piątek, 2 lipca 2010

Tajlandia-Kambodża-Wietnam-Ukraina

Przez ostatni miesiąc działo się oczywiście sporo rzeczy. Odwiedziłem cztery kraje, zupełnie różne. Ale przede wszystkim zmieniła się moja podróż, może dlatego że po Nowej Zelandii trochę zaczęło mnie męczyć ciągłe przemieszczanie się.

Myślę, że tak w ogóle, to trzeba podróżować w wolniejszym tempie, a przynajmniej robić długie, co najmniej 2-3-tygodniowe przystanki. Bo tak jest trochę za szybko. Zdecydowana większość ludzi podróżujących długo tak robi, pewnie dlatego, że sensowniej planują ode mnie. No i prawda jest też taka, że czym wolniej się podróżuje, tym taniej to wychodzi (przynajmniej w niektórych miejscach świata, gdzie koszty życia nie są wysokie).

Tak czy inaczej moja podróż uległa drobnej transformacji. Więcej czasu spędzam na spaniu, czytaniu, spotykaniu ludźmi i ogólnie bawieniu się i odpoczywaniu, niż na pisaniu bloga i szybkim zwiedzaniu. Dlatego nie pisałem. Drugi powód jest taki, że mi się to już jednak znudziło :-).

Tak czy inaczej działo się sporo.

Przede wszystkim dotarłem do Bangkoku. Bangkok to zupełnie niesamowite miejsce - miasto, do którego na pewno chciałbym nie raz wrócić (to samo zresztą dotyczy wielu miejsc w Indochinach). Bangkok to bardzo żywe miejsce. Wychodzi się w centrum z pociągu i natychmiast znajduje się w środku szalonego spektaklu - zatłoczone ulice, masa sprzedawców, dymy i zapachy jedzenia wszelkich rodzajów, przyrządzanego na stolikach wielkości metra kwadratowego stojących w środku przewalającego się tłumu ludzi. Wielkie budynki, ogromna betonowa konstrukcja Sky Train górująca nad ulicami, gwar. Dużo tam jest ciekawych rzeczy.

W Bangkoku posiedziałem kilka dni, w zasadzie chodząc po mieście i chłonąc. A przy okazji można było zobaczyć kilka ciekawostek, jak koszmarnie wyglądający szkielet ogromnego centrum handlowego w samym sercu miasta, spalonego w czasie zamieszek sprzed kilku tygodni, rzekę z zapełniającymi jej brzegi slumsowatymi domami na palach, fantastyczny Pałac Królewski z kilometrowym malowidłem przedstawiającym Ramajanę, turystyczną ulicę czerwonych latarni Patpong, niesamowity ogromny złoty posąg Leżącego Buddy i masę innych mniej lub bardziej dziwnych rzeczy.

W Bangkoku jest chyba zupełnie wszystko.

Tajlandia to królestwo, gdzie króla traktuje się bardzo poważnie, mimo że jego rzeczywista rola nie jest wielka.

Reclining Budda, Wat Pho, Bangkok - ogromny złoty posąg

Pałac królewski, Bangkok

Tam też zaczęła się moja wycieczka przez Kambodżę. Wycieczka, bo zdecydowałem się na zorganizowaną wycieczkę z przewodnikiem - inaczej chyba nie znalazłbym siły na to, żeby zwiedzać, i na pewno nie dałbym rady zrobić trasy, którą chciałem zrobić w czasie, który chciałem na to poświęcić. Pewnie kiedyś napiszę więcej o tym, czy i kiedy opłaca się moim zdaniem wybierać na tego typu imprezy, ale tym razem zdecydowanie było warto - była fajna sześcioosobowa grupa i się dobrze bawiliśmy.

Kambodża to zupełnie inna bajka niż kolorowa i turystyczna Tajlandia. Przede wszystkim to niesamowicie biedny kraj i praktycznie zupełnie nie rozwinięty. Wojna domowa, która skończyła się tam przecież całkiem niedawno, zadbała o to, żeby zostawić za sobą kraj w kompletnej ruinie. Praktycznie każdy, kogo spotykaliśmy, stracił kogoś bliskiego za czasów Pol Pota - rodzica lub oboje rodziców, siostrę, brata. Muzea, które można było obejrzeć w Phnom Penh (stolicy) były makabryczne - pola śmierci, gdzie dosłownie chodziło się po ludzkich kościach, wypłukiwanych przez deszcz z masowych grobów pod ziemią, więzienia pełne narzędzi tortur.

To było dość ciężkie.

Ale poza tym jest tam niesamowicie pięknie. Jedna z najbardziej wspaniałych rzeczy z chyba całej mojej podróży to na pewno Angkor Thom i okolice - starożytne miasto Khmerów, zamieszkane niegdyś przez milion mieszkańców. Świątynie Angkor Wat i Ta Prohm to miejsca, które po prostu trzeba zobaczyć. To tak, jakby się nagle znalazło na planie Indiany Jonesa - piękne misternie rzeźbione gigantyczne świątynie w środku dżungli, porośnięte drzewami. Wokół małpy, jadowite węże, słonie. Absolutna rewelacja.

Miasta Kambodży też mają swój niewątpliwy urok. Może nie ma tam nowoczesnych wieżowców, ale za to jest dużo życia i świetni ludzie - przyjaźni i zwykle po prostu bardzo fajni.

I jedna ciekawostka - w Kambodży płaci się dolarami amerykańskimi. Także w sklepach - ceny są po prostu wszędzie w dolarach. Zwykle są to niskie ceny, więc większość rzeczy kosztuje dolara. Jeśli mniej, reszta jest wydawana w lokalnej walucie, ale ona niestety na niewiele się zdaje.

Fajnie jest nad morzem - są niewiarygodnie tanie i przesmaczne owoce morza, fajne i ładne plaże i jest sympatycznie.

Najlepsza rzecz to jednak drogi, bo na nich można spotkać najciekawsze rzeczy. Na przykład 5 osób jadących na jednym motorze, albo świnie (żywe) przewożone na motorze. Podobno czasem wozi się też na motorach krowy, ale to mi umknęło.

Żywe świnie na motorze.

Angkor Wat w okolicach świtu.

Ta Prohm - tu był kręcony film Tomb Raider.

Pola śmierci.

Plaża na wyspie w okolicy Sihanoukville.

Na koniec chwilę spędziłem w Wietnamie, gdzie jest bardzo malowniczo - zielone pola ryżowe, rozległe rzeki delty Mekongu, domy na palach - ale dla mnie jakoś za kolorowo, w dziwacznych pastelowych niepasujących do siebie kolorach. No i jest strasznie dużo motocykli - w Sajgonie, który ma 8 mln mieszkańców, motocykli jest ponad 4 mln. To mniej więcej obrazuje, jak to miasto (i jego ulice) wygląda. Przechodzenie przez ulicę polega na wchodzeniu w chmarę jadących motorów - najlepiej się na nie nie patrzeć, tylko po prostu iść przed siebie. Zwykle się udaje.

Obejrzałem sobie też tunele Cu Chi, w których się ukrywali Wietnamczycy w czasie wojny z Ameryką, co było ciekawe, bo pułapki na Amerykanów były zaiste pomysłowe i raczej nieprzyjemne. No i ilość antyamerykańskiej propagandy komunistycznej, którą zostałem uraczony, była porażająca. Swoją drogą, tam wciąż są reklamy w socrealistycznym stylu, jak u nas przed laty. Ciekawe to było.

Domy w delcie Mekongu.

Delta Mekongu.

Plakat w Ho Chi Minh City (Sajgon).

Tak wyglądają ulice Sajgonu.

Z Ho Chi Minh City (Sajgon) miałem fantastyczny powrót do Europy - jakoś trochę ponad 24 h spędzone na lotniskach i w samolotach. Najpierw do Bangkoku, gdzie miałem przyjemność zobaczyć, jak wygląda w praktyce przesiadka na inne linie. Bo wtedy nie da się nadać bagażu od razu do docelowego portu, więc musiałem przejść imigrację, odebrać bagaż, nadać go i przejść imigrację ponownie. Ale żeby przejść imigrację, musiałem wyrobić sobie wizę, co wymagało wypełnienia druczku ze zdjęciem i odbycia całej procedury. W sumie cała operacja zajęła mi mocno ponad 2 godziny spędzone całkowicie na staniu w przeróżnych kolejkach i wypełnianiu różnych druczków. No i kolejna strona paszportu zapełniona pieczątkami. Ale udało się, więc z Bangkoku poleciałem sobie do Helsinek odwiedzić Muminki, a stamtąd do Kijowa.

Lotnisko w Bangkoku.

Po Kijowie nie wiem czego się spodziewałem, ale mnie zaskoczył. To bardzo ładne miasto - wielkie, monumentalne, zróżnicowane, pełne pięknej architektury w różnych stylach i ogólnie bardzo ciekawe. Przede wszystkim fajny jest Kreszczatyk - główna aleja, zabudowana w stylu lat 50., ale nasza architektura - Nowa Huta czy warszawskie MDM i Muranów - mają się absolutnie nijak do tego, jak to wygląda tutaj. Tutaj to wygląda prześlicznie.

Poza tym jest masa przepięknych cerkwi, z Ławrą - wielkim kompleksem religijnym w roli głównej. Jest też Dniepr - ogromna rzeka z masą wysp na środku, na których jest dużo fajnych plaż. Jest ładne metro ze śmiesznymi żetonikami, zbudowane tak głęboko, że na schodach ruchomych prowadzących na stację można chyba przeczytać książkę, zanim się dotrze na dół czy na górę. Jest fajnie.

Śmieszni są nieco ludzie, bo się z naszego punktu widzenia absolutnie dziwacznie ubierają, no i są chyba jeszcze bardziej niezadowoleni z życia niż Polacy - obsługa zwykle niespecjalnie lubi obsługiwać i mało kto tu się uśmiecha.

Z Kijowa pojechałem sobie nad morze poodpoczywać, czyli do Odessy. Odessa jest bardzo ładnym miastem, o architekturze bardzo zachodniej. Jedyna niefajna rzecz to słynne odeskie schody - zupełnie nie robią żadnego wrażenia, i nawet nie prowadzą do morza, tylko do jakiejś ulicy. Bez sensu. No i plaże takie sobie, bo brudne, tłoczne i od strony lądu pełno niewiarygodnie brzydkich betonowych rozpadających się bud. Ale do czytania książki wystarczy Primorskij Bulvar - śliczny i niesamowicie sympatyczny park.

Rzecz, która mnie trochę zaskoczyła na Ukrainie to to, że tu nikt praktycznie nie mówi po ukraińsku. Wszyscy mówią po rosyjsku. Tylko napisy są po ukraińsku, a to też nie wszystkie. A szkoda, bo ukraiński by mi było znacznie łatwiej zrozumieć.

Ławra Pieczierska, Kijów

Kijowskie metro. Gdzieś tam w oddali te schody się kończą, ale nieprędko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...