piątek, 4 czerwca 2010

Błotoujście


Kuala Lumpur - czyli Błotoujście - jest na początku trochę zaskakujące dla kogoś takiego jak ja, kto nigdy nie był w tym rejonie. Jest tu wszystko pomieszane, ale w przyjazny sposób. Są wielkie wieżowce, w tym Petronas Towers - całkiem niedawno najwyższy budynek świata. Jest nowoczesna komunikacja miejska - automatyczne metro, monorail. Są wielkie nowoczesne centra handlowe ze wszystkimi znanymi sklepami, jakie sobie można wyobrazić. I jest też druga strona medalu - to zdecydowanie nie jest Singapur. Na wykończenie nikt tu nie zwraca uwagi, więc nowoczesne budynki często pokryte są tanią łuszczącą się farbą, brakuje chodników, co powoduje, że chodząc po mieście trzeba przedzierać się w trochę chaotyczny sposób przez wielopasmowe jezdnie, betonowe estakady, przeskakiwać nad kanałami odpływowymi, wspinać się na rozpadające się absurdalnie wysokie krawężniki. Nie ma tu raczej też kar za wszystko, jak w Singapurze, więc jest raczej brudniej niż czyściej.

Ale po chwili do tego wszystkiego można się bardzo szybko przyzwyczaić i okazuje się, że jest tu całkiem miło i przyjemnie. Są dwa duże plusy: ludzie i jedzenie. Ludzie są absolutnie przesympatyczni. Wszyscy są mili i pomocni, i naprawdę robi to duże wrażenie. Jest tu jakoś zupełnie inaczej niż w każdej innej wielkiej metropolii, w której byłem - przyjaźniej. Niezwykle to fajne. Inna sprawa, że wszyscy tu (i to rzeczywiście praktycznie wszyscy) znakomicie mówią po angielsku (a przynajmniej znacznie lepiej ode mnie) - to drugi język wprowadzany bardzo wcześnie we wszystkich szkołach (bo niby oficjalny język to malajski, ale Malajowie to tylko 60% społeczeństwa).

Też z uwagi na tę wielokulturowość znakomite jest tu jedzenie - można sobie jeść zupełnie co się chce - jest kuchnia miejscowa, tajska, chińska, indyjska, zachodnia - i to wszystko w niezwykle przystępnych cenach (ogromny obiad w restauracji z napojami to wydatek rzędu 6-8 zł). Nie ma sensu za to za bardzo pić alkoholu - oficjalna religia to islam, więc się nie pije. Dzięki temu butelka 0,3l piwa w sklepie kosztuje minimum 7 zł (w przeliczaniu cen pomaga fakt, że przelicznik ringgita na złotówkę jest mniej więcej jak 1:1).

Monorail.
Niemniej jednak przyzwyczaić się trzeba. Pierwsza rzecz to poruszanie się po mieście. Metro, monorail i pociąg są proste w obsłudze - są mapki, automaty biletowe i wszystko jest jasne. Gorzej, jak trzeba gdzieś dojechać autobusem. Autobusy są trochę magiczne - nie bardzo wiadomo, gdzie mają przystanki (bo czasem są daszki, ale nie zawsze - czasem po prostu stoi gdzieś grupka ludzi i można po tym jedynie się domyślić, że tam pewnie zatrzyma się autobus) i skąd wiadomo, który dokąd jedzie (bo na przystankach nie ma rozkładów ani nawet numerów autobusów). Zwykle trzeba zadać wiele pytań współpasażerom i jakoś to idzie. Oni skądś to wszystko mniej więcej wiedzą. Na szczęście bilety są trochę tańsze niż w Polsce, więc można sobie pozwolić na pomyłki.

Znacznie gorsze jest poruszanie się na piechotę. Pierwsza sprawa to przechodzenie przez jezdnię. Zwykle nie ma przejść, więc trzeba przebiegać jakoś w różnych miejscach przez wielopasmowe jezdnie. I nie byłoby to takie okropne, gdyby nie powszechne tu motocykle, które jadą zawsze, nawet jak samochody stoją, i mają nieprzyjemny zwyczaj celowania w przechodzących pieszych.

Na tej kratce lepiej nie stawać.
Druga sprawa to różnego rodzaju pułapki. Często pomiędzy ulicą a chodnikiem znajduje się głęboki kanał odpływowy, który czasem jest przykryty płytami, ale czasem nie, i wtedy przeskakując przez krawężnik warto wiedzieć, że za nim jest wielka dziura w ziemi. Ciekawe jest też sposób zabezpieczenia studzienek kanalizacyjnych - mniejsza o sytuacje, gdy klapy po prostu nie ma - wiadomo, jest dziura, trzeba ominąć. Najgorsze są kratki, które wyglądają jak stalowe (bo są ładnie pomalowane), ale naprawdę są drewniane. Raz stanąłem sobie na taką widać już nieco zbutwiałą kratkę - trzasnęło i się ładnie wygięła pod moim ciężarem. Na szczęście nie pękła do końca, bo bym sobie nieuchronnie wpadł do kanału. No, ale po tym pierwszym razie nauczyłem się już je rozpoznawać.

Czasem trafia się na rzeczy abstrakcyjne - niezabezpieczone kable wystające z lampy ulicznej na wysokości rąk (lampa działa, więc pewnie kable są pod napięciem), blaszane metalowe pordzewiałe daszki kończące się gdzieś na wysokości szyi (akurat, żeby sobie można było sobie odciąć głowę), albo na klauna wychodzącego z windy.

Same Petronas Towers robią spore wrażenie - szczególnie w nocy, gdy są ślicznie oświetlone. Widok z góry też jest niczego sobie. W ogóle jest tu sporo ciekawych budynków, szczególnie dla mnie interesująca jest nowoczesna architektura inspirowana islamskimi motywami - wygląda to naprawdę niesamowicie (przynajmniej, gdy mowa o biurowcach, bo zdarzają się też islamskie parkingi piętrowe).

Miasto zwiedza się dość ciężko, bo jest gorąco i duszno. To strefa tropikalna, więc słońce świeci ostro, a wilgotność wysoka. Czasem pada, ale wtedy jest jeszcze gorzej - deszcz nie powoduje ochłodzenia, a wilgotność wzrasta i już w ogóle się nie wytrzymać.

Coś jakby podeszczowy basen z pływającymi butami.
Zdarzają się też trochę dłuższe ulewy, które są dość spektakularne. Raz, gdy taka ulewa się zaczęła, schowałem się pod daszkiem. Ale deszcz padał i padał, a na chodniku wody przybywało, więc zaryzykowałem, przebiegłem parę metrów po deszczu i wskoczyłem do pobliskiej świątyni hinduskiej. I wprawdzie w ciągu tych paru metrów zmokłem całkiem nieźle, to jednak była to dobra decyzja - woda na chodniku, czyli pod daszkiem, gdzie stałem na początku, wkrótce zaczęła sięgać powyżej kostek. Do świątyni nie można wchodzić w butach, więc co mniej sprytne osoby (nie ja, ja byłem sprytny) zostawiły buty przed wejściem - gdy woda się podniosła, buty odpłynęły. Nawet śmiesznie było obserwować pływające w gigantycznej kałuży w oddali obuwie.

Zdjęcia pewnie jakoś niedługo wrzucę. A na koniec pozdrowienia od malezyjskich małp, które tu sobie wszędzie biegają.

1 komentarze:

  1. Turysta w sandałach ustępuje motocyklom - to stare przysłowie włoskie.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...