wtorek, 1 czerwca 2010

Singapur

Podróż z Nowej Zelandii do Azji do najkrótszych nie należy. Jakoś na mapie nie wydawało mi się to ogromną odległością, ale jednak lot z Auckland do Sydney trwa prawie 5 godzin, a Sydney-Singapur - 8 godzin. Wprawdzie po drodze jest wiele atrakcji, takich jak oglądanie północnej części Nowej Zelandii z lotu ptaka (niestety, była nisko warstwa chmur całkowicie ją zasłaniająca), przelot nad całą Australią (niestety, najpierw były chmury, a potem było ciemno), kilka znakomitych dzieł kinematografii światowej (obejrzałem Lovely Bones, które mi się nie podobało, bo było mdłe i się nie kleiło zupełnie jako film, The Book of Eli, które było nawet nastrojowe i znacznie bardziej się trzymało kupy, tylko było strasznie religijne jak dla mnie, i The Girl with the Dragon Tatoo, które jest całkiem przyjemnym szwedzkim kryminałem przygodowym o nazistach) oraz niepowtarzalna możliwość przeziębienia się dzięki fantastycznemu niewyłączalnemu nawiewowi zimnego powietrza (a przeziębienie w tropikach naprawdę przyjemne nie jest, no ale co zrobić). Na szczęście w najbliższym czasie nie będzie więcej lotów.

Singapur to szczególne miejsce. Przede wszystkim mam wrażenie, że nie sposób tam nie trafić, podróżując do południowo-wschodniej Azji, bo zwykle jakoś tam właśnie się leci - lotnisko w Singapurze to jakiś niewiarygodnie gigantyczny twór, ale za to jest tam przestronnie, nie ma specjalnych kolejek, a jak są, to i tak wciąż jest przestronnie i przyjemnie. To podobno najczystsze miasto świata, i raczej jest to bardzo prawdopodobna teza. Wygląda zupełnie niesamowicie - nie tylko jest bardzo nowoczesne, czyste, schludne, ładne, dobrze oznaczone, a wszyscy ludzie dobrze ubrani, ale nawet nie widać specjalnie rzeczy w stylu popękanych krawężników czy rozpadających się ze starości budynków. Pewnie gdy pojawi się rysa w asfalcie, specjalna ekipa naprawcza nadlatuje helikopterem i spuszcza się po linach, żeby natychmiast ją załatać. Kolejny przykład to Merlion (taki lew-syrena), symbol miasta, wielki biały pomnik, który zawsze jest nieskazitelnie biały. Widać się nie brudzi. Choć przypuszczam, że ekipa z helikoptera go myje co noc.

Poza tym w Singapurze widziałem zupełnie rewelacyjny system ochrony przed deszczem. Przesiadka z metra do autobusu wygląda tak, że przystanek jest obok wejścia do metra, więc autobus znajduje się akurat na tyle pod daszkiem, żeby podczas wsiadania się nie zmokło, a potem, gdy się wysiądzie, okazuje się, że od przystanku na całe osiedla rozciągają się sieci małych daszków rozpostartych nad chodnikami, więc można dojść zupełnie wszędzie w czasie deszczu zupełnie nie moknąc. Sprytne, bo deszcze tu to raczej ulewy, które zaczynają się nagle, wyglądają jakby gdzieś na górze pękło wielkie akwarium i jego zawartość właśnie spadała na ziemię z wielkim chlupnięciem.

No i jeszcze była jedna różnica w porównaniu z sytuacją sprzed 3 lat, kiedy tam byłem ostatni raz: zbudowano tam jakieś niewiarygodnie gigantyczne kasyno, składające się z trzech ogromnych wieżowców, na dachu których rozpościera się coś w stylu wielkiej deski surfingowej, a na niej jest tropikalna wyspa. Wygląda zupełnie nierealnie.

Ach, no i jest tu normalny internet - za darmo i działa.

Kilka zdjęć:

Singapore

2 komentarze:

  1. Ta teoria z helikopterem jest calkiem prawdopodobna. Z tego co slyszalem, codziennie ok. 4-5 w nocy na ulice wychodza szwadrony imigrantow z biedniejszych panstw Azji i sprzataja.

    OdpowiedzUsuń
  2. No i po co było jechać na tę Polinezję, skoro tu też masz tropikalną wyspę? I to na kasynie :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...