piątek, 13 maja 2011

Zblędźwienie, czyli o chaotycznym pisaniu, majowym planie 3xB i pływającym ogrodzie przyszłości

Ostatnio wrzucam wpisy dość chaotycznie, zarówno pod względem geograficznym, jak i czasowym. Miejsca i czasy się przeplatają i wymieniają, zapewne zupełnie zresztą dla was niepostrzeżenie. Cóż, tak jakoś wychodzi. Nikt z Was się nie skarży (o ile jeszcze ktoś tu w ogóle zagląda ;-)). Ale tak to jakoś jest i tak chyba na razie będzie - mam nieco więcej materiału niż chce mi się przejrzeć i uporządkować, a poza tym chaos czasem jest lepszy niż porządek. No bo w przeciwnym wypadku trzeba by pisać o wszystkim po kolei, i jak się o czymś nie chciałoby napisać, to wszystko musiałoby czekać, traciłoby ważność, pleśniałoby, gniłoby i w ogóle robiłoby się bez sensu. A tak, przy chaotycznej formule, jak przychodzi ochota do napisania o czymś i wrzucenia kilku zdjęć od czapy, to można i jest pięknie.

Niemniej jednak warto się pochwalić, że udało się ostatnio zrealizować plan wycieczek majowych o kryptonimie 3xB. Z wycieczkami ostatnio było ciężko, choć z przemieszczaniem się - nadzwyczaj dobrze. Kilometrów pokonanych przyrastało, wychodziło ich już w tym roku wiele tysięcy, ale z przyczyn niekoniecznie turystycznych, raczej osobistych. A przecież wiadomo, zwiedzać trzeba, nawet jak się nie da jechać daleko i na długo. Stąd 3xB - Berlin, Belgrad, Babie Doły. Ot tak. I wyszło. Ominąłem w ten sposób śnieg w Polsce, kilka brzydkich dni, trafiłem na jakieś pierwszomajowe zamieszki i najadłem się sporo dziwnych rzeczy. Oczywiście odwiedziłem przy okazji jeszcze parę miejsc na inne litery (o nich pewnie kiedyś tam), i trzeba było wszędzie jakoś się dostać: samolot się oczywiście znalazł, ale że większość dystansów krótka, to przede wszystkim było mnóstwo jeżdżenia pociągami.

Lubię jeździć pociągami (co jest powszechnie znane). Jednak jakoś tak się składa, że nie zawsze się to przekłada na zadowolenie z podróży PKP. No bo różnie to z tym PKP bywa: a to sezon świąteczny i są opóźnienia, a to wielkie przygotowania do Euro 2012 i wszystkie duże dworce w Polsce zamienione w place budowy, po których zagubieni podróżni błąkają się, szukając jakiejkolwiek aktualnej informacji. No i same pociągi to też zawsze ruletka, bo różne rzeczy się tam trafiają. Nie to, że ogólnie jestem z polskich kolei niezadowolony, jest całkiem spoko. Tylko bywa śmiesznie. Właśnie tak: nie to, że nieprzyjemnie, a zabawnie.

Raz na przykład na jakiejś trasie podmiejskiej w północnej Polsce kupiłem sobie w kasie bilet. Bardzo mi się spieszyło, więc zapłaciłem, wsiadłem i przy kontroli okazało się, że to bilet na dwie osoby. Ciekawe, czy pani w okienku widziała podwójnie, czy po prostu stwierdziła, że jak się spieszę, to mogę ciut przepłacić. Załóżmy, że zaszło to pierwsze - cóż, zdarza się. Ale akurat było miło, bo konduktor coś tam na bilecie napisał i dostałem zwrot pieniędzy.

Z biletami i kontrolerami nie zawsze jest miło, bywa różnie, bo obejrzałem sobie też historię opisaną na facebooku – dziewczyna kupiła bilet ze zniżką – jak się poniewczasie okazało – nieobowiązującą w pociągu, którym jechała, i konduktor bardzo starał się ją przekonać (i wszystkich wokół), że to jej wina. Wiadomo, każdy w domu, przed udaniem się na dworzec, powinien zapoznać się z cennikiem PKP, żeby w kasie dokładnie wiedzieć, o co prosić, i móc skontrolować kasjerkę, jeśli popełni błąd i sprzeda nieistniejący produkt. Kiedyś też zdarzyło mi się być świadkiem sytuacji, gdy ktoś miał bilet z niewłaściwą zniżką, ale w sumie droższy niż powinien mieć. Wszystko jedno, konduktor i tak zmusił go do zakupu kolejnego biletu (za tamten mógł sobie ów pasażer odzyskać potem pieniądze w kasie - bardzo wygodne przecież wyjście z sytuacji).

Jechałem też ostatnio w przedziale z pewnym mieszkającym w Polsce Hiszpanem, który kłócił się z współpasażerami, czy Polska to normalny kraj. Hiszpan twierdził, że normalny, Polacy mówili, że nienormalny, ale nie potrafili tego uzasadnić inaczej niż mówiąc: „Bo tu wszystko jest inaczej”. Ja sobie kupiłem herbatę od pana z wózkiem. Dostałem łyżeczkę i serwetkę w folii. Łyżeczka okazała się być w dwóch częściach, jak widać do samodzielnego sklejenia (klej niestety nie był dołączony). Było dużo śmiechu, ale niestety był to też argument przeciw opinii Hiszpana. A szkoda, bo takie marudzenie akurat jakoś do mnie nie przemawia, mimo że cały ten tekst to – nie da się ukryć – takie lekkie narzekanie ;-).

Są też jednak dobre strony PKP, na przykład wagony bezprzedziałowe. Nikt nimi nie chce jeździć (z niewiadomych dla mnie powodów), więc zawsze to przyjemne miejsca. Wygodnie, spokojnie, no i jakoś tak bardziej intymnie ;-). Niestety, mało ich mamy. Za to zwykle mają fantazyjną numerację. Reszta wagonów w pociągu to 2, 3, 4, 5, a tu nagle wagon bezprzedziałowy ma numer 15. Rozumiem, że w przyszłości planowane jest dodanie kilku wagonów w środku składu, więc ta przerwa w numeracji jest tak na zapas. A zapasy Polacy lubią robić, co pokazała ostatnio dobitnie sprawa drożejącego cukru.

Jechałem też ostatnio wagonem piętrowym! To oczywiście nic nadzwyczajnego, takie wagony jeżdżą standardowo na wielu trasach podmiejskich, ale jakoś dawno mi się nie zdarzyło. Siadłem sobie na górze i okazało się, że tam jest strasznie ciasno i wieje. No i jak ktoś (na szczęście nie ja) wstawi bagaż na dość wąską i niepewną półeczkę, to potem on spada na ludzi, wszystko z niego wypada i pół wagonu musi pomagać zbierać. Ale to rodzi poczucie wspólnoty, więc przy okazji można się wielu ciekawych rzeczy dowiedzieć. Na przykład wiem już chyba wszystko, co da się wiedzieć o tym, w jakim złym stanie są polskie siły zbrojne przez różne ostatnie reformy, i jak żony żołnierzy na nich cierpią. Naprawdę, powiem wam, cierpią strasznie, głęboko i bardzo, bardzo głośno.

Ale, żeby dokądś tymi wszystkimi pociągami w tym tekście dojechać, na koniec dodam kilka słów o Pływającym Ogrodzie. Pływającym ogrodem będzie Szczecin już w 2050 roku. To już tylko za 39 lat, więc jest na co czekać. „Szczecin 2050 – floating garden project” to marka miasta, intensywnie tamże promowana. No bo wiadomo, dużo tam wody dookoła, sporo zieleni, może to być taka polska Wenecja. Pewnie może. Nie wiem tylko, czy za 39 lat, biorąc pod uwagę widoczne w mieście osiągnięcia poprzednich 39 lat. Ale oczywiście trzymam za Szczecin kciuki. Na razie Szczecin zaprezentował nieco inne widoki, niemniej jednak wiadomo, że można go kochać. No bo proszę, widać że można.




Poza tym chciałbym też Was zapoznać z panem szczecińskim marynarzem. Będzie ich potrzeba coraz więcej, gdy już wszystkie ulice zamienią się w arterie wodne. Ja tylko chyba chciałbym mieć jego portki, są naprawdę świetne.




Ach, no i na koniec grrruby gołąb. Bo chyba na koniec tego tekstu gołąb nadaje się wręcz wyjątkowo. Nie wiem, jak inaczej mógłbym go zakończyć.

Tak więc, z gołębim pozdrowieniem, do następnego razu.



5 komentarze:

  1. anonimowa czarodziejka13/5/11 22:00

    Heheh, a to się pośmiałam:) I ja mam parę takich pociągowych historyjek w zanadrzu:)))
    Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
  2. portki to "szwedy", bardzo na topie, zabierz marynarzowi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. mogą tylko być trochę przyciężkawe ;-).

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...