piątek, 30 lipca 2010

RTW 2010 - krótkie podsumowanie





No i cóż - podróż dookoła świata nie byłaby udana, gdybym nie wrócił.

Byłem w podróży niedługo, bo równo 4 miesiące. Zrobiłem ponad 60000 km (jeśli oczywiście dobrze wszystko pododawałem), w tym prawie 50000 samolotami (27 lotów), reszta to głównie wszelkiego rodzaju busy (43 przejazdy), pociągi (9) i promy (3). Odwiedziłem praktycznie tylko 4 kontynenty, ale i tak było intensywnie.

Najpiękniejsze miejsce to zdecydowanie bez dwóch zdań Polinezja - zresztą tak naprawdę to był mój główny cel (Wyspa Wielkanocna), reszta była niejako dodatkiem. W innych miejscach jest po prostu pięknie, tam - dla mnie - jest nieziemsko pięknie i zupełnie magicznie. Najmniejsze wrażenie zrobiła chyba na mnie Nowa Zelandia - może dlatego, że była tuż po Polinezji, może spodziewałem się za dużo, a może po prostu bo było tam zimno i trochę zbyt turystycznie.

W zasadzie cały ten wyjazd był dość spokojny: nie miałem praktycznie żadnych nieprzyjemnych sytuacji; było miło, przyjaźnie, wesoło. Było sporo pozytywnych zaskoczeń - niektóre miejsca były o niebo bardziej niesamowite niż się spodziewałem. To dotyczy zarówno miast (przede wszystkim Sao Paulo, Buenos Aires, Kuala Lumpur, Kijów, Tbilisi), jak i innych miejsc (wodospady Iguazu, lodowiec, Angkor). Spotkałem masę fantastycznych ludzi, często również podróżujących, choć nie tylko.

Czy warto się wybrać w wycieczkę akurat dookoła świata? Nie wiem - ja chciałem, bo to fajne samo w sobie, i jestem bardzo zadowolony. Choć zapewne gdybym planował to drugi raz, wiele rzeczy zrobiłbym inaczej. Przede wszystkim dałbym sobie dużo więcej czasu i zrobiłbym dłuższą przerwę w połowie - ciągłe bycie w drodze jest dość męczące. Czy łatwo jest zorganizować coś takiego? Bardzo łatwo - podróżowanie po świecie jest w dzisiejszych czasach niezwykle proste i nie wymaga jakiegoś wielkiego przygotowania. Bo tak naprawdę nie jedzie się w niesamowitą podróż, tylko na zwykłą wycieczkę turystyczną - nie odkrywa się tam przecież źródeł Nilu. Tyle że to taka turystyka niekoniecznie zorganizowana.

Tego typu wycieczka - nawet zrealizowana tak „na szybko”, jak ja to zrobiłem - to naprawdę fajna sprawa. Obserwowanie różnorodności - bo świat, mimo tego, że McDonald’sy są wszędzie, jest naprawdę ciekawie zróżnicowany - pozwala zyskać całkiem sporo dystansu do rzeczywistości, która otacza nas na co dzień. Bo naprawdę problemy, z którymi borykamy się tu w Polsce z takiej perspektywy nie są przesadnie poważne. Jedyne co potrzeba, to być otwartym na to, co się widzi, przeżywa, je, słyszy. A to nie jest takie trudne przecież.

No i tak to jest. W ramach „zaliczania” - z kontynentów została jeszcze Antarktyda. Z miejsc wartych odwiedzenia - niewiarygodnie okropnie dużo, bo wciąż w praktyce ledwo co widziałem. Cóż, trzeba zacząć myśleć o następnej wyprawie...

Mapka całej trasy jest tutaj.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Sezon ogórkowy

Jak jest upał, to jest upał - trzeba wypoczywać w dzień i cieszyć się ciepłem. Pewnie jakby było chłodniej, pozwiedzałbym więcej, a tak cóż. Ale o czymś od czasu do czasu pisać trzeba, więc pozwolę sobie wrzucić tekst o niczym i obrazki o zupełnie czym innym. Bo w sumie czemu nie?


Pojechałem do Armenii, obejrzałem Erywań i parę innych miejsc - było oczywiście super, a jakże. Mają tam również dobre jedzenie, jest przyjemnie, można zostać zaadoptowanym w marszrutce przez ormiańską rodzinę i jest wtedy fajnie. Pomyślałem sobie, że można by wrócić pociągiem. Pociąg to coś dla hardkorowców: marszrutką z Tbilisi do Erywania jedzie się jakieś 5-6 godzin, a pociągiem 16. Ale pociąg to pociąg, wiadomo, fajna sprawa. Poradzono mi, żebym poszedł na stację dwa dni wcześniej, bo potem może nie być biletów - wiadomo, wakacje. Więc wybrałem się tam, stacja daleko od centrum, ale jest fajna sama w sobie, bo budynek wygląda jak trochę mniejszy pałac kultury - wielkie to, i zupełnie puste, bo z tyłu dwa niepozorne perony. Rozkład jazdy leci sobie na takim małym telewizorku, ale się szybko przewija, a pociągi międzynarodowe są na samym początku. Więc pyk, pojawiają się i po sekundzie zjeżdżają z ekranu, potem ogląda się wszystkie pociągi w Armenii przez 5 minut, a potem 10 minut jakiejś dziwacznej animacji przedstawiającej pociągi jeżdżące przez pola i znowu pyk - na sekundę międzynarodowe połączenia. Za drugim razem dałem sobie spokój i poszedłem po prostu do kasy. Kasy otwarte aż cztery, przed każdą potworny tłok, wszyscy się pchają, kolejka to to nie jest, no ale dobra, staję. Pani w okienku wypisuje bilety ręcznie, więc trwa to makabrycznie długo, bo na każdym bilecie musi umieścić m.in. chyba wszystkie informacje z paszportu, a każda osoba ma ze sobą paszporty całej rodziny. Po wypisaniu - fikuśnie wycina te bilety w takie fajne ząbki nożyczkami - choćby z tego powodu chciałbym pojechać tym pociągiem, żeby mieć taki ładnie wycięty bilet. Ale trwa to i trwa - w sumie nie wiadomo jak długo, bo nie do końca było dla mnie jasne, kto stoi w tej kolejce. Niemniej jednak mając czas spytałem się czekających ze mną ludzi o wszystko - jakie są ceny, kiedy pociąg odjeżdża itd. W końcu dotarłem do kasy, a tam pani z rozbrajającą szczerością powiedziała mi, że do Tbilisi to muszę kupić bilet w dniu odjazdu. Czemu - nie wiadomo, no ale dobra. Drugi raz iść tam mi się nie chciało, więc zrezygnowałem z pociągu, szczególnie że w międzyczasie usłyszałem piękną opowieść o szesnastogodzinnej podróży z zepsutą klimatyzacją w czterdziestostopniowym upale (bo czasem się w pociągach psuje, jak wiadomo).


Odniosłem też dwa niebywałe sukcesy kulinarne: udało mi się zrobić coś na kształt jajecznicy po ormiańsku (jajka + cebulka, pomidor i taka jasnozielona papryka), oraz znakomity kompot z wiśni - bo trafił się kilogram wiśni, a nie były aż takie przesadnie smaczne. Nigdy wcześniej nie robiłem kompotu z wiśni, więc dobrze, że wyszedł - był naprawdę dobry i w sam raz na upał.

Armenia, okolice Khor Virap (podpis na specjalną prośbę Tomka).

Ech, ja wiem, że trzeba będzie kiedyś przejrzeć zdjęcia, coś powrzucać i o czymś poopowiadać. Ale to kiedyś. Na razie z braku laku macie gruzińskie ślimaczki. Ślimaczki żyją sobie na badylach i jest im tam dobrze i jest ich dużo, bo w lecie i w kupie zawsze raźniej.

niedziela, 11 lipca 2010

Jak Europejczycy psują Gruzinom biznes, czyli wyprawa do Kazbegi

Kazbegi, Kazbegi! W Tbilisi jest teraz 40 stopni w dzień, niespecjalnie chłodniej w nocy, prawie bezwietrznie, a to oznacza, że wytrzymać się absolutnie nie da, a co dopiero łazić po mieście. Pozostaje jedynie wyprawa w góry - wg internetu w górach jest o 15-25 stopni chłodniej, a to tylko 3 godziny drogi stąd! Tak więc wybraliśmy się do Kazbegi.

Każda podróż z Tbilisi zaczyna się identycznie - od dworca marszrutkowo-autobusowego Didube. To ewidentnie najgorsze miejsce w całym mieście. Ogromny plac będący połączeniem dworca i targu - wieczny tłok - pełno zarówno ludzi, jak i samochodów, masa stoisk i krańcowo obskurnych sklepików z jakimś badziewiem, brudno niemiłosiernie, zapachy - szczególnie w tej temperaturze - okropne, wszyscy wrzeszczą, nagabują - słowem chaos, tłok, brud i smród. No ale nic, marszrutkę znaleźć trzeba.

Bo tutaj marszrutka to główny środek transportu. To taki minibus, który jedzie po oznaczonej trasie i kupuje się na niego normalny bilet, ale odjeżdża, jak uzbiera komplet pasażerów. To oznacza, że czasem można sobie wsiąść i czekać np. 3 godziny na odjazd, albo i dłużej. Nie muszę dodawać, że w czterdziestostopniowym upale to średnia atrakcja.

Na szczęście tym razem jedziemy w aż 7 osób, więc jedno z nas dotarło na dworzec wcześniej i umówiło się z kierowcą, dzięki czemu przyjeżdżamy, spotykamy się, idziemy do marszrutki i… i dalej jest jakoś tak po gruzińsku.

Ananuri.

Bo wszystko jest w porządku, ale w marszrutce zostały cztery miejsca. Byliśmy umówieni? No byliśmy. Wiadomo było, że jest nas siedmioro? Wiadomo było. Ale przecież nie ma problemu, możemy wsiąść do kolejnej marszrutki, która odjeżdża za 2,5 godziny. Czy na pewno za 2,5 godziny to nie wiadomo, bo równie dobrze może być za znacznie więcej przecież. Pierwsza i tak teraz nie może odjechać, bo nie ma wciąż kompletu pasażerów, więc obie stoją i czekają. To może podzielimy pasażerów pomiędzy marszrutki, my wsiądziemy w 7 osób do jednej i będzie dobrze? Nie da się, bo wszyscy poszli na zakupy - przecież wiadomo, że to się jeszcze zejdzie. To może dogadamy się z kierowcą drugiej marszrutki? Jasne, dogadamy się. Ale jak to po gruzińsku bywa, poza słowami nic się nie dzieje - kierowca nas pobłażliwie uspokaja, ale ogólnie jest zadowolony z sytuacji - ma klientów, a my możemy sobie przecież parę godzin poczekać, nie ma problemu. Nikomu się nie spieszy.

No dobra, ale nas sterczenie bez końca na Dudube nie bardzo urządza, więc szukamy innego rozwiązania. Taksówka wychodzi drogo, ale znajdujemy marszrutkę „do wynajęcia”, dogadujemy się co do ceny, wychodzi całkiem rozsądnie, więc decydujemy się nią jechać. Szczególnie że to dla nas znacznie lepiej, bo po drodze do Kazbegi są piękne widoki i kilka miejsc, gdzie koniecznie warto by się zatrzymać na zdjęcia, a jak będziemy mieć własny samochód, to nic nie stoi na przeszkodzie. Decydujemy się. Płacimy niewiele więcej na osobę, mamy cały minibus dla siebie, możliwość zatrzymania się po drodze w dowolnym miejscu i jeszcze na dokładkę wyjeżdżamy natychmiast. Bombeczka.

Sowiecki balkon.

Ale to przecież nie takie proste, bo musimy zabrać bagaże, które niektórzy zapakowali do poprzedniej marszrutki (kierowca zadbał o to, żeby zamknąć plecaki w samochodzie). Z zabraniem bagaży nie ma większego problemu, ale zaczyna się lawina pytań: a co zrobicie, z kim jedziecie, a dlaczego, przecież za dwie godziny ruszamy? Kierowca się ciężko obraża na fakt, że rezygnujemy z jego usług. Przecież się umówiliśmy! No tak, umówiliśmy się, że wyjedziemy natychmiast pół godziny temu, a nie za 2 godziny, ale to jakoś do Gruzinów nie dociera. Widać złość - Gruzini się łatwo denerwują, a dzięki ostrym greckim rysom i kruczym brwiom zły Gruzin wygląda naprawdę groźnie. Oczywiście nie wyładowują złości na nas, bo my jesteśmy klientami, ale pytaniom, co my robimy i czemu jedziemy z kimś innym nie ma końca. W końcu kierowca razem z zebranymi naprędce kolegami decyduje się nas śledzić - lezą za nami do naszej marszrutki i atakują „menedżera”, z którym się dogadaliśmy. Przecież to oni mają monopol na trasę do Kazbegi! On im ukradł klientów! Co to ma znaczyć! Nasze tłumaczenia, żeby dali sobie spokój, bo i tak z nimi nie chcemy jechać, bo próbowaliśmy się dogadać, ale się nie dało, a poza tym tu mamy lepszy układ, na nic się nie zdają. Zbiera się na poważną bójkę, a my sobie siedzimy w busie i czekamy. Na szczęście kierowca orientuje się, że kłótnia trochę potrwa i nim sprawy staną się poważne, my sobie spokojnie odjeżdżamy. Panowie dyskutują dalej.

Nie da się ukryć, psujemy gruziński biznes. Wyraźnie nie wiemy, jak się zachować.

Widok z balkonu.

A po drodze rzeczywiście są niesamowite miejsca - forteca Ananuri ze spektakularnym monastyrem malowniczo położonym nad wielkim zalewem, przepiękne góry, przełęcz Jvari na wysokości 2400 mnpm, dziwna konstrukcja nazywana „sowieckim balkonem”, czyli rzeczywiście balkon nad górską doliną, z którego rozpościerają się nieziemskie widoki, i w końcu Stepantsminda (dawniej Kazbegi) - wioska położona w prześlicznej dolinie, otoczonej przez monumentalne góry, w tym pięciotysięcznik Kazbek, znany m.in. z tego, że to właśnie do niego był przykuty Prometeusz.

No ale nic, docieramy do Kazbegi, otwieramy drzwi marszrutki i natychmiast atakuje nas niejaki Wasilij. Wasilij zaczyna imponująco, bo zna kilka słów po angielsku (dinner-breakfast-hot water), ale poza tym negocjuje po rosyjsku. Oczywiście wiedział, że tam dotrzemy, jest przygotowany - gościł zadowolonych turystów zewsząd, pokazuje nam księgę gości, a w niej poprzednio jacyś Polacy wpisali po polsku sugestię, że dobre jedzenie, ale tłuste i należy mocno zjechać w dół z ceną. Niemniej jednak oferta jest do przyjęcia, tylko Wasilij robi wrażenie strasznie namolnego gościa. A do tego natychmiast pojawia się też druga osoba - pani, która również świadczy usługi noclegowe, która jest krewną poprzedniego kierowcy marszrutki i twierdzi, że już przecież mamy nagrany nocleg, ona tu na nas czekała, i w ogóle czemu my negocjujemy z kimś innym. Ten Wasilij to musi być człowiek bez serca, przecież wszystko było dogadane!

Dobrze, że wszyscy się już ze sobą dogadali, tylko my nie mieliśmy o niczym pojęcia. Zgadzamy się na ofertę Wasilija, który natychmiast kieruje nas do sklepu spożywczego, usilnie sugerując, że to jedyny sklep spożywczy w wiosce. To oczywiście nieprawda, ale za to należy do jego żony, więc biznes kwitnie. Robimy błąd i kupujemy piwo w jakimś innym sklepie, co oczywiście jest powodem do dłuższego pochrząkiwania z niezadowolenia, ale cóż. No bo po co my to zrobiliśmy, przecież piwo można kupić w domu! Ale my psujemy gruziński biznes, ile wlezie.

Tsminda Sameba o zachodzie słońca.

Pozostaje jeszcze kwestia następnego dnia - chcemy wybrać się na spacer w góry - przynajmniej do niesamowicie malowniczego kościoła Tsminda Sameba, znanego nam choćby z okładki Lonely Planet. Tu pojawia się po raz pierwszy pytanie, czy aby nie chcemy wziąć taksówki. Nie, nie chcemy, chcemy się przejść. Dobrze, dobrze. Sprawa jednak ewidentnie nie jest wyjaśniona, bo Wasilij nie zrażony niczym wieczorem, przed kolacją, w czasie kolacji, po kolacji, a także rano - przed śniadaniem, w trakcie śniadania i po śniadaniu, zadaje to samo pytanie: a chcecie taksówkę? Nie, nie chcemy. To w końcu chcecie iść czy jechać? Iść. Nie wiem, czy mówiłem, możecie też pojechać taksówką. Nie, chcemy się przejść. „Iść czy jechać” to hasło następnego dnia.

Tsminda Sameba z bliska.


Inna sprawa, że oczywiście dobrze mieć 7 gości, ale trzeba mieć ich gdzie przenocować. Wasilij ma trzy pokoje, dwa już zajęte - jeden przez parę z Polski, drugi przez parę ze Szwecji. Jest jeszcze trzeci, duży pokój, a tam trzy łóżka i kanapa. Trochę mało. Wasilij przynosi dwa łóżka z innego pokoju, to już mamy sześć. No i wystarczy, można przecież zsunąć łóżka i się będzie wam wygodnie spało! My jesteśmy nieugięci - płacimy za 7 osób, to chcemy mieć siedem łóżek. Wasilij się w końcu zgadza i w okolicach godziny 22 przynosi znakomite szpitalne łóżko, wyglądające jak zabrane żywcem z planu jakiegoś horroru, którego akcja rozgrywa się w starym psychiatryku. Następnie składa je za pomocą wielkiego młotka. Ktoś tam chyba chciał spać w okolicy, ale cóż - nieważne, dla Wasilija nie ma problemu przecież, no i dla nas też nie, bo spać na czymś trzeba. To zresztą nie jedyne takie łóżko, dwa inne wyglądają bardzo podobnie. Śpi się na czymś takim trochę jak na trampolinie, w pozycji mocno wygiętego banana.

Swoją drogą szkoda trochę pacjentów miejscowego psychiatryka, ewidentnie tej nocy musieli spać na podłodze.

Góra Kazbek (ponad 5000 m).

Niemniej jednak kolacja i śniadanie (Pieszkom ili na maszynie? Grrr… pieszkom!) były bardzo w porządku. W końcu idziemy na spacer. Jest dużo chłodniej niż w Tbilisi, ale wciąż jest gorąco. Spacer jest długi, widoki piękne i na koniec jesteśmy zmęczeni i spaleni słońcem. Część osób decyduje się iść dalej, na lodowiec, my chcemy tego samego dnia wracać do stolicy, więc schodzimy. W drodze powrotnej decydujemy się na stopa, dzięki czemu odbywamy najkrótszą podróż autostopem w życiu - po przejechaniu jakichś 15 metrów trafiamy na zator - jakiś traktor się zepsuł i zablokował wąską drogę prowadzącą na górę, więc ludzie z łopatami wykopują przejazd obok. My po prostu idziemy dalej na piechotę. Na dole jemy obiad, unikamy zaproszenia do picia wódki z dwoma miłymi Gruzinami i idziemy szukać marszrutki. Szybko trafiamy na miłego starszego pana, który proponuje nam taksówkę w cenie marszrutki. Oczywiście się zgadzamy. Jak przychodzi co do czego, okazuje się, że to wuj Wasilija. Czekał na nas. Wiadomo, gruziński biznes. Wszyscy wszystko wiedzą.

Tym razem nawet go nie psujemy, wracamy na Didube, prosto w okropny upał. Jak to mawia Marzena, to po prostu kolejny dzień w Gruzji.

środa, 7 lipca 2010

Gori, muzeum Stalina i piękny zielony wagon

Widok z zamku

Gori to nieduże miasto, w którym urodził się Józef Stalin. Centralna część, aleja Stalina, to w zasadzie wielki park, w którym znajduje się muzeum. Żeby je zbudować, wyburzono sporą część miasta, zostawiając tylko dom jego matki, w którym mieszkał przez pierwsze cztery lata życia. Drewniany domek obudowano czymś w rodzaju okazałego pudełka, a obok wyrosło monumentalne gmaszysko muzeum. Rozmach robi oczywiście wrażenie.

Samo muzeum jest ciekawe, choć głównie z uwagi na same dekoracje. Życie Stalina jest tam przedstawione zupełnie jednostronnie - to wielki przywódca, pochodzący z Gori, który wygrał wojnę i stworzył imperium; ani słowa o negatywach. Najciekawszy element ekspozycji dla mnie to wagon, którym Stalin jechał na konferencję w Jałcie. Ślicznie zielony i z bardzo ładnym wnętrzem.

Z przodu - dom, z tyłu - gmach muzeum.

Ratusz, a przed nim pusty cokół, z którego niedawno zdjęto pomnik.

Aleja Stalina.

Więcej zdjęć na Picasie (w tym wspomniany w tytule wagon, który jest w zasadzie jedynym powodem, dla którego powstał ten wpis) poniżej.

Muzeum Stalina w Gori

Na Kaukazie!

Coca Cola po gruzińsku

No to jestem w Gruzji. Przylot był dziwaczną atrakcją: przede wszystkim był w środku nocy (1:30-4:40). Lotnisko w Odessie kojarzyło mi się jakoś z dużą toaletą na Dworcu Centralnym - nie z powodu zapachu (było raczej czysto), ale z powodu wyglądu. Jakaś hala, wszystko jeszcze na 2 godziny przed odlotem zamknięte, żadnej informacji, nic nie wiadomo. Ludzi też jakoś nie za dużo. Potem otworzyli jakieś drewniane drzwi z boku, gdzie można było przejść do miejsca, w którym oddawało się bagaż (pan sprawdził głównie, gdzie otwiera się mój plecak - hmm, ciekawe po co). Potem kontrola paszportowa, a tam absurdalna wymiana zdań:
- A po co do Gruzji?
- Turystycznie
- Ciekawe - nigdy jeszcze nie widziałam Polaka, który by jechał do Gruzji turystycznie przez Ukrainę.
Niezła bzdura, bo niewątpliwie to całkiem niezła trasa do Gruzji - lepsza oczywiście jest przez Turcję, ale ta też nienajgorsza. No ale potem chwila w jakiejś dziwacznej poczekalni i samolot - chyba najmniejszy, jakim kiedykolwiek leciałem, trzeba było się nieźle schylać idąc korytarzem. Niemniej jednak doleciał na miejsce i dalej już było z górki.

Rzeka Mtkvari i zamek

Tbilisi to bardzo, bardzo fajne miasto. Jest podobno niemożebnie antyczne, ale nie widać tego tak jak we Włoszech. Jest rzeka, może niezbyt okazała, ale ładnie wkomponowana w miasto. Jest niezwykle urocze stare miasto, wszędzie dookoła góry. Są fajne knajpy i dobre jedzenie. Słowem - miejsce warte odwiedzenia. Śmieszne są nowe budynki, bo zwykle nowa architektura jest wymyślna, ale zupełnie niepasująca do otoczenia. Największy absurd to iluminacja wieży telewizyjnej, która w nocy miga milionem światełek. Jest też szklany most, do którego można dojść jedynie przedzierając się przez jakieś błoto i ruiny, i pałac prezydenta z podświetloną kolorowo dziwaczną ogromną szklaną kopułą.

Kładka trochę donikąd, ale efektowna.

Ale jest też masa rzeźb w zasadzie wszędzie na ulicach, fajne galerie i chaczapuri (czyli bardzo smaczne, hmm…, kanapki z serem) i cała masa innych smacznych dań (bakłażan!). No i woda Borjomi też jest warta wspomnienia.

Podziemne łaźnie.

Ludzie - cóż, są inni. Ale o ludziach dużo napisała już Marzena. Wszyscy tu narzekają na to, co Gruzini wyprawiają na drogach, ale w porównaniu z Azją jeżdżą niezwykle kulturalnie. Choć śmieszne jest, gdy nie można zapiąć pasów, bo kierowca się natychmiast obraża (mówiąc przy okazji, że u nich jest za to kara). No i takie to miejsce, że każda impreza musi zacząć się długą przemową jakiegoś Gruzina, zwykle o pokoju, miłości i Bogu. Toasty to tu niezwykle poważna sprawa, a nie temat do żartów.

Kościoły wszelkiego rodzaju to oczywiście jedne z najciekawszych zabytków tutaj.

Zagłosowałem w Tbilisi - polska ambasada to takie jakby niezbyt duże mieszkanie, tyle że trzeba pokonać pancerne drzwi i grubą kratę, więc ufortyfikowane jest nieźle. W środku - pięć nudzących się wyraźnie pań, a poza tym wszystko normalnie. Podobno na liście było około 100 osób, więc całkiem sporo. Głosowanie było zresztą świetną okazją do spotkania innych Polaków, głównie po to, żeby potem pójść z nimi pić. Po wyjściu z budynku natychmiast dorwała nas gruzińska telewizja, gdzie musieliśmy odpowiedzieć na pytanie, na kogo głosowaliśmy i właściwie dlaczego. Oczywiście dla wszystkich tutaj wielką tragedią jest, że wybraliśmy Komorowskiego. Dla Gruzinów Kaczyński był ich największym przyjacielem i nikt tu nie ma najmniejszych wątpliwości, że zabili go Rosjanie. No ale też ciężko im się dziwić - tu siła Rosji to rzeczywistość.

Aleja Rustaveli - bardzo, bardzo sympatyczne miejsce.

Ćwiczę swój rosyjski, z którego coś tam mi się jak przez mgłę przypomina tu i tam, więc posiłkując się machaniem rękami jakoś w miarę się dogaduję w prostych sprawach (tu ludzie z reguły po rosyjsku mówią). A dogadywać się trzeba, bo Gruzini mają swój alfabet i ciężko się zorientować w czymkolwiek bez zapytania się.

 

Poza tym jest ze 40 stopni w dzień, a i w nocy jakoś niespecjalnie chłodniej, więc zwiedzanie jest, nie da się ukryć, trochę męczące - Gruzja to jednak nie jest miejsce, gdzie klimatyzacja jest na każdym kroku, a nawet godzina w zatłoczonej i zadymionej (no bo przecież palić trzeba)marszrutce czy autobusie bez nawiewu to niezły koszmar.


sobota, 3 lipca 2010

Kto mieszka na plaży w Kambodży



Ładna plaża, prawda? Kambodżańskiemu psu się w każdym razie podoba. Ale jest na niej kilka ciekawych stworzonek. Przede wszystkim wchodzenie do wody jest oczywiście spoko, ale deptanie po dnie - już nie zawsze. Głównie z uwagi na jeżowce, których igły wbijają się w stopy i potem trzeba je wyciągać. Jeżowiec wygląda mniej więcej tak:


A od spodu tak:


Na plaży oczywiście jest masa dziur w piasku, w których siedzą kraby. Niektóre z nich są naprawdę małe.


A niektóre nawet nie wyglądają na kraby:


Gorzej, jak się pójdzie w stronę lasu. Głównie z uwagi na łażące wszędzie krocionogi. Tutaj właśnie coś sobie jedzą.


Czasem łażą dość szybko, choć wydaje się to trudne - w końcu pewnie nie tak prosto machać tyloma nogami:


Czasem, jak się im pomieszają jednak nogi, zwijają się w supełki:


W lesie oczywiście są też mrówki, żyjące w kopcach wielkości człowieka:


Ale to wszystko po prostu sobie tam mieszka. I mimo wszystko przyjemnie jest się tam pobujać w hamaku.



piątek, 2 lipca 2010

Odessa (w obrazkach)

Kilka obrazków z Odessy, bo jakoś nie dodałem ich do poprzedniego wpisu.

Tablice z nazwami ulic są bardzo klimatyczne, a czasem też podobno przekręcone o 90 stopni.
Tak to mniej więcej wszystko tu wygląda.
I jeszcze trochę architektury wraz z kolejnym pomnikiem. Pomników tu mają sporo.
Schody Potiomkinowskie - symbol miasta. Dawno już nie widziałem tak rozczarowującego zabytku.
Pociągi. Są tutaj głównie dlatego, że mają bardzo ładne kolory. Wszystkie pociągi mogłyby być takie lekko zazielenione.
Dziwne dziecko w okolicach portu.
Plac przed portem po drugiej stronie lustra. 
Tłok, nie da się ukryć. Podobno dalej od centrum jest lepiej, ale nie chciało mi się sprawdzać.
Najfajniejsze dla mnie miejsce w Odessie - Primorskij bulvar. Znakomicie się tu czyta Stiega Larssona, a można także spotkać człowieka z wężem na szyi i inne atrakcje.

Tajlandia-Kambodża-Wietnam-Ukraina

Przez ostatni miesiąc działo się oczywiście sporo rzeczy. Odwiedziłem cztery kraje, zupełnie różne. Ale przede wszystkim zmieniła się moja podróż, może dlatego że po Nowej Zelandii trochę zaczęło mnie męczyć ciągłe przemieszczanie się.

Myślę, że tak w ogóle, to trzeba podróżować w wolniejszym tempie, a przynajmniej robić długie, co najmniej 2-3-tygodniowe przystanki. Bo tak jest trochę za szybko. Zdecydowana większość ludzi podróżujących długo tak robi, pewnie dlatego, że sensowniej planują ode mnie. No i prawda jest też taka, że czym wolniej się podróżuje, tym taniej to wychodzi (przynajmniej w niektórych miejscach świata, gdzie koszty życia nie są wysokie).

Tak czy inaczej moja podróż uległa drobnej transformacji. Więcej czasu spędzam na spaniu, czytaniu, spotykaniu ludźmi i ogólnie bawieniu się i odpoczywaniu, niż na pisaniu bloga i szybkim zwiedzaniu. Dlatego nie pisałem. Drugi powód jest taki, że mi się to już jednak znudziło :-).

Tak czy inaczej działo się sporo.

Przede wszystkim dotarłem do Bangkoku. Bangkok to zupełnie niesamowite miejsce - miasto, do którego na pewno chciałbym nie raz wrócić (to samo zresztą dotyczy wielu miejsc w Indochinach). Bangkok to bardzo żywe miejsce. Wychodzi się w centrum z pociągu i natychmiast znajduje się w środku szalonego spektaklu - zatłoczone ulice, masa sprzedawców, dymy i zapachy jedzenia wszelkich rodzajów, przyrządzanego na stolikach wielkości metra kwadratowego stojących w środku przewalającego się tłumu ludzi. Wielkie budynki, ogromna betonowa konstrukcja Sky Train górująca nad ulicami, gwar. Dużo tam jest ciekawych rzeczy.

W Bangkoku posiedziałem kilka dni, w zasadzie chodząc po mieście i chłonąc. A przy okazji można było zobaczyć kilka ciekawostek, jak koszmarnie wyglądający szkielet ogromnego centrum handlowego w samym sercu miasta, spalonego w czasie zamieszek sprzed kilku tygodni, rzekę z zapełniającymi jej brzegi slumsowatymi domami na palach, fantastyczny Pałac Królewski z kilometrowym malowidłem przedstawiającym Ramajanę, turystyczną ulicę czerwonych latarni Patpong, niesamowity ogromny złoty posąg Leżącego Buddy i masę innych mniej lub bardziej dziwnych rzeczy.

W Bangkoku jest chyba zupełnie wszystko.

Tajlandia to królestwo, gdzie króla traktuje się bardzo poważnie, mimo że jego rzeczywista rola nie jest wielka.

Reclining Budda, Wat Pho, Bangkok - ogromny złoty posąg

Pałac królewski, Bangkok

Tam też zaczęła się moja wycieczka przez Kambodżę. Wycieczka, bo zdecydowałem się na zorganizowaną wycieczkę z przewodnikiem - inaczej chyba nie znalazłbym siły na to, żeby zwiedzać, i na pewno nie dałbym rady zrobić trasy, którą chciałem zrobić w czasie, który chciałem na to poświęcić. Pewnie kiedyś napiszę więcej o tym, czy i kiedy opłaca się moim zdaniem wybierać na tego typu imprezy, ale tym razem zdecydowanie było warto - była fajna sześcioosobowa grupa i się dobrze bawiliśmy.

Kambodża to zupełnie inna bajka niż kolorowa i turystyczna Tajlandia. Przede wszystkim to niesamowicie biedny kraj i praktycznie zupełnie nie rozwinięty. Wojna domowa, która skończyła się tam przecież całkiem niedawno, zadbała o to, żeby zostawić za sobą kraj w kompletnej ruinie. Praktycznie każdy, kogo spotykaliśmy, stracił kogoś bliskiego za czasów Pol Pota - rodzica lub oboje rodziców, siostrę, brata. Muzea, które można było obejrzeć w Phnom Penh (stolicy) były makabryczne - pola śmierci, gdzie dosłownie chodziło się po ludzkich kościach, wypłukiwanych przez deszcz z masowych grobów pod ziemią, więzienia pełne narzędzi tortur.

To było dość ciężkie.

Ale poza tym jest tam niesamowicie pięknie. Jedna z najbardziej wspaniałych rzeczy z chyba całej mojej podróży to na pewno Angkor Thom i okolice - starożytne miasto Khmerów, zamieszkane niegdyś przez milion mieszkańców. Świątynie Angkor Wat i Ta Prohm to miejsca, które po prostu trzeba zobaczyć. To tak, jakby się nagle znalazło na planie Indiany Jonesa - piękne misternie rzeźbione gigantyczne świątynie w środku dżungli, porośnięte drzewami. Wokół małpy, jadowite węże, słonie. Absolutna rewelacja.

Miasta Kambodży też mają swój niewątpliwy urok. Może nie ma tam nowoczesnych wieżowców, ale za to jest dużo życia i świetni ludzie - przyjaźni i zwykle po prostu bardzo fajni.

I jedna ciekawostka - w Kambodży płaci się dolarami amerykańskimi. Także w sklepach - ceny są po prostu wszędzie w dolarach. Zwykle są to niskie ceny, więc większość rzeczy kosztuje dolara. Jeśli mniej, reszta jest wydawana w lokalnej walucie, ale ona niestety na niewiele się zdaje.

Fajnie jest nad morzem - są niewiarygodnie tanie i przesmaczne owoce morza, fajne i ładne plaże i jest sympatycznie.

Najlepsza rzecz to jednak drogi, bo na nich można spotkać najciekawsze rzeczy. Na przykład 5 osób jadących na jednym motorze, albo świnie (żywe) przewożone na motorze. Podobno czasem wozi się też na motorach krowy, ale to mi umknęło.

Żywe świnie na motorze.

Angkor Wat w okolicach świtu.

Ta Prohm - tu był kręcony film Tomb Raider.

Pola śmierci.

Plaża na wyspie w okolicy Sihanoukville.

Na koniec chwilę spędziłem w Wietnamie, gdzie jest bardzo malowniczo - zielone pola ryżowe, rozległe rzeki delty Mekongu, domy na palach - ale dla mnie jakoś za kolorowo, w dziwacznych pastelowych niepasujących do siebie kolorach. No i jest strasznie dużo motocykli - w Sajgonie, który ma 8 mln mieszkańców, motocykli jest ponad 4 mln. To mniej więcej obrazuje, jak to miasto (i jego ulice) wygląda. Przechodzenie przez ulicę polega na wchodzeniu w chmarę jadących motorów - najlepiej się na nie nie patrzeć, tylko po prostu iść przed siebie. Zwykle się udaje.

Obejrzałem sobie też tunele Cu Chi, w których się ukrywali Wietnamczycy w czasie wojny z Ameryką, co było ciekawe, bo pułapki na Amerykanów były zaiste pomysłowe i raczej nieprzyjemne. No i ilość antyamerykańskiej propagandy komunistycznej, którą zostałem uraczony, była porażająca. Swoją drogą, tam wciąż są reklamy w socrealistycznym stylu, jak u nas przed laty. Ciekawe to było.

Domy w delcie Mekongu.

Delta Mekongu.

Plakat w Ho Chi Minh City (Sajgon).

Tak wyglądają ulice Sajgonu.

Z Ho Chi Minh City (Sajgon) miałem fantastyczny powrót do Europy - jakoś trochę ponad 24 h spędzone na lotniskach i w samolotach. Najpierw do Bangkoku, gdzie miałem przyjemność zobaczyć, jak wygląda w praktyce przesiadka na inne linie. Bo wtedy nie da się nadać bagażu od razu do docelowego portu, więc musiałem przejść imigrację, odebrać bagaż, nadać go i przejść imigrację ponownie. Ale żeby przejść imigrację, musiałem wyrobić sobie wizę, co wymagało wypełnienia druczku ze zdjęciem i odbycia całej procedury. W sumie cała operacja zajęła mi mocno ponad 2 godziny spędzone całkowicie na staniu w przeróżnych kolejkach i wypełnianiu różnych druczków. No i kolejna strona paszportu zapełniona pieczątkami. Ale udało się, więc z Bangkoku poleciałem sobie do Helsinek odwiedzić Muminki, a stamtąd do Kijowa.

Lotnisko w Bangkoku.

Po Kijowie nie wiem czego się spodziewałem, ale mnie zaskoczył. To bardzo ładne miasto - wielkie, monumentalne, zróżnicowane, pełne pięknej architektury w różnych stylach i ogólnie bardzo ciekawe. Przede wszystkim fajny jest Kreszczatyk - główna aleja, zabudowana w stylu lat 50., ale nasza architektura - Nowa Huta czy warszawskie MDM i Muranów - mają się absolutnie nijak do tego, jak to wygląda tutaj. Tutaj to wygląda prześlicznie.

Poza tym jest masa przepięknych cerkwi, z Ławrą - wielkim kompleksem religijnym w roli głównej. Jest też Dniepr - ogromna rzeka z masą wysp na środku, na których jest dużo fajnych plaż. Jest ładne metro ze śmiesznymi żetonikami, zbudowane tak głęboko, że na schodach ruchomych prowadzących na stację można chyba przeczytać książkę, zanim się dotrze na dół czy na górę. Jest fajnie.

Śmieszni są nieco ludzie, bo się z naszego punktu widzenia absolutnie dziwacznie ubierają, no i są chyba jeszcze bardziej niezadowoleni z życia niż Polacy - obsługa zwykle niespecjalnie lubi obsługiwać i mało kto tu się uśmiecha.

Z Kijowa pojechałem sobie nad morze poodpoczywać, czyli do Odessy. Odessa jest bardzo ładnym miastem, o architekturze bardzo zachodniej. Jedyna niefajna rzecz to słynne odeskie schody - zupełnie nie robią żadnego wrażenia, i nawet nie prowadzą do morza, tylko do jakiejś ulicy. Bez sensu. No i plaże takie sobie, bo brudne, tłoczne i od strony lądu pełno niewiarygodnie brzydkich betonowych rozpadających się bud. Ale do czytania książki wystarczy Primorskij Bulvar - śliczny i niesamowicie sympatyczny park.

Rzecz, która mnie trochę zaskoczyła na Ukrainie to to, że tu nikt praktycznie nie mówi po ukraińsku. Wszyscy mówią po rosyjsku. Tylko napisy są po ukraińsku, a to też nie wszystkie. A szkoda, bo ukraiński by mi było znacznie łatwiej zrozumieć.

Ławra Pieczierska, Kijów

Kijowskie metro. Gdzieś tam w oddali te schody się kończą, ale nieprędko.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...