiem sporo. Dzięki temu większość wyspy to tereny górzyste, zapewniające niesamowite widoki (drogi idące na występie skalnym na klifie na wysokości kilkuset metrów nad oceanem, urwiska głębokie na kilometr itp.). Krajobraz jest bardzo zróżnicowany – na południu jest gorąco, słonecznie i dość pustynnie, na północy zaś też gorąco, chyba non stop wiszą tam nisko chmury, za to pełno lasów i zieleni. Do tego jeszcze są całkiem fajne, niezwykle malowniczo położone i w ogóle śliczne hiszpańskie miasta, które rozwinęły się w czasach, gdy kwitł szlak morski do Ameryki – i wszystko to sprawia, że to naprawdę fajne miejsce.

Przede wszystkim fajne jest jeżdżenie tu samochodem. Samochód daje się wypożyczyć za różne sumy, mnie kosztowało to 80 euro za 3 dni (można chyba nawet trochę taniej, ale nic tańszego nie było w okolicy, a daleko to nie miało sensu). Benzyna jest tańsza niż u nas, bo kosztuje euro za litr, a odległości niezbyt duże – okrążenie wyspy to niewiele ponad 200 km. Północ z południem łączy doskonała autostrada, idąca wzdłuż wschodniego brzegu, ale praktycznie cała reszta dróg to drogi górskie. Pierwszy raz jeździłem po tak krętych i stromych drogach, więc miałem z tego sporo uciechy. Wprawdzie nie do końca fajne są drogi najniższej kategorii, gdzie jest jeden pas do ruchu w obie strony i czasem zdarzają się mijanki, ale ogólnie trzeba dość uważać na samochody jadące z naprzeciwka. A to wszystko w sytuacji, gdy droga pnie się po stromym zboczu na wysokości kilometra nad dnem doliny. Samochód – wprawdzie mały – ale często nie dawał rady na dwójce i trzeba było redukować do jedynki, żeby podjechał pod górę, więc było ostro. Ale fajnie, bo widoki wynagradzały to w zupełności. Zupełnie niesamowite.

Środek wyspy zajmuje wielki krater Teide, którego średnica ma chyba jakieś kilkanaście kilometrów. To po prostu taka opaska z gór, w środku którego jest w miarę płaska powierzchnia, położona na wysokości ponad 2000 mnpm, pokryta różnymi rodzajami (i kolorami!) lawy i sporadycznie roślinnością. We wnętrzu jest też kilka szczytów (nowych stożków), choćby ten najwyższy - Pico del Teide, który ma ponad 3700 m. Na samą górę nie wlazłem, bo wymagane jest specjalne pozwolenie, które trzeba sobie wcześniej załatwić, ale byłem na wysokości ponad 3600 m – tam dojeżdża kolejka linowa i są dwa szlaki, dzięki którym można sobie połazić po lawie. Jest tam śnieg i chyba jest dość chłodno (podawano, że temperatura była poniżej 10 stopni), ale się kompletnie tego nie czuje, bo słońce ostro grzeje i spokojnie można chodzić w T-shircie i japonkach (tylko w tych ostatnich trzeba trochę uważać na ostre krawędzie skał). Podobno w lasach rosnących na północnych zboczach żyją nawet dzikie goryle, przywiezione tu kiedyś z Afryki, ale ich akurat nie spotkałem.

Na dole, nad morzem jest jakoś poniżej 30 stopni i cały czas piękna, słoneczna pogoda (po południowej stronie wyspy). Po północnej raz jechałem przez chmurę, która wisiała bardzo nisko. Momentami widoczność spadała do prawie zera, więc było dość dziwnie.

Większość miasteczek czy wiosek w górach (a góry są tu wszędzie) jest położona na stokach. Ciekawe to, bo wtedy w zasadzie jedyną w miarę płaską powierzchnią wspólną jest wąski pas drogi. Ale widać jakoś sobie z tym radzą.

Zostało zwiedzania jeszcze całkiem sporo, przede wszystkim chciałbym połazić po miastach, które są tu śliczne – i z uwagi na usytuowanie (jednak miasta, które nie są płaskie, zwykle są bardziej urokliwe), jak i na architekturę, mnóstwo kwiatów i innych ciekawych detali.

W ogóle to przyjemnie się mieszka nad oceanem, który sobie w nocy szumi – czasem bardzo głośno, bo fale bywają spore, ale z reguły umiarkowanie. Ocean to być może najpiękniejsza rzecz na świecie.

No i czas na kilka obrazków.

Pustynia i góry.

Gdzieś nad morzem w okolicach Playa de las Americas.

Coś jakby statek Kolumba. On w końcu zahaczał o Wyspy Kanaryjskie w czasie swoich wypraw.

Los Cristianos, w tle góry, a za nimi stożek wulkanu.

W wąwozie Masca – tata i jeziorko.

Różnokolorowa lawa we wnętrzu krateru Teide. 

Ja w klapkach na śniegu. Jest fajnie, choć jak już naleci tego śniegu do klapek, to zimno. Na szczęście szybko się topi.

Los Roques de Garcia – takie wyrzucone z wulkanu skały.

Playa de las Teresitas – chyba najładniejsza plaża na wyspie, bo piasek pochodzi z Sahary.

Górska droga, gdzieś w górach Anaga.

Roque de las Bodegas

Typowa plaża z czarnym piaskiem. 

Drewniane balkony w La Orotava

Tysiącletni smokowiec w Icod de los Vinos.

Skałki na najdalej na zachód wysuniętym końcu wyspy – Punta de Teno.

Dolina górska w okolicy El Palmar.

2 komentarze:

  1. Anonimowy25/6/11 19:57

    Jezeli jeszcze tam jestes, to warto zahaczyc o Garachico, bardzo sympatyczne miasteczko.
    (MaciejS)

    OdpowiedzUsuń
  2. a byłem w garachico - to tam, gdzie są takie naturalne baseny koło morza w zagłębieniach w lawie. fajne to było.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...