sobota, 22 maja 2010

Gdzie właściwie jest Zelandia?

Ujście rzeki Szarej w Ujścierzekiszarej. Okolice świtu.

Właśnie. Bo jak jest Nowa Zelandia, to musi być i stara, prawda? No i jest. Zelandia to po prostu taka prowincja w Holandii, przy granicy z Belgią. Anglicy sobie tę nazwę po prostu zapisali po swojemu.

Brytyjscy kolonizatorzy jakoś nigdy nie wysilali się specjalnie, nadając różnym miejscom nazwy. Zresztą wiadomo, że miejsc „nowych” jest na świecie dużo, najlepszy przykład to miasto Nowy Jork. Zresztą tutaj Brytyjczycy nie wpadli pierwsi na ten świetny pomysł - zanim Nowy Jork był kolonią brytyjską, był wcześniej kolonią holenderską i nazywał się oczywiście Nowy Amsterdam.

Po co się przemęczać wymyślając fajne nazwy, wiadomo, że od zbytniego myślenia można globusa dostać.

Ciekawe, co by było, gdyby to Polacy kolonizowali obce kraje; czy też wpisaliby się w tę modę. Mielibyśmy wszędzie miasta takie jak Nowa Pszczyna czy Nowy Ciechocinek? Też nie brzmiałoby to najlepiej.

Zresztą tu przynajmniej dodano słowo „nowy”. W Kanadzie jest miasto Londyn położone nad rzeką Tamizą (z pozdrowieniami dla Maćka, który tam mieszka). A jak, prościej już się nie da.

Czasem też nazwy miast aż rażą swoją oczywistością:

Greymouth is located at the mouth of river Grey.

Niemożliwe. Nie domyśliłbym się. Jak oni na to wpadli, wymyślając tę nazwę?

Wracając do Nowej Zelandii, znacznie bardziej podoba mi się maoryska nazwa tego miejsca, czyli Aotearoa. Oznacza to „kraina długiej białej chmury”. I też od razu wiadomo, o co chodzi - rzeczywiście nad Nową Zelandią jest zwykle taka wielka biała chmura - ale jakoś brzmi to ciekawiej niż Ujścierzekiszarej.

Hiszpanie mieli nieco inny zwyczaj, również prosty, bo nazywali wszystkie miasta imionami kolejnych świętych. I tak największe miasto Brazylii nazywa się po prostu Święty Paweł. A jakże.

Tutaj zresztą też mamy podobny eksperyment, bo drugie co do wielkości miasto Nowej Zelandii nazywa się przecież Kościółchrystusowy. Też piękna nazwa.

Nowa Zelandia ma przede wszystkim pecha do nazw tworzonych od nazwisk. To był jakiś dziwny zwyczaj, za to zupełnie powszechny. I dlatego stolica kraju to Wellington, a największe miasto to Auckland. Te nazwy jakoś średnio tu pasują do czegokolwiek, ale i tak lepsze to niż lodowiec Franz Josef. Co austriacki cesarz ma wspólnego z lodowcem w Nowej Zelandii? Zupełnie nic, ale ktoś nazwał i zostało. Dęte to i głupie.

Też kiedyś będę musiał wypróbować ten patent. Jak polecę w końcu na Marsa założyć tam pierwszą kolonię, oczywiście nazwę ją Brzeziński. Dzięki temu kolonia nie będzie zbyt liczna, bo nikt nie będzie mógł tej nazwy wymówić i tylko nielicznym uda się przez to kupić do niej bilet. Breziki? Bzezyki? Jakoś tak to zwykle idzie.

Tak czy inaczej poza dużymi miastami (chlubnym wyjątkiem jest Rotorua) większość nazw geograficznych w Nowej Zelandii jest maoryska. I dobrze, bo te nazwy jakoś lepiej współgrają z krajem, a przede wszystkim nie są takie dęte jak nazwiska różnych lordów i cesarzy, albo Kościółchrystusowy. Zostały pewnie dlatego, że tu kolonizacja przebiegła jakoś tak względnie pokojowo. Względnie. No, przynajmniej nie wymordowano tu całego ludu, jak to na przykład miało miejsce na południu Ameryki Południowej.

Ale ci lordowie wciąż jakoś kłują w uszy. Nie wiem, może trzeba się do takich nazw przyzwyczaić. Ale o ile absolutnie bez sensu wydaje mi się to, co się dzieje w Afryce Południowej, gdzie zmienia się ładne nazwy miast, jak Bloemfontein (Kwiatowe Źródło) na nazwy jakichś obskurnych murzyńskich wiosek, które gdzieś w pobliżu kiedyś istniały albo i nie istniały, o tyle tu mogliby sobie może kiedyś pozwolić na uładnienie niektórych nazw. Byłoby fajniej.

Choć pewnie Nowozelandczycy by się ze mną nie zgodzili.

Ale Rotorua brzmi jakoś lepiej.

Zresztą w ogóle polinezyjskie nazwy są ładne. Na przykład taka wyspa Huahine. Wg przewodnika LP to znaczy po prostu „wagina”, ale miejscowi mówią, że to bardziej skomplikowane: jest to księżniczka Hina i jej dwójka dzieci: syn, którego nabrzmiały członek to taka wielka skała na wyspie, i brzemienna córka, której pełne mleka piersi to dwa okrągłe pagórki, a wielki brzuch to najwyższa góra. I jak się stanie pomiędzy obiema częściami wyspy, to widać obie te leżące postaci.

Wystarczy spojrzeć i wszystko wiadomo.

Bo moim zdaniem nazwy, które nie odwołują się do nazwisk, są zawsze znacznie ciekawsze. Nawet nazwy ulic. Działają na wyobraźnię. A jak ktoś nie wierzy, niech przypomni sobie Nigdziebądź.

7 komentarze:

  1. Spoko, mogę wpasować się w ten trend nazywania kolonii na Marsie - myślę, że moja będzie miała jeszcze mniej mieszkańców ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. a gdzie jest Wieś od tech wszystkich Nowych Wsi??? ;DDD

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem :-). Ale w Nowym Świecie to by nieuchronnie była Nowsza Wieś. Albo Nowy Nowy Sącz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Polacy jak "kolonizowali" ziemie wyzyskane, to szli w zdrobnienia: np. rzeszówek i takie tam. Jest i u nas jakaś kolonizacyjno-nazewnicza tradycja.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kanadyjczycy w ogole ida na latwizne. Ulice w Londynie tutejszym tez sa zerzniete z tego "glownego" (ja mieszkam na Piccadilly, jest tez Richmond). Co wiecej, w Toronto sa dokladnie te same ulice (i w Kitchener i Hamilton itd). Nie przemeczaja sie. No ale przynajmniej wiadomo, ze wszedzie gdzies w centrum bedzie ulica Dundas, niezaleznie od tego, gdzie jestes :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Z tą miejsko-rzeczną oczywistością, to przecież mamy Świnoujście, które leży u ujściu Świny.

    I jak już będziecie kolonizować Marsa, to dajcie znać, bo też chcę miasto :)

    OdpowiedzUsuń
  7. No tak, Świnoujście to to samo. Czyli to polska tradycja.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...