poniedziałek, 31 maja 2010

Martwy Ozzie w deszczu


Dwa tygodnie w Nowej Zelandii minęły szybko, w zimny, deszczowy i dość męczący sposób. Trochę było to za mało czasu, żeby objechać cały kraj w sposób rozsądny, szczególnie, że pogoda była różna, i pewnie w niektórych miejscach warto by przeczekać kilkudniową ulewę, żeby w pełni docenić widoki. Ale i tak było ładnie, bo były tam góry, doliny, owce, lodowce, ośnieżone szczyty, owce, skalisty brzeg morza, piękne piaszczyste plaże, owce, pingwiny, owce, fiordy, lasy deszczowe, drzewiaste paprocie, owce, lwy morskie, sympatyczne nieduże miasta, foki, albatrosy, owce, piękne jeziora o lustrzanej tafli, owce, zielone wzgórza, wulkany, gejzery, gorące źródła, jaskinie, owce, deszcze, rzeki pełne złotych opiłków, tęcze, owce, no i jeszcze poza tym całkiem sporo owiec.

Owiec jest tu chyba jakoś 30x więcej niż ludzi.

Podróżowałem autobusem - takim specjalnym Magicznym Autobusem - miałem bilet, dzięki któremu mogłem dowolnego dnia wsiąść i jechać dalej. Autobus zatrzymywał się w większości ciekawych miejsc po drodze między kolejnymi destynacjami, więc można było sporo zwiedzić. Mam wrażenie, że wynajęcie samochodu byłoby sensowniejszym rozwiązaniem, ale też pewnie droższym, no i jednak nie dowierzam sobie wciąż, jakbym się sprawdził, usiłując prowadzić po lewej stronie jezdni.

Nowa Zelandia jest turystycznym rajem, infrastruktura jest wyśmienita, oznaczenia też, masa rzeczy dla odważnych, jak skydiving czy bungie, informacja znakomita. Tyle że jest trochę za bardzo jak w UK: bardzo drogi transport (bilet na autobus miejski potrafi kosztować 20 zł), dwa krany w każdej umywalce, samochody jeżdżą po lewej stronie. No i było zimno, a przez ostatnie cztery dni cały czas lało. Jak leje to nie jest za fajnie, bo zupełnie nic nie widać, a w szczególności zupełnie nie widać gór i pięknych panoram.

Co jeszcze? Jest tam sporo zwierzaków. Najwięcej jest oczywiście owiec, ale na drugie miejsce wysuwają się tak na oko Martwi Australijczycy. Ozzies, jak je pieszczotliwie nazywają Nowozelandczycy, to importowane z Australii coś w rodzaju kuny. Rozmnaża się to tu ponadprzeciętnie dobrze, jak wszystkie importowane drapieżniki i niespecjalnie współpracuje z miejscową przyrodą.

Bo w NZ jest tak, a przynajmiej było, że nie było praktycznie ssaków, dzięki czemu mogły sobie tam mieszkać ptaki nieloty i owady wielkości dłoni i nikt im nie przeszkadzał. A teraz, jak są tam szczury, koty i owe kuny, to niestety owe ptaki mają ciężko, i są zwykle na skraju wyginięcia.

Dlatego ani kotów, ani kun się tu raczej nie lubi, bo Nowozelandczycy lubią swoje kiwi. Tak więc radzą sobie jak mogą i z wielką lubością rozjeżdżają Australijczyków, jak tylko ich zobaczą na drodze. Dzięki temu, szczególnie na południu, truchła tych zwierzaków znaczą drogę wyjątkowo często.

Poza tym są tam pingwiny, i to aż dwa gatunki, bo żółtookie (takie większe) i niebieskoookie (takie malutkie). Bardzo śmiesznie jest oglądać, jak wieczorem pingwiny wyłażą z morza i człapią sobie po plaży w kierunku wzgórz, na których mają nory, wielkim łukiem omijając wygrzewające się na piasku lwy morskie.

No i jeszcze są foki. Foki są wesołe, bo się wesoło chlapią w kałużach. I delfiny, które płyną obok statku też są wesołe. Nawet, gdy dzieje się to wszystko w deszczu.

Poza tym z ciekawych rzeczy grałem w NZ w Guitar Hero na automacie i było trudno, bo w gitarze nie ma wajchy i trzeba wciskać przycisk do szarpania strun aż do końca długiej nuty, o czym zawsze się zapomina. A jak się nie dotrzyma, to nie zalicza. Ale i tak poszło raczej dobrze.

(A zdjęcie jest na prośbę Michała, bo narzeka, że nie wrzucam zdjęć. No to wrzuciłem przecież. Na zdjęciu: Nowa Zelandia w deszczu. A za następnym razem pewnie już będzie o Azji.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...