poniedziałek, 27 września 2010

Epilog

Idziemy na stację, gdy jest jeszcze ciemno. Ciemno, i - warto dodać - zimno. Tutejsze temperatury o tej porze roku mają całkiem spore amplitudy: w dzień jest może i nawet ponad 20 stopni, ale w nocy jest przymrozek, poniżej zera. Ślicznie odrestaurowany dworzec we Władywostoku jest ładnie oświetlony, cichy, spokojny. W poczekalni nawet sporo ludzi, ale wszyscy senni, nie ma tu żadnego ruchu. Pociąg wjeżdża na peron czwarty - elektryczka - podobna do naszej, ale jednak tutejsze pociągi wszystkie wydają się większe, potężniejsze, bardziej majestatyczne. I to chyba nie tylko przez szerszy rozstaw torów, tak są po prostu zaprojektowane.

I tu pierwsze zaskoczenie: w wagonach jest kompletnie ciemno. A że i peron nie jest jakoś szczególnie oświetlony, wchodzimy do pociągu w całkowitej ciemności, gdzieś siadamy, widzimy ledwo sylwetki innych ludzi. Ciemno i zimno. Pociąg rusza. Wtedy dopiero orientujemy się, że do świtu jeszcze dwie godziny.

Dziwnie się jedzie w takim ciemnym pociągu. Bo to, że nie jesteśmy sami można, widać tylko w rzadkich błyskach świateł z zewnątrz.

Pół godziny później zapalają się jednak lampy. Niestety, nie robi się cieplej. Niemal sześciogodzinną podróż z Władywostoku do Nachodki pozostaje spędzić w naprawdę zimnym wagonie.

W czasach ZSRR, od lat 50., Władywostok był miastem zamkniętym: stacjonowała tu flota, więc obcokrajowcy nie mieli wstępu. Obce statki zawijały do innego portu na Pacyfiku - właśnie Nachodki - „znajdźki” odnalezionej w połowie XIX wieku przez gubernatora Syberii grafa Murawiowa-Amurskiego, wybudowanego na początku XX wieku miasta.

Co najważniejsze - to Nachodka, a nie Władywostok, była w owych czasach wschodnim końcowym terminalem pasażerskich pociągów kolei transsyberyjskiej.

Z Władywostoku pociągiem to kawałek, bo trzeba się trochę cofnąć, objechać zatokę, bo linia brzegowa tu bardzo pofałdowana, a też na samym wybrzeżu - góry. Ale też dzięki temu widoki po drodze są piękne. Przy samym mieście rzucają się w oczy dwa zupełnie trójkątne wzniesienia - Brat i Siostra. No i oczywiście z pociągu wspaniale widać morze.

Sama Nachodka, poza swoim niezwykle urokliwym położeniem, taka fascynująca nie jest. Miasto jest rozciągnięte na 30 km wzdłuż brzegu i składa się w zasadzie wyłącznie z blokowisk i industrialnych rdzewiejących terenów portowych. Wyjątkiem jest coś w stylu deptaka przy ulicy Leninskaja, obudowanej niezbyt wymyślną sowiecką architekturą, ale turysta na za wiele liczyć tu nie może. Nawet zjeść nie ma gdzie - my próbowaliśmy w dwóch kawiarniach, ale jakoś się nie udało: do pierwszej - pretendującej na europejski lokal „First Cafe” nas nie wpuszczono, bo mieliśmy na sobie sportową odzież (tzn. polary, bo zimno), a w drugim zderzyliśmy się w progu z przestraszoną kobietą, która wyszeptała do nas: „Uciekajcie, szybko! No już, nikt was tu nie może zobaczyć! Mamy kontrolę; ja też właśnie znikam!” - i wybiegła tuż za nami.

Wracamy do Władywostoku już autobusem - niestety, pociągi z jakiegoś powodu jeżdżą tu w zasadzie jedynie przed południem. Zaleta jest taka, że autobusem jedzie się o niemal dwie godziny krócej (bo droga prowadzi inną, nieco krótszą trasą).

To jedna z najbardziej absurdalnych moich wycieczek kiedykolwiek: 10 godzin podróży, ze 4 godziny na miejscu. Ale zawsze to było trochę więcej Transsybu :)

Dworzec we Władywostoku nocą.
W nieoświetlonym wagonie.
Trasa przez górki (fot. Anna Sosnowska).
(fot. Anna Sosnowska)
(fot. Anna Sosnowska)
Na stacji Tichookieanskaja w Nachodce.
Widok na port w Nachodce.
Nachodka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...