poniedziałek, 19 lipca 2010

Sezon ogórkowy

Jak jest upał, to jest upał - trzeba wypoczywać w dzień i cieszyć się ciepłem. Pewnie jakby było chłodniej, pozwiedzałbym więcej, a tak cóż. Ale o czymś od czasu do czasu pisać trzeba, więc pozwolę sobie wrzucić tekst o niczym i obrazki o zupełnie czym innym. Bo w sumie czemu nie?


Pojechałem do Armenii, obejrzałem Erywań i parę innych miejsc - było oczywiście super, a jakże. Mają tam również dobre jedzenie, jest przyjemnie, można zostać zaadoptowanym w marszrutce przez ormiańską rodzinę i jest wtedy fajnie. Pomyślałem sobie, że można by wrócić pociągiem. Pociąg to coś dla hardkorowców: marszrutką z Tbilisi do Erywania jedzie się jakieś 5-6 godzin, a pociągiem 16. Ale pociąg to pociąg, wiadomo, fajna sprawa. Poradzono mi, żebym poszedł na stację dwa dni wcześniej, bo potem może nie być biletów - wiadomo, wakacje. Więc wybrałem się tam, stacja daleko od centrum, ale jest fajna sama w sobie, bo budynek wygląda jak trochę mniejszy pałac kultury - wielkie to, i zupełnie puste, bo z tyłu dwa niepozorne perony. Rozkład jazdy leci sobie na takim małym telewizorku, ale się szybko przewija, a pociągi międzynarodowe są na samym początku. Więc pyk, pojawiają się i po sekundzie zjeżdżają z ekranu, potem ogląda się wszystkie pociągi w Armenii przez 5 minut, a potem 10 minut jakiejś dziwacznej animacji przedstawiającej pociągi jeżdżące przez pola i znowu pyk - na sekundę międzynarodowe połączenia. Za drugim razem dałem sobie spokój i poszedłem po prostu do kasy. Kasy otwarte aż cztery, przed każdą potworny tłok, wszyscy się pchają, kolejka to to nie jest, no ale dobra, staję. Pani w okienku wypisuje bilety ręcznie, więc trwa to makabrycznie długo, bo na każdym bilecie musi umieścić m.in. chyba wszystkie informacje z paszportu, a każda osoba ma ze sobą paszporty całej rodziny. Po wypisaniu - fikuśnie wycina te bilety w takie fajne ząbki nożyczkami - choćby z tego powodu chciałbym pojechać tym pociągiem, żeby mieć taki ładnie wycięty bilet. Ale trwa to i trwa - w sumie nie wiadomo jak długo, bo nie do końca było dla mnie jasne, kto stoi w tej kolejce. Niemniej jednak mając czas spytałem się czekających ze mną ludzi o wszystko - jakie są ceny, kiedy pociąg odjeżdża itd. W końcu dotarłem do kasy, a tam pani z rozbrajającą szczerością powiedziała mi, że do Tbilisi to muszę kupić bilet w dniu odjazdu. Czemu - nie wiadomo, no ale dobra. Drugi raz iść tam mi się nie chciało, więc zrezygnowałem z pociągu, szczególnie że w międzyczasie usłyszałem piękną opowieść o szesnastogodzinnej podróży z zepsutą klimatyzacją w czterdziestostopniowym upale (bo czasem się w pociągach psuje, jak wiadomo).


Odniosłem też dwa niebywałe sukcesy kulinarne: udało mi się zrobić coś na kształt jajecznicy po ormiańsku (jajka + cebulka, pomidor i taka jasnozielona papryka), oraz znakomity kompot z wiśni - bo trafił się kilogram wiśni, a nie były aż takie przesadnie smaczne. Nigdy wcześniej nie robiłem kompotu z wiśni, więc dobrze, że wyszedł - był naprawdę dobry i w sam raz na upał.

Armenia, okolice Khor Virap (podpis na specjalną prośbę Tomka).

Ech, ja wiem, że trzeba będzie kiedyś przejrzeć zdjęcia, coś powrzucać i o czymś poopowiadać. Ale to kiedyś. Na razie z braku laku macie gruzińskie ślimaczki. Ślimaczki żyją sobie na badylach i jest im tam dobrze i jest ich dużo, bo w lecie i w kupie zawsze raźniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...