wtorek, 4 maja 2010

Tahiti - Maupiti - Huahine

Lot z Rapa Nui na Tahiti trwa 6 godzin, a jakże, w końcu znów do pokonania prawie 4000 km. Ciekawe są godziny tych lotów - wylatuje się nie wiedzieć czemu o godzinie 21, dzięki czemu dociera się na miejsce już o 23 (bo jest też w międzyczasie przesunięcie czasu o 4 godziny). Czyli - jestem na lotnisku Faaa (ale ładna nazwa, prawda?) w środku nocy, i jeszcze z lekkim jetlagiem na starcie.

Polinezja Francuska jako zamorskie terytorium Francji jest częścią Unii Europejskiej, więc wszystko tu na miejscu wygląda dość europejsko. Nie dostałem pieczątki w paszporcie (można sobie tu przylecieć na dowód osobisty, a jakże), ale też czekało mnie na miejscu niemiłe zaskoczenie - nie mam tu roamingu. Cóż, wiadomo, Orange to francuska marka, więc czemu by miała mieć roaming na bądź co bądź terytorium Francji.

Na Tahiti spędziłem nieco ponad dobę, a w praktyce jeden dzień. Zwiedziłem Papeete - stolicę kraju, a także największe tutaj miasto. I rzeczywiście - może nie jest to duża metropolia (w końcu na całej PF mieszka niewiele ponad 200.000 ludzi, z 80% z tego właśnie tutaj), ale na pewno zatłoczona samochodami. Na wszystkich wyspach są tu wysokie góry, tak jest też na Tahiti. Miejsca dookoła gór niewiele - akurat na jedną drogę wokoło i rozciągnięte wzdłuż brzegu miasto - i ta droga, czy to w mieście, czy poza nim, jest zakorkowana non stop. Widziałem ją zakorkowaną rano, w środku dnia, wieczorem, o północy i o czwartej rano. Niezły koszmarek - podobno większość ludzi tu ma po dwa samochody i bardzo lubi nimi jeździć; zupełnie nie rozumiem, czemu, bo to naprawdę nic przyjemnego. Jedzie się wolno, w spalinach, a w mieście też raczej nie ma gdzie zaparkować, bo każdy centymetr kwadratowy jakiejkolwiek powierzchni jest już zajęty przez jakiś inny samochód.


Ryby na targowisku Marche de Papeete

Niemniej jednak jest też komunikacja miejska (czy nawet - wyspowa) i można sobie jeździć autobusem (choć niezbyt szybko, bo droga zakorkowana).

Samo Papeete jest w przewodniku opisywane jako kolorowe i barwne - wydaje mi się, że te określenia są prawdziwe tylko z jednego powodu - jest tu niesamowicie silne słońce, które sprawa, że nawet najbardziej wyprane kolory stają się przesycone - w takim słońcu absolutnie wszystko wyglądałoby ładnie. Raczej nie chciałbym zobaczyć Papeete w trakcie naszej późnej deszczowej ciemnej jesieni. Francja mogłaby doinwestować trochę infrastrukturę w swoich koloniach, bo dziur w chodnikach (i ulicach) pod dostatkiem, a i budynki w wielu miejscach aż proszą się o odnowienie. Niemniej jednak miasto rzeczywiście żyje i - poza niewiarygodną ilością będących absolutnie wszędzie samochodów - jest całkiem sympatyczne.

Polinezyjczycy mają śmieszne pieniądze (franki polinezyjskie), bo naprawdę duże. I nie chodzi mi o to, że operuje się dużymi liczbami, bo to też prawda, ale o rozmiar banknotów - są jakoś tak dwa razy większe niż nasze, bardzo kolorowe i mają ładne obrazki różnych kwiatków, muszelek, łódeczek, Polinezyjczyków, tiki itp.

Papeete przyjemnie się zwiedzało, ale najwspanialsza atrakcja na Tahiti czekała mnie po powrocie do Punaauia - wyjątkowo spektakularny zachód słońca. Kolory były absolutnie nieziemsko niesamowite. Jak to z dobrymi zachodami bywa, przypominał świetnie wyreżyserowane widowisko, w którym scenografia zmieniała się kilkakrotnie, za każdym razem zupełnie zaskakując widza (czyli mnie). A i scena, na której wszystko się rozgrywało była niczego sobie, bo był i ocean, i piękna biała plaża, i palmy, i inna wyspa w tle (Moorea).


Zachód słońca na Tahiti

Pierwsza wyspa na mojej wycieczce po archipelagu to Maupiti. Maupiti jest bardziej prawdziwą polinezyjską wyspą od Tahiti, bo jest starsza i ma śliczną kolorową lagunę i atol, który tworzą wąskie i długie wysepki (motu). Tyle że to mała wyspa, nawet bardzo mała. Lotnisko jest dość zaskakujące, bo składa się z pasa startowego i czegoś w rodzaju daszku, pod którym można odebrać bagaże (panowie kładą je na drewnianych półkach), a w drodze powrotnej - otrzymać kartę pokładową (wypełnianą ręcznie) - i tyle. Nie ma tu żadnej kontroli, bramek, płotów. Lotnisko jest na motu, więc jedyny sposób, żeby stąd się gdziekolwiek udać, to wsiąść do łódki. A potem trzeba wysiąść z łódki prawie na środku laguny i przejść do brzegu kilkadziesiąt metrów w płytkiej wodzie - za płytkiej, żeby podpłynąć łódką - po białym koralowym piasku. Ale przygoda!


Maupiti - widok na motu

Na Maupiti mieszka niecały tysiąc osób i główną wyspę można obejść dookoła w jakieś 2-3 godziny (niespiesznym tempem). Nie jest za duża, ale za to jest absolutnie rajsko prześliczna. Niewiarygodnie absolutnie rajsko śliczna. Napisałem już, że jest śliczna? Jest niezwykle przepiękna.

To, że jest tu mało ludzi sprawia, że wyspa wygląda zupełnie dziko. Biały koralowy piasek jest absolutnie śliczny. Woda w lagunie jest w niektórych miejscach tak płytka, że można dojść na atol zanurzając się nawet nie do pasa. Przy brzegu jest też tak gorąca, że gdyby to była wanna, dolałbym trochę zimnej. Od strony oceanu też jest bardzo ładna plaża - wszędzie pełno muszelek, kawałków korali, no i ocean ma niesamowicie dużo barw.

Samo spacerowanie po wyspie to niesamowita atrakcja: idzie się drogą wzdłuż brzegu, z jednej strony jest piękny widok na lagunę, który zresztą zmienia się, bo z różnych stron widzi się światło odbite pod innym kątem i woda ma zupełnie inne kolory, a z drugiej strony są wielkie skały, bardzo strome, przytłaczające, ale też często porośnięte bujną tropikalną roślinnością. No i zwykle ma się ze sobą jakiegoś psa, który też lubi sobie pospacerować, z tym że pies zwykle biega od cienia do cienia, żeby sobie przynajmniej chwilę w każdym cieniu poleżeć. Jest też trochę zabytków: petroglify, marae - w sam raz, żeby było wiadomo, że jest się na wyspie Południowego Pacyfiku, i żeby było bardziej tajemniczo.


Maupiti - motu Auira

Można też wejść na górę na środku wyspy - nie jest może wysoka, ale wspinaczka po skale w sandałach w tym upale trochę wysiłku, delikatnie mówiąc, mnie kosztowała (no dobrze: nieco umierałem pod koniec). Ale z góry widać wszystkie barwy laguny. Przepiękne.

Jest tu gorąco. Pisałem, że na Rapa Nui było niemożebnie gorąco, ale nie było. W porównaniu z tym, co tu się dzieje, to tam było po prostu przyjemnie ciepło. Słońce wstaje tu o siódmej rano i tylko gdy nad oceanem pokaże się jego najmniejszy nawet kawałeczek, uderza fala gorąca. Potem już niewiarygodny żar trwa do jakiejś 18, kiedy to słońce zachodzi i robi się całkowicie ciemno. Przez ten tydzień, który tu jestem, praktycznie nie ma wiatru, więc upał jest nie do wytrzymania.

Po zachodzie, gdy się zrobi ciemno, nie ma za wiele do roboty, więc się idzie spać. Taki zresztą tryb życia jest na Polinezji - dzień zaczyna się wcześnie, koło siódmej, potem życie szybko zamiera, bo upał, i na nowo budzi się pod wieczór, na chwilę po zachodzie słońca. Niemniej jednak dlatego mam chyba po raz pierwszy w życiu możliwość obejrzenia wszystkich wschodów i zachodów słońca po kolei - a te nad oceanem są przecież śliczne!

W ogóle muszę przyznać, że Polinezja to póki co moje ulubione miejsce na świecie. Jest tu absolutnie przepięknie (piszę to w kółko, prawda?). Ocean, korale, atole, wyspy, czasem wiatr (jak wieje, bo jak nie wieje, to jest niemożebnie gorąco), słońce. I to jeszcze przez cały rok.


Maupiti - laguna widziana ze szczytu Teurafaatiu 

Jak się mieszka na Polinezji Francuskiej? Chyba dobrze. Zupełnie inaczej jest na Tahiti, a zupełnie inaczej gdzie indziej. Papeete to w miarę spore miasto i to czuć - ludzie tam zachowują się jak w mieście, jest w miarę normalnie (tzn. francusko normalnie, jak to we Francji). Na pozostałych wyspach są małe społeczności, gdzie wszyscy się znają i życie toczy się dużo wolniej. Na pewno bliżej morza. Wszyscy wydają się być szczęśliwi. Ale też ludzie tu raczej biedni nie są. Za to są naprawdę sympatyczni i chętnie rozmawiają po angielsku (co ich odróżnia od Francuzów). Kobiety (praktycznie wszystkie) noszą kwiatek za uchem bądź kwiatowy wieniec na głowie, a mężczyźni zwykle mają tatuaże.

Kolejna wyspa - Huahine. Lot mam niestety z przesiadką na Raiatea - byłoby to nawet fajne, gdyby nie fakt, że okazuje się, że nie można nadać bagażu do końca, wobec czego mam pięciogodzinny stopover z bagażem. Chodzenie z dużym plecakiem w pełnym słońcu w tej temperaturze nie należy do największych atrakcji świata.

Swoją drogą - loty pomiędzy wyspami tego samego archipelagu specjalnie długie nie są - trwają 15-20 minut, ale sympatyczna jest dość szczególna atmosfera im towarzysząca - lotniska są malutkie, wszyscy się znają, witają, żegnają, jest niesamowicie rodzinnie. Tylko szkoda, że okna w samolotach są strasznie brudne, bo wyspy z góry wraz z atolami wyglądają przepięknie.


Raiatea widziana z Huahine

Raiatea to duża wyspa i jest na niej drugie co do wielkości miasto Polinezji Francuskiej - Uturoa - tyle że ma jakieś 3000 mieszkańców. Sama wyspa jest ciekawa, bo w dawnych czasach tu było duchowe centrum całej Polinezji, ale się jej specjalnie w tym krótkim czasie nie naoglądałem. Miasteczko jest oczywiście małe - nabrzeże, jakiś placyk, kawałek ulicy, kilka sklepów, banki, jakiś kiermasz, zespół śpiewający polinezyjskie przeboje do akompaniamentu klawiszy Casio - niemniej jednak po kilku dniach na Maupiti to dla mnie powrót do cywilizacji.

A potem Huahine. Huahine jest jeszcze inne - złożone z dwóch w zasadzie wysp, przedzielonych przesmykiem, połączonych mostem. Wyspa jest podzielona, bo bóg Hiro wpłynął kiedyś w nią swoim wielkim canoe, i takie są efekty. Piękne góry, niesamowite pejzaże, no i bardzo ładne plaże. Jest tu odciśnięta w kamieniu łapa gigantycznego białego psa i mnóstwo polinezyjskich zabytków, które są nawet całkiem nieźle zachowane. Są też wielkie plantacje wanilii i ogromne błękitnookie węgorze. No i to podobno centrum plotkarskie Polinezji.


Huahine - jezioro (a właściwie zatoka) Fauna Nui

Na razie to tyle. Kończę, bo czeka mnie jedna z najpiękniejszych, a na pewno najbardziej turystyczna z tutejszych wysp - Bora Bora.

5 komentarze:

  1. I really like the way you used the patterns in the fish photo. I think there is an inherent organization to things and you seem to be have found it.

    OdpowiedzUsuń
  2. O w morde, nawet na zdjeciach wyglada ladnie, a praktyka uczy, ze zdjecia to jednak jakas polowa wrazenia. Na zywo musi byc kosmos.

    OdpowiedzUsuń
  3. U nas pada. Ale są też brudne okna w tramwajach, więc jakieś podobieństwo do Polinezji jest :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Garnek nie bądź okrutny. Pięknie w Polsce jest. Może nie w Warszawie ale w Łodzi na pewno ;P

    OdpowiedzUsuń
  5. W tej Polinezji Francuskiej to chyba najgorsze jest to, że jest francuska. Ależ im towarzystwo wypadło...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...