piątek, 25 lutego 2011

Rapa Nui



Przeglądu staroci ciąg dalszy.

Nigdy nie przejrzałem wcześniej zdjęć z Wyspy Wielkanocnej. Mam ich ogromnie dużo. Wybór był więc dość trudny, ale mam nadzieję, że jest w miarę sensowny.

Ponieważ są to zdjęcia sprzed już niemal roku, przypominam towarzyszącą im historię. Szczególnie polecam oczywiście komiks.

A same zdjęcia – poniżej. Mam nadzieję, że one same też układają się w jakąś historyjkę.

Wyspa Wielkanocna to przede wszystkim kraina wielkich głów – moai.
W rzeczywistości nie są to same głowy, lecz postaci ludzkie,
przedstawiające przodków. Stojące, wyglądają zawsze imponująco. 

To miejsce, skąd jest wszędzie daleko. Samotna wyspa na środku oceanu.

Mieszka tu jakieś 5000 osób. Zdecydowana większość w jedynym na wyspie miasteczku
(no, może to trochę zbyt szumne określenie) o nazwie Hanga Roa.

Podstawowy sposób transportu to spacer i samochód. Jest jedna droga wokół wyspy.
Najdłuższy odcinek do przejechania ma 18 km.

Przystań w Hanga Roa.

Dookoła jest ocean. Czasem nie do końca jest tak spokojny, jakby to z nazwy wynikało...

...a czasem jest tu bardzo sympatycznie.

Na początku zeszłego wieku wszystkie posągi zostały przewrócone, prawdopodobnie w czasie wojen.

Stojące robią jednak wrażenie.

Na wyspie jest sporo koni. To nowy nabytek tutejszej społeczności i ich wielka miłość.

Tyle że konie są dość niebezpieczne, bo niszczą zabytki archeologiczne,
które można tu znaleźć praktycznie na każdym kroku.

Większość moai wciąż leży, a i poza nimi jest tu cała masa innych kamiennych skarbów.

Niemniej jednak czas jakoś trzeba spędzać, gdy żyje się w najbardziej oddalonym miejscu na świecie.

Na wyspie są dwa wielkie kratery. Na zdjęciu Rano Kau - z niezwykle malowniczą laguną wewnątrz.

Szczególnie pieknie wygląda przy błękitnym niebie (zresztą prawie zawsze tu jest takie).

Takie miejsca, osłonięte od wiatru, w pewnym okresie były jedynymi, w których ocalały drzewa.

Motu Nui i Motu Iti (Duża i Mała Wysepka) to miejsca związane z kultem człowieka-ptaka.
Tu odbywał się co roku wyścig, w którym śmiałkowie musieli znaleźć na wysepkach
jajo mewy i wspiąć się po stromych klifach, by donieść je do Orongo.

Orongo to ceremonialna wioska, która raz w roku gościła wszystkie klany wyspy.
Domy o makabrycznie niskim wejściu są specjalnie umocnione,
bo przecież nie wszyscy żyli w przyjaźni.

Orongo to niesamowite miejsce - położone na wąskim pasku lądu - z jednej strony krater Ranu Kau, z drugiej ocean.

Dziś na wyspie są lasy. Konkretnie - zdaje się, że dwa, nieduże. Jakiś czas temu nie było tu żadnych drzew.

Roślinność jednak, z uwagi na bardzo ciepły klimat, jest przepiękna.


Większość moai została przewrócona.

Wszystkie leżą nosami w dół.

Rano Raraku - drugi wielki wulkan.
Na zboczach tej góry wykuwano moai i do tej pory stoją tu ich dziesiątki.

Każda głowa jest inna, bo przedstawiały prawdziwych ludzi.







Z praktycznie każdego miejsca wyspy widać ocean.

Ahu Tongariki - największe ahu, na którym stoi 18 ogromnych moai.

Ahu Akivi - jedyne ahu, w którym moai patrzą w stronę oceanu.

Królewskie, najstarsze ahu, w pobliżu jednej z jedynie dwóch plaż na wyspie.

Polinezyjskie ceremonie wciąż są żywe, nawet jeśli to turystyka w znacznym stopniu je podtrzymuje.

Tradycyjny sposób przyrządzania jedzenia - pieczenie go w ziemi.
W ten sposób przygotowuje się potrawy tu nie tylko dla turystów,
ale też z okazji świąt (teraz już chrześcijańskich).
Jedzenie jest smaczne, choć proste. Polinezyjscy nawigatorzy nie mieli ze sobą
zbyt wielu rodzajów nasion i zwierząt, więc menu było dość ograniczone.

Wnętrze wyspy jest porośnięte głównie trawą i wyprawa tam w panującej
w ciągu dnia temperaturze to wyczerpujące przedsięwzięcie.

Niemniej jednak widok ze szczytu Maunga Terevaka – najwyższej góry
na wyspie – jest świetny. Ze wszystkich stron widać ocean.

Kwiaty nie są tutaj częste, poza ogrodami przy domach.


Trawa za to pełna jest gryzących much.

Podziemny świat jest bardzo bogaty. Jaskiń jest tu bardzo dużo.
Malownicze lawowe korytarze wiją się czasem przez setki metrów.

Przede wszystkim jednak Rapa Nui to bardzo romantyczne miejsce.
To w końcu tajemnicza wyspa na końcu świata.

Świty też są tu przepiękne.




Cmentarz w Hanga Roa - polinezyjski, kolorowy.
Jest tu też kościół pełen dziwacznych chrześcijańsko-polinezyjskich rzeźb.

Miejska plaża. Niezbyt duża, ale wystarcza.

Długousi wciąż są w modzie. Zachowały się zdjęcia z początku zeszłego wieku, na których widać,
że rzeczywiście tutejsi ludzie wydłużali sobie w ten sposób uszy.

Współczesna sztuka polinezyjska czerpie pełnymi garściami z tradycji.


W całej Polinezji taniec jest bardzo ważny, ale nie jest to do końca rozrywka.

Taniec to sposób opowiadania historii i legend.

Czasem taniec był związany z religijnymi obrzędami.

Oczywiście śpiewanie i taniec to też sposób na wesołe spędzanie czasu w tak odizolowanych miejscach.




Życie nocne zaczyna się w Hanga Roa dość późno, w okolicach północy.
Wczesnym wieczorem po prostu nic się nie dzieje.

Gdy się jest miejscowym, można w dzień obejrzeć mecz – to ulubione zajęcie tutejszej młodzieży.

Gdy się jest tu tylko kilka dni, można napić się kawy, patrząc tęsknie na ocean. Bo jest piękny.


1 komentarze:

  1. faaaajne zdjecia! i fajne ich przetworzenie. To pozniej Ci pokaze konkretnie, ktore najbardziej mi sie podobaja.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...