środa, 29 czerwca 2011

Zew oceanu


Przemierzaliśmy góry kilka dni, trochę na ślepo, wielokrotnie gubiąc drogę, nie wiedząc w którą stronę się udać. Wskazówki mieliśmy niekompletne, zapiski szaleńca nie zdały się na wiele. Nie raz byliśmy na krawędzi załamania, ale nikt z nas nie podjął tematu powrotu. I dobrze, bo w końcu natrafiliśmy na odciętą od świata osadę, położoną na stromym zboczu nad samym oceanem. Przyczepione do spływającego do morza języka zastygłej lawy domki wyglądały zupełnie nierealnie. Nie rozumieliśmy, jak ktoś może żyć w tym ponurym, niegościnnym krajobrazie, ale cieszyliśmy się, że spotkaliśmy ludzi.

Tubylcy mieli nieco dziwne twarze, ponury wzrok i mało się odzywali. Śledzili nas tylko wzrokiem, mamrocząc coś w swoim dziwnym, gardłowym narzeczu. Wśród powtarzanych jak mantra słów dało się wyłowić coś, co według jednego z moich towarzyszy w starożytnym języku guanczów, używanym w tych stronach w czasach przedkolonialnych, znaczyło tyle co „leży przez wieki na dnie morza”, ale oczywiście nie byliśmy pewni, czy nasze tłumaczenia i interpretacje są trafne.

Dziwaczny posąg w nadmorskiej osadzie.
Meandrując przez osadę natrafiliśmy na ustawiony w centralnym miejscu dziwny posąg. Długo spieraliśmy się, jak chory i przerażający kult mógł stworzyć to szkaradzieństwo, ale w końcu postanowiliśmy zasięgnąć języka. Próby rozmawiania w znanych nam językach spełzły na niczym. Jednak gdy wskazywaliśmy ręką dziwaczną rybę, miejscowi spoglądali z widocznym na twarzach przestrachem na morze, odwracając się prędko i znikając w ciemnych uliczkach miasta. Po krótkiej naradzie doszliśmy do wniosku, że ta sprawa jednak może mieć związek z celem naszej wyprawy, udaliśmy się więc w stronę przystani. 

Przystań w osamotnionej zatoce.

Znalezienie łodzi nie nastręczało problemu, gorzej było z załogą. Oddając znaczącą część naszego dobytku zapewniliśmy sobie jednak pomoc dwóch osób, które znając dobrze tutejsze wody dawały nam jakiekolwiek szanse na przeżycie próby opuszczenia tej mrocznej zatoki, najeżonej wystającymi spod wody ostrymi jak brzytwa wulkanicznymi skałami. Był to wyraźnie zaprawiony w morskich wyprawach jowialny kapitan i jego pierwszy oficer, który ku naszemu zdziwieniu okazał się być młodą dziewczyną, która szybko udowodniła, że radzi sobie z urządzeniami pokładowymi nie gorzej niż sam wilk morski. Co więcej, znała kilka słów po angielsku, więc była w stanie mniej lub bardziej zrozumiale przekazać nam polecenia kapitana.

Nasza załoga na początku rejsu.
Wsiedliśmy na łódź. Białobłękitna flaga załopatała na wietrze. Wypłynęliśmy na morze. Ucieszyliśmy się, bo czuliśmy, że jesteśmy blisko celu.

Flaga łopocze na wietrze.
Kapitan sprawnie manewrował małą łodzią pomiędzy skałami, mieliznami i wirami, których pełno na tutejszych wodach. Na początku wszystko szło dobrze. Popołudniowe słońce świeciło, wiatr od morza chłodził nasze ciała, było bardzo przyjemnie i mieliśmy dobre nastroje. Cieszyło nas też wydostanie się z dziwnej wioski, a ocean był miłą odmianą od niegościnnego wulkanicznego krajobrazu.

Wkrótce jednak wiatr wzmógł się i na morzu pojawiły się wielkie fale. Nasza niewielka łódka kołysała się na nich gwałtownie, raz to stając dęba, wspinając się na grzbiet, raz spadając w głęboką otchłań. Kapitan robił co mógł, żeby zapewnić nam spokojną podróż, ale morze było zbyt niespokojne. 

Na szczęście już w niewielkiej odległości od brzegu nasze teorie znalazły pierwsze potwierdzenie. Dziwne, metalowe obiekty wystawały tu i ówdzie z wody, wynurzając się na krótkie chwile pomiędzy falami. Trudno było przyjrzeć się im dobrze w tej pogodzie, ale wyraźnie nie przypominały nic nam znanego. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie zostały stworzone ręką człowieka. Ogarnęła nas radość, jaka towarzyszy w kluczowych chwilach wszystkim odkrywcom, bo jasne było, że w końcu dotykamy tajemnicy, której poszukiwaliśmy przez ostatnie miesiące.

Tajemniczy obiekt z nieznanego metalu.
Niestety, nasza radość trwała krótko, bo wkrótce okazało się, że nie jesteśmy tu sami. Najpierw zauważyliśmy po prostu czarne cienie przepływające tuż pod powierzchnią, w pewnym oddaleniu od naszej łodzi. Potem pojawiły się płetwy: jedna, druga, aż w końcu stało się jasne, że otaczają nas całe stada. Kapitan zaczął krzyczeć niezrozumiałe dla nas słowa, które brzmiały jak „dol-fin”, „dol-fin”, i zmienił kurs, ale było jasne, że nie uciekniemy.

Płetwy w oddali.
Kształty przybliżały się, aż w końcu zobaczyliśmy je z bliska. Nie były duże, ale szybkie jak błyskawica. Pływały z jednej i drugiej strony naszej niewielkiej łodzi, często parami, porozumiewając się ze sobą dziwnymi gardłowymi pisknięciami, które brzmiały jak jakaś prastara mowa, pochodząca z czasów, gdy człowiek jeszcze nie stąpał po ziemi.

Jesteśmy okrążani.
Wtedy okazało się, że nasz statek przygotowany jest na takie okazje: kapitan włączył drugi silnik. Jak się okazało, zrobił to w ostatniej możliwej chwili, gdyż krąg wokół naszego statku zaczął się powoli zamykać, a ich gardłowe piski potworów zbytnio zaczęły przypominać dziwny prastary zaśpiew, będący bez wątpienia częścią niewymownie strasznego rytuału. Wyrwaliśmy się jednak z kręgu i wystrzeliliśmy do przodu, na pełny ocean, rozbijając fale. Uciekaliśmy tak dobrych kilka chwil, zostawiając większość tych dziwnych stworów za sobą. Jednak niestety nie wszystkie. Jeden, prawdopodobnie najsilniejszy, wciąż nas ścigał bezustannie, wyskakując czasem z wody i ślizgając się po falach. W tych chwilach widzieliśmy w całej okazałości jego oślizłe, lśniące, czarne ciało.

Pogoń.
Wkrótce też niestety zdarzyło się to, czego wszyscy się obawialiśmy, a na co podświadomie czekaliśmy, jako na nieuchronną kolej rzeczy: silnik się zepsuł. Zamarliśmy w bezruchu, gdy do naszej rzucanej przez fale łodzi podpływał czarny potwór. Wtedy zobaczyliśmy zęby. Było ich całe mnóstwo i były niewiarygodnie ostre. Nie wiem, czym żywią się te istoty w mrocznych, zapomnianych przez światło głębinach, które zamieszkują, ale na pewno nie mają tam żadnych naturalnych wrogów.

Potworne zęby.
Kapitan jednak nie stracił ducha, wychylił się przez burtę i wykrzyknął jakieś słowa, od których morze zafalowało mocniej, a światło kończącego się już dnia straciło swoją barwę. Jak nam chwilę później na migi wyjaśniła jego towarzyszka, były to słowa przekazywane w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie, rodzinna rybacka tajemnica, zapewne konieczna, żeby przeżyć w tych okolicach.

Kapitan odprawia rytuał.
Gdy minęło nasze oszołomienie, okazało się, że jesteśmy sami na morzu. Czarne cienie zniknęły tam, skąd przyszły – w mrocznych nieodkrytych głębinach. 

Większość członków naszej wyprawy była w tym momencie już ledwo przytomna. Nieprzyzwyczajeni do oceanicznych fal, niemal wszyscy zapadliśmy na chorobę morską. Większości moich towarzyszy było już wszystko jedno, czy łodzi grozi kolejne niebezpieczeństwo – każdy z nich starał się zatrzymać zawartość żołądka, patrząc się nieruchomo w pokład, zwieszając się nad jakimś wiadrem czy workiem. Ja też wtedy już czułem się niezbyt dobrze, nieprzywykły do dalekich morskich wypraw, ale zachowałem na tyle przytomności umysłu, by śledzić, co się dzieje z łodzią.

Choroba morska.
A okazało się, że w międzyczasie odpłynęliśmy od brzegu dość daleko, a mgła rozpościerająca się nad morzem sprawiła, że kompletnie straciliśmy poczucie kierunku. Kapitan i pierwszy oficer zaczęli naradzać się w swoim dziwnym języku, ale nic z tego co mówili, nie było dla nas zrozumiałe.

Wtedy któryś z moich towarzyszy wypatrzył we mgle tę wielką czarną płetwę. Była daleko, nie widzieliśmy wyraźnie, ale kapitan w końcu zwrócił uwagę na nasze krzyki i spojrzał w tamtą stronę.

Cień we mgle.
Płetwa zniknęła we mgle tak samo szybko, jak się pojawiła, więc uspokoiliśmy naszego kolegę. Siedzieliśmy tak w milczeniu, morze było spokojniejsze, wieczorna mgła odcinała nas od świata. Wydawało się nam, że jesteśmy sami, w miejscu, o którym zapomniał czas, lata świetlne od naszego świata. Czas mijał powoli, a niewidoczne przez mgłę słońce chyliło się ku zachodowi. 

Wtedy zwróciłem uwagę na naszą załogę, która rozmawiała podniesionymi głosami. Oboje byli wyraźnie zdenerwowani, a nawet – co w przypadku tych dwojga było nowością – przerażeni. Wkrótce zorientowaliśmy się, co było przyczyną. Wystarczyło wyjrzeć przez burtę. Wokół statku coś krążyło – tym razem jednak były to stwory znacznie większe. Ich dziwaczne, pięciometrowe, bluźniercze cielska wolno przesuwały się pod powierzchnią w ciszy przerywanej jedynie głuchymi uderzeniami fal o burty.

Bluźnierczy kształt pod powierzchnią.
W końcu pierwsza czarna jak smoła płetwa pojawiła się na powierzchni. Widząc zrezygnowanie na twarzy kapitana wiedzieliśmy, że tym razem nic już nie poradzimy. Więcej czarnych płetw wkrótce wynurzyło się spod wody. Stwory były inne niż poprzednie: przede wszystkim znacznie, znacznie większe. Te istoty również się ze sobą komunikowały, na pewno były inteligentne, ich ruchy wydawały się zsynchronizowane, jakby były częścią jakiegoś wielkiego planu. Ich język był jeszcze dziwniejszy, pełen niepokojących gardłowych tonów. To musiała być jedna z tych prastarych ras, które zamieszkiwały ziemię jeszcze przed człowiekiem, której nieliczni potomkowie pozostają teraz w ukryciu, w najmroczniejszych głębinach, do których nigdy nie dociera promień słońca. Próbowaliśmy wyłowić coś ze słyszanych dźwięków, ale brzmiały jedynie jak powtarzane w kółko słowo, może imię: „ku-thu-lu”. Ich dziwna bluźniercza mowa była coraz głośniejsza, głuchym echem rozchodziła się w ciszy, jaka zapanowała na pokrytym mgłą oceanie.

Starożytne istoty.
„Grind-wal”, wykrzykiwał kapitan do pierwszego oficera, szukając czegoś nerwowo w schowku pod pokładem. Dziewczyna przejęła stery, usiłując manewrować statkiem pomiędzy wielkimi cielskami pływającymi wokół. To wszystko było jednak na nic, bo mroczne istoty zaczęły wkrótce miarowo uderzać w burty – coraz mocniej i mocniej, całym stadem. Bluźniercze głuche dudnienie, rozlegające się w głębinach, zaśpiew setek ukrytych we mgle prastarych stworzeń, szarpnięcia, wywołane przez uderzenia masywnych oślizłych cielsk o burty, przerażenie na twarzach moich towarzyszy, i to wszystko tonące w gasnącym świetle zmierzchu – to ostatnie rzeczy, które zapamiętałem. Wtedy stare drewno ustąpiło i woda wdarła się na pokład. Zaraz potem straciłem przytomność. 

Ostatnie chwile.
Nie wiem, jak się dostałem na wyspę, na której mnie odnaleziono. Nie wiem, czy ktokolwiek inny przeżył tę wyprawę. To wszystko, co z niej pamiętam. Wiem tylko, że widok ogromnej czarnej płetwy i ten ponury zaśpiew, rozlegający się na otwartym, obojętnym morzu, będzie powracał do mnie w koszmarach do końca życia.

sobota, 25 czerwca 2011

Duży wulkan i czarne plaże


Tak się jakoś złożyło, że wylądowałem na wakacjach na Teneryfie. Świadomie piszę, że na wakacjach, bo to nie jest taki normalny wyjazd, tylko taki klasycznie urlopowy, na jaki bym się pewnie sam raczej nie wybrał: hotel, wyżywienie, biuro podróży. Takie wczasy rodzinne. Teneryfa to świetny kurort, podobno jeden z największych na świecie, no i można się tu dostać na dowód, bo to Hiszpania. Lot trwa wprawdzie długo, bo jakoś prawie 6 godzin, ale na miejscu jest już bardzo przyjemnie.

Niemniej jednak na wyspie jest co zwiedzać i co oglądać. Jest tego nawet bardzo, bardzo dużo, więc pobyt tutaj to jednak spora frajda. Przede wszystkim jest wielki wulkan - Teide, którego najwyższy szczyt ma ponad 3700 mnpm. Całkiem sporo. Dzięki temu większość wyspy to tereny górzyste, zapewniające niesamowite widoki (drogi idące na występie skalnym na klifie na wysokości kilkuset metrów nad oceanem, urwiska głębokie na kilometr itp.). Krajobraz jest bardzo zróżnicowany – na południu jest gorąco, słonecznie i dość pustynnie, na północy zaś też gorąco, chyba non stop wiszą tam nisko chmury, za to pełno lasów i zieleni. Do tego jeszcze są całkiem fajne, niezwykle malowniczo położone i w ogóle śliczne hiszpańskie miasta, które rozwinęły się w czasach, gdy kwitł szlak morski do Ameryki – i wszystko to sprawia, że to naprawdę fajne miejsce.

Przede wszystkim fajne jest jeżdżenie tu samochodem. Samochód daje się wypożyczyć za różne sumy, mnie kosztowało to 80 euro za 3 dni (można chyba nawet trochę taniej, ale nic tańszego nie było w okolicy, a daleko to nie miało sensu). Benzyna jest tańsza niż u nas, bo kosztuje euro za litr, a odległości niezbyt duże – okrążenie wyspy to niewiele ponad 200 km. Północ z południem łączy doskonała autostrada, idąca wzdłuż wschodniego brzegu, ale praktycznie cała reszta dróg to drogi górskie. Pierwszy raz jeździłem po tak krętych i stromych drogach, więc miałem z tego sporo uciechy. Wprawdzie nie do końca fajne są drogi najniższej kategorii, gdzie jest jeden pas do ruchu w obie strony i czasem zdarzają się mijanki, ale ogólnie trzeba dość uważać na samochody jadące z naprzeciwka. A to wszystko w sytuacji, gdy droga pnie się po stromym zboczu na wysokości kilometra nad dnem doliny. Samochód – wprawdzie mały – ale często nie dawał rady na dwójce i trzeba było redukować do jedynki, żeby podjechał pod górę, więc było ostro. Ale fajnie, bo widoki wynagradzały to w zupełności. Zupełnie niesamowite.

Środek wyspy zajmuje wielki krater Teide, którego średnica ma chyba jakieś kilkanaście kilometrów. To po prostu taka opaska z gór, w środku którego jest w miarę płaska powierzchnia, położona na wysokości ponad 2000 mnpm, pokryta różnymi rodzajami (i kolorami!) lawy i sporadycznie roślinnością. We wnętrzu jest też kilka szczytów (nowych stożków), choćby ten najwyższy - Pico del Teide, który ma ponad 3700 m. Na samą górę nie wlazłem, bo wymagane jest specjalne pozwolenie, które trzeba sobie wcześniej załatwić, ale byłem na wysokości ponad 3600 m – tam dojeżdża kolejka linowa i są dwa szlaki, dzięki którym można sobie połazić po lawie. Jest tam śnieg i chyba jest dość chłodno (podawano, że temperatura była poniżej 10 stopni), ale się kompletnie tego nie czuje, bo słońce ostro grzeje i spokojnie można chodzić w T-shircie i japonkach (tylko w tych ostatnich trzeba trochę uważać na ostre krawędzie skał). Podobno w lasach rosnących na północnych zboczach żyją nawet dzikie goryle, przywiezione tu kiedyś z Afryki, ale ich akurat nie spotkałem.

Na dole, nad morzem jest jakoś poniżej 30 stopni i cały czas piękna, słoneczna pogoda (po południowej stronie wyspy). Po północnej raz jechałem przez chmurę, która wisiała bardzo nisko. Momentami widoczność spadała do prawie zera, więc było dość dziwnie.

Większość miasteczek czy wiosek w górach (a góry są tu wszędzie) jest położona na stokach. Ciekawe to, bo wtedy w zasadzie jedyną w miarę płaską powierzchnią wspólną jest wąski pas drogi. Ale widać jakoś sobie z tym radzą.

Zostało zwiedzania jeszcze całkiem sporo, przede wszystkim chciałbym połazić po miastach, które są tu śliczne – i z uwagi na usytuowanie (jednak miasta, które nie są płaskie, zwykle są bardziej urokliwe), jak i na architekturę, mnóstwo kwiatów i innych ciekawych detali.

W ogóle to przyjemnie się mieszka nad oceanem, który sobie w nocy szumi – czasem bardzo głośno, bo fale bywają spore, ale z reguły umiarkowanie. Ocean to być może najpiękniejsza rzecz na świecie.

No i czas na kilka obrazków.

Pustynia i góry.

Gdzieś nad morzem w okolicach Playa de las Americas.

Coś jakby statek Kolumba. On w końcu zahaczał o Wyspy Kanaryjskie w czasie swoich wypraw.

Los Cristianos, w tle góry, a za nimi stożek wulkanu.

W wąwozie Masca – tata i jeziorko.

Różnokolorowa lawa we wnętrzu krateru Teide. 

Ja w klapkach na śniegu. Jest fajnie, choć jak już naleci tego śniegu do klapek, to zimno. Na szczęście szybko się topi.

Los Roques de Garcia – takie wyrzucone z wulkanu skały.

Playa de las Teresitas – chyba najładniejsza plaża na wyspie, bo piasek pochodzi z Sahary.

Górska droga, gdzieś w górach Anaga.

Roque de las Bodegas

Typowa plaża z czarnym piaskiem. 

Drewniane balkony w La Orotava

Tysiącletni smokowiec w Icod de los Vinos.

Skałki na najdalej na zachód wysuniętym końcu wyspy – Punta de Teno.

Dolina górska w okolicy El Palmar.

piątek, 24 czerwca 2011

Chocos

Dawno nie było o jedzeniu, trzeba prędko nadrobić.


To jest chocos. Wygląda jak kalmar, ale to nie kalmar. To chocos. Smakuje, powiem Wam, też jak kalmar, ale to jednak na pewno chocos. W knajpie, gdzie go zjadłem, kalmarów nie było. Skończyły się. Były tylko chocosy.

Ale pomyślałem, że o tym napiszę, gdybyście kiedyś trafili na chocosa.

Acha, i jeszcze jedno: smaczny jest. A jakże.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...