środa, 7 lipca 2010

Na Kaukazie!

Coca Cola po gruzińsku

No to jestem w Gruzji. Przylot był dziwaczną atrakcją: przede wszystkim był w środku nocy (1:30-4:40). Lotnisko w Odessie kojarzyło mi się jakoś z dużą toaletą na Dworcu Centralnym - nie z powodu zapachu (było raczej czysto), ale z powodu wyglądu. Jakaś hala, wszystko jeszcze na 2 godziny przed odlotem zamknięte, żadnej informacji, nic nie wiadomo. Ludzi też jakoś nie za dużo. Potem otworzyli jakieś drewniane drzwi z boku, gdzie można było przejść do miejsca, w którym oddawało się bagaż (pan sprawdził głównie, gdzie otwiera się mój plecak - hmm, ciekawe po co). Potem kontrola paszportowa, a tam absurdalna wymiana zdań:
- A po co do Gruzji?
- Turystycznie
- Ciekawe - nigdy jeszcze nie widziałam Polaka, który by jechał do Gruzji turystycznie przez Ukrainę.
Niezła bzdura, bo niewątpliwie to całkiem niezła trasa do Gruzji - lepsza oczywiście jest przez Turcję, ale ta też nienajgorsza. No ale potem chwila w jakiejś dziwacznej poczekalni i samolot - chyba najmniejszy, jakim kiedykolwiek leciałem, trzeba było się nieźle schylać idąc korytarzem. Niemniej jednak doleciał na miejsce i dalej już było z górki.

Rzeka Mtkvari i zamek

Tbilisi to bardzo, bardzo fajne miasto. Jest podobno niemożebnie antyczne, ale nie widać tego tak jak we Włoszech. Jest rzeka, może niezbyt okazała, ale ładnie wkomponowana w miasto. Jest niezwykle urocze stare miasto, wszędzie dookoła góry. Są fajne knajpy i dobre jedzenie. Słowem - miejsce warte odwiedzenia. Śmieszne są nowe budynki, bo zwykle nowa architektura jest wymyślna, ale zupełnie niepasująca do otoczenia. Największy absurd to iluminacja wieży telewizyjnej, która w nocy miga milionem światełek. Jest też szklany most, do którego można dojść jedynie przedzierając się przez jakieś błoto i ruiny, i pałac prezydenta z podświetloną kolorowo dziwaczną ogromną szklaną kopułą.

Kładka trochę donikąd, ale efektowna.

Ale jest też masa rzeźb w zasadzie wszędzie na ulicach, fajne galerie i chaczapuri (czyli bardzo smaczne, hmm…, kanapki z serem) i cała masa innych smacznych dań (bakłażan!). No i woda Borjomi też jest warta wspomnienia.

Podziemne łaźnie.

Ludzie - cóż, są inni. Ale o ludziach dużo napisała już Marzena. Wszyscy tu narzekają na to, co Gruzini wyprawiają na drogach, ale w porównaniu z Azją jeżdżą niezwykle kulturalnie. Choć śmieszne jest, gdy nie można zapiąć pasów, bo kierowca się natychmiast obraża (mówiąc przy okazji, że u nich jest za to kara). No i takie to miejsce, że każda impreza musi zacząć się długą przemową jakiegoś Gruzina, zwykle o pokoju, miłości i Bogu. Toasty to tu niezwykle poważna sprawa, a nie temat do żartów.

Kościoły wszelkiego rodzaju to oczywiście jedne z najciekawszych zabytków tutaj.

Zagłosowałem w Tbilisi - polska ambasada to takie jakby niezbyt duże mieszkanie, tyle że trzeba pokonać pancerne drzwi i grubą kratę, więc ufortyfikowane jest nieźle. W środku - pięć nudzących się wyraźnie pań, a poza tym wszystko normalnie. Podobno na liście było około 100 osób, więc całkiem sporo. Głosowanie było zresztą świetną okazją do spotkania innych Polaków, głównie po to, żeby potem pójść z nimi pić. Po wyjściu z budynku natychmiast dorwała nas gruzińska telewizja, gdzie musieliśmy odpowiedzieć na pytanie, na kogo głosowaliśmy i właściwie dlaczego. Oczywiście dla wszystkich tutaj wielką tragedią jest, że wybraliśmy Komorowskiego. Dla Gruzinów Kaczyński był ich największym przyjacielem i nikt tu nie ma najmniejszych wątpliwości, że zabili go Rosjanie. No ale też ciężko im się dziwić - tu siła Rosji to rzeczywistość.

Aleja Rustaveli - bardzo, bardzo sympatyczne miejsce.

Ćwiczę swój rosyjski, z którego coś tam mi się jak przez mgłę przypomina tu i tam, więc posiłkując się machaniem rękami jakoś w miarę się dogaduję w prostych sprawach (tu ludzie z reguły po rosyjsku mówią). A dogadywać się trzeba, bo Gruzini mają swój alfabet i ciężko się zorientować w czymkolwiek bez zapytania się.

 

Poza tym jest ze 40 stopni w dzień, a i w nocy jakoś niespecjalnie chłodniej, więc zwiedzanie jest, nie da się ukryć, trochę męczące - Gruzja to jednak nie jest miejsce, gdzie klimatyzacja jest na każdym kroku, a nawet godzina w zatłoczonej i zadymionej (no bo przecież palić trzeba)marszrutce czy autobusie bez nawiewu to niezły koszmar.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...