niedziela, 11 lipca 2010

Jak Europejczycy psują Gruzinom biznes, czyli wyprawa do Kazbegi

Kazbegi, Kazbegi! W Tbilisi jest teraz 40 stopni w dzień, niespecjalnie chłodniej w nocy, prawie bezwietrznie, a to oznacza, że wytrzymać się absolutnie nie da, a co dopiero łazić po mieście. Pozostaje jedynie wyprawa w góry - wg internetu w górach jest o 15-25 stopni chłodniej, a to tylko 3 godziny drogi stąd! Tak więc wybraliśmy się do Kazbegi.

Każda podróż z Tbilisi zaczyna się identycznie - od dworca marszrutkowo-autobusowego Didube. To ewidentnie najgorsze miejsce w całym mieście. Ogromny plac będący połączeniem dworca i targu - wieczny tłok - pełno zarówno ludzi, jak i samochodów, masa stoisk i krańcowo obskurnych sklepików z jakimś badziewiem, brudno niemiłosiernie, zapachy - szczególnie w tej temperaturze - okropne, wszyscy wrzeszczą, nagabują - słowem chaos, tłok, brud i smród. No ale nic, marszrutkę znaleźć trzeba.

Bo tutaj marszrutka to główny środek transportu. To taki minibus, który jedzie po oznaczonej trasie i kupuje się na niego normalny bilet, ale odjeżdża, jak uzbiera komplet pasażerów. To oznacza, że czasem można sobie wsiąść i czekać np. 3 godziny na odjazd, albo i dłużej. Nie muszę dodawać, że w czterdziestostopniowym upale to średnia atrakcja.

Na szczęście tym razem jedziemy w aż 7 osób, więc jedno z nas dotarło na dworzec wcześniej i umówiło się z kierowcą, dzięki czemu przyjeżdżamy, spotykamy się, idziemy do marszrutki i… i dalej jest jakoś tak po gruzińsku.

Ananuri.

Bo wszystko jest w porządku, ale w marszrutce zostały cztery miejsca. Byliśmy umówieni? No byliśmy. Wiadomo było, że jest nas siedmioro? Wiadomo było. Ale przecież nie ma problemu, możemy wsiąść do kolejnej marszrutki, która odjeżdża za 2,5 godziny. Czy na pewno za 2,5 godziny to nie wiadomo, bo równie dobrze może być za znacznie więcej przecież. Pierwsza i tak teraz nie może odjechać, bo nie ma wciąż kompletu pasażerów, więc obie stoją i czekają. To może podzielimy pasażerów pomiędzy marszrutki, my wsiądziemy w 7 osób do jednej i będzie dobrze? Nie da się, bo wszyscy poszli na zakupy - przecież wiadomo, że to się jeszcze zejdzie. To może dogadamy się z kierowcą drugiej marszrutki? Jasne, dogadamy się. Ale jak to po gruzińsku bywa, poza słowami nic się nie dzieje - kierowca nas pobłażliwie uspokaja, ale ogólnie jest zadowolony z sytuacji - ma klientów, a my możemy sobie przecież parę godzin poczekać, nie ma problemu. Nikomu się nie spieszy.

No dobra, ale nas sterczenie bez końca na Dudube nie bardzo urządza, więc szukamy innego rozwiązania. Taksówka wychodzi drogo, ale znajdujemy marszrutkę „do wynajęcia”, dogadujemy się co do ceny, wychodzi całkiem rozsądnie, więc decydujemy się nią jechać. Szczególnie że to dla nas znacznie lepiej, bo po drodze do Kazbegi są piękne widoki i kilka miejsc, gdzie koniecznie warto by się zatrzymać na zdjęcia, a jak będziemy mieć własny samochód, to nic nie stoi na przeszkodzie. Decydujemy się. Płacimy niewiele więcej na osobę, mamy cały minibus dla siebie, możliwość zatrzymania się po drodze w dowolnym miejscu i jeszcze na dokładkę wyjeżdżamy natychmiast. Bombeczka.

Sowiecki balkon.

Ale to przecież nie takie proste, bo musimy zabrać bagaże, które niektórzy zapakowali do poprzedniej marszrutki (kierowca zadbał o to, żeby zamknąć plecaki w samochodzie). Z zabraniem bagaży nie ma większego problemu, ale zaczyna się lawina pytań: a co zrobicie, z kim jedziecie, a dlaczego, przecież za dwie godziny ruszamy? Kierowca się ciężko obraża na fakt, że rezygnujemy z jego usług. Przecież się umówiliśmy! No tak, umówiliśmy się, że wyjedziemy natychmiast pół godziny temu, a nie za 2 godziny, ale to jakoś do Gruzinów nie dociera. Widać złość - Gruzini się łatwo denerwują, a dzięki ostrym greckim rysom i kruczym brwiom zły Gruzin wygląda naprawdę groźnie. Oczywiście nie wyładowują złości na nas, bo my jesteśmy klientami, ale pytaniom, co my robimy i czemu jedziemy z kimś innym nie ma końca. W końcu kierowca razem z zebranymi naprędce kolegami decyduje się nas śledzić - lezą za nami do naszej marszrutki i atakują „menedżera”, z którym się dogadaliśmy. Przecież to oni mają monopol na trasę do Kazbegi! On im ukradł klientów! Co to ma znaczyć! Nasze tłumaczenia, żeby dali sobie spokój, bo i tak z nimi nie chcemy jechać, bo próbowaliśmy się dogadać, ale się nie dało, a poza tym tu mamy lepszy układ, na nic się nie zdają. Zbiera się na poważną bójkę, a my sobie siedzimy w busie i czekamy. Na szczęście kierowca orientuje się, że kłótnia trochę potrwa i nim sprawy staną się poważne, my sobie spokojnie odjeżdżamy. Panowie dyskutują dalej.

Nie da się ukryć, psujemy gruziński biznes. Wyraźnie nie wiemy, jak się zachować.

Widok z balkonu.

A po drodze rzeczywiście są niesamowite miejsca - forteca Ananuri ze spektakularnym monastyrem malowniczo położonym nad wielkim zalewem, przepiękne góry, przełęcz Jvari na wysokości 2400 mnpm, dziwna konstrukcja nazywana „sowieckim balkonem”, czyli rzeczywiście balkon nad górską doliną, z którego rozpościerają się nieziemskie widoki, i w końcu Stepantsminda (dawniej Kazbegi) - wioska położona w prześlicznej dolinie, otoczonej przez monumentalne góry, w tym pięciotysięcznik Kazbek, znany m.in. z tego, że to właśnie do niego był przykuty Prometeusz.

No ale nic, docieramy do Kazbegi, otwieramy drzwi marszrutki i natychmiast atakuje nas niejaki Wasilij. Wasilij zaczyna imponująco, bo zna kilka słów po angielsku (dinner-breakfast-hot water), ale poza tym negocjuje po rosyjsku. Oczywiście wiedział, że tam dotrzemy, jest przygotowany - gościł zadowolonych turystów zewsząd, pokazuje nam księgę gości, a w niej poprzednio jacyś Polacy wpisali po polsku sugestię, że dobre jedzenie, ale tłuste i należy mocno zjechać w dół z ceną. Niemniej jednak oferta jest do przyjęcia, tylko Wasilij robi wrażenie strasznie namolnego gościa. A do tego natychmiast pojawia się też druga osoba - pani, która również świadczy usługi noclegowe, która jest krewną poprzedniego kierowcy marszrutki i twierdzi, że już przecież mamy nagrany nocleg, ona tu na nas czekała, i w ogóle czemu my negocjujemy z kimś innym. Ten Wasilij to musi być człowiek bez serca, przecież wszystko było dogadane!

Dobrze, że wszyscy się już ze sobą dogadali, tylko my nie mieliśmy o niczym pojęcia. Zgadzamy się na ofertę Wasilija, który natychmiast kieruje nas do sklepu spożywczego, usilnie sugerując, że to jedyny sklep spożywczy w wiosce. To oczywiście nieprawda, ale za to należy do jego żony, więc biznes kwitnie. Robimy błąd i kupujemy piwo w jakimś innym sklepie, co oczywiście jest powodem do dłuższego pochrząkiwania z niezadowolenia, ale cóż. No bo po co my to zrobiliśmy, przecież piwo można kupić w domu! Ale my psujemy gruziński biznes, ile wlezie.

Tsminda Sameba o zachodzie słońca.

Pozostaje jeszcze kwestia następnego dnia - chcemy wybrać się na spacer w góry - przynajmniej do niesamowicie malowniczego kościoła Tsminda Sameba, znanego nam choćby z okładki Lonely Planet. Tu pojawia się po raz pierwszy pytanie, czy aby nie chcemy wziąć taksówki. Nie, nie chcemy, chcemy się przejść. Dobrze, dobrze. Sprawa jednak ewidentnie nie jest wyjaśniona, bo Wasilij nie zrażony niczym wieczorem, przed kolacją, w czasie kolacji, po kolacji, a także rano - przed śniadaniem, w trakcie śniadania i po śniadaniu, zadaje to samo pytanie: a chcecie taksówkę? Nie, nie chcemy. To w końcu chcecie iść czy jechać? Iść. Nie wiem, czy mówiłem, możecie też pojechać taksówką. Nie, chcemy się przejść. „Iść czy jechać” to hasło następnego dnia.

Tsminda Sameba z bliska.


Inna sprawa, że oczywiście dobrze mieć 7 gości, ale trzeba mieć ich gdzie przenocować. Wasilij ma trzy pokoje, dwa już zajęte - jeden przez parę z Polski, drugi przez parę ze Szwecji. Jest jeszcze trzeci, duży pokój, a tam trzy łóżka i kanapa. Trochę mało. Wasilij przynosi dwa łóżka z innego pokoju, to już mamy sześć. No i wystarczy, można przecież zsunąć łóżka i się będzie wam wygodnie spało! My jesteśmy nieugięci - płacimy za 7 osób, to chcemy mieć siedem łóżek. Wasilij się w końcu zgadza i w okolicach godziny 22 przynosi znakomite szpitalne łóżko, wyglądające jak zabrane żywcem z planu jakiegoś horroru, którego akcja rozgrywa się w starym psychiatryku. Następnie składa je za pomocą wielkiego młotka. Ktoś tam chyba chciał spać w okolicy, ale cóż - nieważne, dla Wasilija nie ma problemu przecież, no i dla nas też nie, bo spać na czymś trzeba. To zresztą nie jedyne takie łóżko, dwa inne wyglądają bardzo podobnie. Śpi się na czymś takim trochę jak na trampolinie, w pozycji mocno wygiętego banana.

Swoją drogą szkoda trochę pacjentów miejscowego psychiatryka, ewidentnie tej nocy musieli spać na podłodze.

Góra Kazbek (ponad 5000 m).

Niemniej jednak kolacja i śniadanie (Pieszkom ili na maszynie? Grrr… pieszkom!) były bardzo w porządku. W końcu idziemy na spacer. Jest dużo chłodniej niż w Tbilisi, ale wciąż jest gorąco. Spacer jest długi, widoki piękne i na koniec jesteśmy zmęczeni i spaleni słońcem. Część osób decyduje się iść dalej, na lodowiec, my chcemy tego samego dnia wracać do stolicy, więc schodzimy. W drodze powrotnej decydujemy się na stopa, dzięki czemu odbywamy najkrótszą podróż autostopem w życiu - po przejechaniu jakichś 15 metrów trafiamy na zator - jakiś traktor się zepsuł i zablokował wąską drogę prowadzącą na górę, więc ludzie z łopatami wykopują przejazd obok. My po prostu idziemy dalej na piechotę. Na dole jemy obiad, unikamy zaproszenia do picia wódki z dwoma miłymi Gruzinami i idziemy szukać marszrutki. Szybko trafiamy na miłego starszego pana, który proponuje nam taksówkę w cenie marszrutki. Oczywiście się zgadzamy. Jak przychodzi co do czego, okazuje się, że to wuj Wasilija. Czekał na nas. Wiadomo, gruziński biznes. Wszyscy wszystko wiedzą.

Tym razem nawet go nie psujemy, wracamy na Didube, prosto w okropny upał. Jak to mawia Marzena, to po prostu kolejny dzień w Gruzji.

1 komentarze:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...