sobota, 12 czerwca 2010

Malezja - Tajlandia

To tak na szybko, bo dawno nic nie pisałem, bo mi się ostatnio strasznie nie chciało.

W KL było fajnie, posiedziałem tam trochę, wyleczyłem się, pozwiedzałem - to świetne i bardzo sympatyczne miasto, chyba jedno z moich ulubionych w ogóle. Potem pojechałem pociągiem na północ, do Ipoh - takie mniejsze miasteczko, pełno tam dość ładnej (ale zniszczonej) architektury „kolonialnej” - w każdym razie wygląda to ciekawie. A potem jeszcze dalej, tym razem autobusem - do Butterworth, i promem na wyspę Penang. Ta wyspa to głównie duże miasto Georgetown, ale zawsze dookoła morze, a dawno morza nie miałem. Potem rozważałem fantastyczną możliwość pojechania minivanem do Tajlandii na Ko Samui - 14 godzin w niespecjalnie wygodnym busiku, a potem ruletka - albo bus dojedzie przed ostatnim promem i wtedy ląduje się na wyspie jakoś w środku nocy, albo nie - i wtedy radosne oczekiwanie do rana. Więc zdecydowałem się jednak na samolot na Phuket - to w końcu też wyspa, choć po zachodniej stronie. Na Phuket były krótkie wakacje od wakacji - resort, morze, plaża i kompletne nicnierobienie. Zupełne pustki, bo wszyscy turyści uciekli po zamieszkach sprzed 2 tygodni, więc było bardzo przyjemnie. I stamtąd prosto do Bangkoku. Bangkok to niesamowite miejsce, strasznie mi się podoba, masa wrażeń i w ogóle bardzo tu sympatycznie. Trzeba będzie wrócić, bo teraz na pewno nie dam rady wszystkiego zobaczyć. A jutro w stronę Kambodży. Jak będzie czas i chęci, to napiszę i wrzucę zdjęcia, ale na razie to tyle :-).

Mapka oczywiście tutaj. I kilka fot z Ipoh:

Ipoh

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Najbardziej śmierdzący owoc świata

Durian to ciekawy owoc. Zwykle nie można go jeść (ani mieć ze sobą) w wielu miejscach publicznych - znaki „No durians” to tu norma. W Singapurze oczywiście jest do tego przypisana odpowiednia kara (500$), tutaj po prostu nie wolno. No ale cóż, owoc jest, trzeba spróbować.

Jest to spore, wielkości dużego ananasa. Rzeczywiście nieźle śmierdzi - choć ciężko powiedzieć, jaki to zapach. Taki słodkawy, da się wytrzymać. Nieprzyjemne w dotyku już na zewnątrz, bo ma dość ostre kolce. Po rozrąbaniu w środku pojawiają się rzeczy do jedzenia (taki miąższ naokoło pestek). Przypominają nieco embriony, wyglądają dość wstrętnie i w dotyku są jak skóra surowego kurczaka.

Niemniej i tak najlepszy jest smak. Jest niewiarygodnie dziwny. Czy jest słodki? Trochę tak. Kwaśny? Chyba nie bardzo. Gorzki? Chyba odrobinę. Słony? Może tak. Najbardziej chyba przypomina to posłodzoną cebulę. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony owoc, ale za to nieźle zapycha.









Inne miejscowe owoce są normalniejsze w smaku i bardziej mi smakują. Póki co moje ulubione to żółtople, czy jakkolwiek to się po polsku nazywa (mangosteen) i oczywiście Jackowe Owoce (jackfruit).

(zdjęcia: Frank Kilkelly)

piątek, 4 czerwca 2010

Błotoujście


Kuala Lumpur - czyli Błotoujście - jest na początku trochę zaskakujące dla kogoś takiego jak ja, kto nigdy nie był w tym rejonie. Jest tu wszystko pomieszane, ale w przyjazny sposób. Są wielkie wieżowce, w tym Petronas Towers - całkiem niedawno najwyższy budynek świata. Jest nowoczesna komunikacja miejska - automatyczne metro, monorail. Są wielkie nowoczesne centra handlowe ze wszystkimi znanymi sklepami, jakie sobie można wyobrazić. I jest też druga strona medalu - to zdecydowanie nie jest Singapur. Na wykończenie nikt tu nie zwraca uwagi, więc nowoczesne budynki często pokryte są tanią łuszczącą się farbą, brakuje chodników, co powoduje, że chodząc po mieście trzeba przedzierać się w trochę chaotyczny sposób przez wielopasmowe jezdnie, betonowe estakady, przeskakiwać nad kanałami odpływowymi, wspinać się na rozpadające się absurdalnie wysokie krawężniki. Nie ma tu raczej też kar za wszystko, jak w Singapurze, więc jest raczej brudniej niż czyściej.

Ale po chwili do tego wszystkiego można się bardzo szybko przyzwyczaić i okazuje się, że jest tu całkiem miło i przyjemnie. Są dwa duże plusy: ludzie i jedzenie. Ludzie są absolutnie przesympatyczni. Wszyscy są mili i pomocni, i naprawdę robi to duże wrażenie. Jest tu jakoś zupełnie inaczej niż w każdej innej wielkiej metropolii, w której byłem - przyjaźniej. Niezwykle to fajne. Inna sprawa, że wszyscy tu (i to rzeczywiście praktycznie wszyscy) znakomicie mówią po angielsku (a przynajmniej znacznie lepiej ode mnie) - to drugi język wprowadzany bardzo wcześnie we wszystkich szkołach (bo niby oficjalny język to malajski, ale Malajowie to tylko 60% społeczeństwa).

Też z uwagi na tę wielokulturowość znakomite jest tu jedzenie - można sobie jeść zupełnie co się chce - jest kuchnia miejscowa, tajska, chińska, indyjska, zachodnia - i to wszystko w niezwykle przystępnych cenach (ogromny obiad w restauracji z napojami to wydatek rzędu 6-8 zł). Nie ma sensu za to za bardzo pić alkoholu - oficjalna religia to islam, więc się nie pije. Dzięki temu butelka 0,3l piwa w sklepie kosztuje minimum 7 zł (w przeliczaniu cen pomaga fakt, że przelicznik ringgita na złotówkę jest mniej więcej jak 1:1).

Monorail.
Niemniej jednak przyzwyczaić się trzeba. Pierwsza rzecz to poruszanie się po mieście. Metro, monorail i pociąg są proste w obsłudze - są mapki, automaty biletowe i wszystko jest jasne. Gorzej, jak trzeba gdzieś dojechać autobusem. Autobusy są trochę magiczne - nie bardzo wiadomo, gdzie mają przystanki (bo czasem są daszki, ale nie zawsze - czasem po prostu stoi gdzieś grupka ludzi i można po tym jedynie się domyślić, że tam pewnie zatrzyma się autobus) i skąd wiadomo, który dokąd jedzie (bo na przystankach nie ma rozkładów ani nawet numerów autobusów). Zwykle trzeba zadać wiele pytań współpasażerom i jakoś to idzie. Oni skądś to wszystko mniej więcej wiedzą. Na szczęście bilety są trochę tańsze niż w Polsce, więc można sobie pozwolić na pomyłki.

Znacznie gorsze jest poruszanie się na piechotę. Pierwsza sprawa to przechodzenie przez jezdnię. Zwykle nie ma przejść, więc trzeba przebiegać jakoś w różnych miejscach przez wielopasmowe jezdnie. I nie byłoby to takie okropne, gdyby nie powszechne tu motocykle, które jadą zawsze, nawet jak samochody stoją, i mają nieprzyjemny zwyczaj celowania w przechodzących pieszych.

Na tej kratce lepiej nie stawać.
Druga sprawa to różnego rodzaju pułapki. Często pomiędzy ulicą a chodnikiem znajduje się głęboki kanał odpływowy, który czasem jest przykryty płytami, ale czasem nie, i wtedy przeskakując przez krawężnik warto wiedzieć, że za nim jest wielka dziura w ziemi. Ciekawe jest też sposób zabezpieczenia studzienek kanalizacyjnych - mniejsza o sytuacje, gdy klapy po prostu nie ma - wiadomo, jest dziura, trzeba ominąć. Najgorsze są kratki, które wyglądają jak stalowe (bo są ładnie pomalowane), ale naprawdę są drewniane. Raz stanąłem sobie na taką widać już nieco zbutwiałą kratkę - trzasnęło i się ładnie wygięła pod moim ciężarem. Na szczęście nie pękła do końca, bo bym sobie nieuchronnie wpadł do kanału. No, ale po tym pierwszym razie nauczyłem się już je rozpoznawać.

Czasem trafia się na rzeczy abstrakcyjne - niezabezpieczone kable wystające z lampy ulicznej na wysokości rąk (lampa działa, więc pewnie kable są pod napięciem), blaszane metalowe pordzewiałe daszki kończące się gdzieś na wysokości szyi (akurat, żeby sobie można było sobie odciąć głowę), albo na klauna wychodzącego z windy.

Same Petronas Towers robią spore wrażenie - szczególnie w nocy, gdy są ślicznie oświetlone. Widok z góry też jest niczego sobie. W ogóle jest tu sporo ciekawych budynków, szczególnie dla mnie interesująca jest nowoczesna architektura inspirowana islamskimi motywami - wygląda to naprawdę niesamowicie (przynajmniej, gdy mowa o biurowcach, bo zdarzają się też islamskie parkingi piętrowe).

Miasto zwiedza się dość ciężko, bo jest gorąco i duszno. To strefa tropikalna, więc słońce świeci ostro, a wilgotność wysoka. Czasem pada, ale wtedy jest jeszcze gorzej - deszcz nie powoduje ochłodzenia, a wilgotność wzrasta i już w ogóle się nie wytrzymać.

Coś jakby podeszczowy basen z pływającymi butami.
Zdarzają się też trochę dłuższe ulewy, które są dość spektakularne. Raz, gdy taka ulewa się zaczęła, schowałem się pod daszkiem. Ale deszcz padał i padał, a na chodniku wody przybywało, więc zaryzykowałem, przebiegłem parę metrów po deszczu i wskoczyłem do pobliskiej świątyni hinduskiej. I wprawdzie w ciągu tych paru metrów zmokłem całkiem nieźle, to jednak była to dobra decyzja - woda na chodniku, czyli pod daszkiem, gdzie stałem na początku, wkrótce zaczęła sięgać powyżej kostek. Do świątyni nie można wchodzić w butach, więc co mniej sprytne osoby (nie ja, ja byłem sprytny) zostawiły buty przed wejściem - gdy woda się podniosła, buty odpłynęły. Nawet śmiesznie było obserwować pływające w gigantycznej kałuży w oddali obuwie.

Zdjęcia pewnie jakoś niedługo wrzucę. A na koniec pozdrowienia od malezyjskich małp, które tu sobie wszędzie biegają.

wtorek, 1 czerwca 2010

Singapur

Podróż z Nowej Zelandii do Azji do najkrótszych nie należy. Jakoś na mapie nie wydawało mi się to ogromną odległością, ale jednak lot z Auckland do Sydney trwa prawie 5 godzin, a Sydney-Singapur - 8 godzin. Wprawdzie po drodze jest wiele atrakcji, takich jak oglądanie północnej części Nowej Zelandii z lotu ptaka (niestety, była nisko warstwa chmur całkowicie ją zasłaniająca), przelot nad całą Australią (niestety, najpierw były chmury, a potem było ciemno), kilka znakomitych dzieł kinematografii światowej (obejrzałem Lovely Bones, które mi się nie podobało, bo było mdłe i się nie kleiło zupełnie jako film, The Book of Eli, które było nawet nastrojowe i znacznie bardziej się trzymało kupy, tylko było strasznie religijne jak dla mnie, i The Girl with the Dragon Tatoo, które jest całkiem przyjemnym szwedzkim kryminałem przygodowym o nazistach) oraz niepowtarzalna możliwość przeziębienia się dzięki fantastycznemu niewyłączalnemu nawiewowi zimnego powietrza (a przeziębienie w tropikach naprawdę przyjemne nie jest, no ale co zrobić). Na szczęście w najbliższym czasie nie będzie więcej lotów.

Singapur to szczególne miejsce. Przede wszystkim mam wrażenie, że nie sposób tam nie trafić, podróżując do południowo-wschodniej Azji, bo zwykle jakoś tam właśnie się leci - lotnisko w Singapurze to jakiś niewiarygodnie gigantyczny twór, ale za to jest tam przestronnie, nie ma specjalnych kolejek, a jak są, to i tak wciąż jest przestronnie i przyjemnie. To podobno najczystsze miasto świata, i raczej jest to bardzo prawdopodobna teza. Wygląda zupełnie niesamowicie - nie tylko jest bardzo nowoczesne, czyste, schludne, ładne, dobrze oznaczone, a wszyscy ludzie dobrze ubrani, ale nawet nie widać specjalnie rzeczy w stylu popękanych krawężników czy rozpadających się ze starości budynków. Pewnie gdy pojawi się rysa w asfalcie, specjalna ekipa naprawcza nadlatuje helikopterem i spuszcza się po linach, żeby natychmiast ją załatać. Kolejny przykład to Merlion (taki lew-syrena), symbol miasta, wielki biały pomnik, który zawsze jest nieskazitelnie biały. Widać się nie brudzi. Choć przypuszczam, że ekipa z helikoptera go myje co noc.

Poza tym w Singapurze widziałem zupełnie rewelacyjny system ochrony przed deszczem. Przesiadka z metra do autobusu wygląda tak, że przystanek jest obok wejścia do metra, więc autobus znajduje się akurat na tyle pod daszkiem, żeby podczas wsiadania się nie zmokło, a potem, gdy się wysiądzie, okazuje się, że od przystanku na całe osiedla rozciągają się sieci małych daszków rozpostartych nad chodnikami, więc można dojść zupełnie wszędzie w czasie deszczu zupełnie nie moknąc. Sprytne, bo deszcze tu to raczej ulewy, które zaczynają się nagle, wyglądają jakby gdzieś na górze pękło wielkie akwarium i jego zawartość właśnie spadała na ziemię z wielkim chlupnięciem.

No i jeszcze była jedna różnica w porównaniu z sytuacją sprzed 3 lat, kiedy tam byłem ostatni raz: zbudowano tam jakieś niewiarygodnie gigantyczne kasyno, składające się z trzech ogromnych wieżowców, na dachu których rozpościera się coś w stylu wielkiej deski surfingowej, a na niej jest tropikalna wyspa. Wygląda zupełnie nierealnie.

Ach, no i jest tu normalny internet - za darmo i działa.

Kilka zdjęć:

Singapore
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...