wtorek, 11 maja 2010

Archipelag Tuamotu, czyli życie na Polinezji

Po Bora Bora wydawałoby się, że nie może być już lepiej, a jednak… Poza Wyspami Towarzystwa Polinezja Francuska to jeszcze kilka innych archipelagów, ale ja się wybieram tylko na jeden z nich - Tuamotu. Głównie po to, żeby zobaczyć, jak wygląda wyspa bez wyspy.

Rangiroa widziana przez brudne okno samolotu

I tak docieram na Rangiroa, które jest takim właśnie atolem bez wyspy. Zresztą całkiem sporym - rafa ma kształt elipsy, największa średnica to 80 km, co oznacza, że jak się patrzy w stronę laguny to drugiego brzegu nie widać (a jak się wypłynie na lagunę, to nie widać żadnego brzegu).

Jak to wygląda? Niecodziennie. Jest to taki pas ziemi, szeroki na może sto metrów, poprzecinany jeszcze na dokładkę wieloma cieśninami. Są tu dwie wioski - Avatoru i Tiputa, całkiem blisko siebie, ale oddzielone cieśniną, więc i tak pomiędzy nimi da się przepłynąć jedynie łodzią (a ja widziałem łódź przepływającą przez cieśninę - kołyszę nią tak, że staje prawie dęba raz w jedną, raz w drugą stronę - więc dziękuję bardzo). W sumie na całym atolu mieszka może 3000 osób.

Kuter płynący przez cieśninę. Wprawdzie jest koło 17, ale załoga chyba w tej chwili nie pije herbatki z porcelanowej zastawy.

Plaże są śliczne. Laguna ma przepiękne kolory jak wszędzie, palmy są, wszystko jest na swoim miejscu.


Przede wszystkim rzuca się w oczy niewiarygodna wręcz ilość ryb. Tu jest tak, że gdy wrzuci się do wody kawałek suchej bagietki, zaraz koło niego pojawia się jakieś sto wielkich ryb o wszystkich kolorach tęczy - a to jednak nie są karpie z Łazienek, bo tu jest po prostu ocean.

Ryby atakują bagietkę.

Zresztą żeby zobaczyć to wszystko, nie trzeba nawet mieć ze sobą bułki. Gdy się chodzi po piaszczystych płyciznach laguny, pod nogami przepływają płaszczki, a czasem małe rekiny (tych jest nawet całkiem sporo). No i oczywiście jest też zatrzęsienie krabów i całe pola morskich ogórków.

Płaszczka uciekająca spod nóg.

Mały rekinek. „One są jak szczeniaczki”, z uwielbieniem w głosie mówią o nich Polinezyjczycy.

Chyba fajnie się musi mieszkać w miejscu, w którym jedzenia jest zawsze dość i nie trzeba go jakoś szczególnie kupować. Nad cieśniną wieczorem stoi sobie parę osób i łapie ryby. Do żyłki jest przyczepione 6 fluorescencyjnych haczyków (kto by się kłopotał przynętą), żeby można było na raz wyciągnąć więcej niż jedną rybę (bo by to była strata czasu) i branie jest tak co może 5 minut. Nie są to naprawdę duże ryby, ale jak na nasze standardy jednak raczej spore. No bo mała barakuda może i jest mała, ale jest tak jakoś długości ręki. Po te większe, np. po takiego tuńczyka, trzeba pofatygować się łodzią na ocean i tam zarzucić wędkę i odczekać swoje 5 minut. W ten sposób ma się 6 ogromnych tuńczyków, które starczają rodzinie na miesiąc.

Człowiek i jego rekin. Wypożyczony na chwilę z oceanu.

A podobno to nie jest dobry okres na ryby - dobry okres jest od września do grudnia. Wtedy w tym miejscu koło cieśniny stoją kolejki ludzi i łapią na zmiany - każdy zarzuca, wyciąga swoje 6 ryb i wraca na koniec kolejki.

Łby błękitnookich węgorzy wiszące dla niepoznaki na palmie.

Poza rybami jedyny w zasadzie potrzebny tu wszystkim surowiec to palma kokosowa, których jest tu też co najmniej pod dostatkiem. Bo z kokosa można zrobić wszystko: jest to świetny napój, piecze się z niego chleb, robi olej, użyźnia się ziemię, jest mleko kokosowe, z liści robi się pokrycia dachów, z pni - buduje się absolutnie wszystko. Ach, z kokosa robi się też coś na kształt lokalnego piwa - wystarczy, żeby kilka miesięcy się fermentował i w ten sposób powstaje znakomity alkoholowy trunek, zresztą stosunkowo mocny.

Zastawa z kokosa, a w niej - przekąska z kokosa.

Ludzie nawet tu trochę narzekają na nadchodzącą nowoczesność - kiedy w latach osiemdziesiątych przeszedł przez atol wielki sztorm i fale były takie, że woda wszędzie była po szyję, nikt się specjalnie nie przejął - każdy sobie wlazł na pierwszego lepszego kokosa i spokojnie przeczekał. Nikt nie zginął. A teraz nie wiadomo, jak by było, bo np. dachy niektórych budynków są z blach, i wiadomo - jak taki dach się urwie, to może kogoś zabić, albo palmę ściąć - a to też niebezpieczne.

Większość jednak mieszka w wioskach, no bo warunki do życia są tu zupełnie cywilizowane. To taka mała społeczność bez żadnej intymności - wszyscy wszystko wiedzą, ale i sobie nawzajem pomagają. Można też mieszkać na bardziej odległych motu - różnica taka, że jest się samemu i z reguły nie ma się telefonu. Z elektrycznością już jest lepiej, bo niektórzy ludzie używają tu paneli słonecznych, i wtedy są już zupełnie samowystarczalni. Tyle że jest się samemu z oceanem.


Ale raczej i tak jest przyjemnie. W zasadzie można tak żyć praktycznie zupełnie bez pieniędzy - te są potrzebne głównie na paliwo do łodzi.

Na Rangiroa przepłynąłem się też łodzią na drugą stronę atolu i muszę przyznać, że jednak wilkiem morskim to ja nie będę. Na środku laguny fale były takie, że łódź raz po raz wyskakiwała nad wodę przechylona znacznie, spadała z wielkim hukiem na fale i trzeba było się trzymać, żeby nie wypaść, no i jeszcze słona woda chlapała wielkimi wiadrami prosto w oczy. Było ciężko. Ale na miejscu widoki prześliczne, bo tu jest tak, że erozja atolu w niektórych miejscach tworzy takie jakby laguny w lagunie - małe płytkie jeziorka otoczone wysepkami, o absolutnie przepięknych kolorach.


Druga moja wyspa tego archipelagu to Tikehau. Tu już jest zupełnie śmiesznie. Lotnisko jak na Maupiti - malutkie. Jest mała wioska, mieszka w niej może 400 osób. I to tyle. Poza tym nie ma tu zupełnie, zupełnie nic. Tylko plaże - w kolorach białym i różowym, palmy kokosowe i ocean.

Wioska Tuherahera na Tikehau wygląda tak supernowocześnie tylko dlatego, że została zbudowana od zera całkiem niedawno - wcześniej znajdowała się po drugiej stronie atolu i została całkowicie zniszczona przez cyklon.

W ogóle fajnie się tak jedzie przez taką wioskę na rowerze, wszystko jest strasznie senne, spokojne, ludzie snują się niespiesznie, ocean sobie powoli szumi i cały świat dostosowuje się do tego powolnego rytmu fal uderzających o brzeg. I jeszcze światło prześwietlające pomarańczowo-zielone liście palm ma taki uspokajający, ciepły kolor…

Liście palmy kokosowej zawsze wyglądają, jakby były wilgotne. W słońcu robi to niesamowite wrażenie.

A w nocy w domku, który jest na plaży, więc nad samym oceanem, otwiera się wszystkie okna (choć te domki są takie, że i tak niewiele tu by się dało zamknąć) i wiatr wieje przez środek i można sobie tak spać. Morze szumi, czasem pada gwałtowny deszcz, czasem wieje silniej lub słabiej. Wiatr niesie ze sobą zapach oceanu i kwiatów, których tu dużo. Jest naprawdę niesamowicie przyjemnie.

Przelotna burza nad laguną.

Tylko do spania pod moskitierą trzeba się przyzwyczaić - ja mam na przykład zwyczaj wystawiania rąk w różne strony, przez co zwykle dotykają siatki i potem mam strasznie pogryzione palce. Ale cóż, w sumie to nieważne.

Ach, i na Tikehau akurat mam internet, więc mogę nad samym morzem, na plaży, w cieniu palmy, leżeć sobie w hamaku i sprawdzać, jaka czeka mnie pogoda w Auckland.

Takie to jest życie na Polinezji.

4 komentarze:

  1. to co planujemy przeprowadzkę? ;)Zrobimy tam polskie osiedle :)

    OdpowiedzUsuń
  2. To nie jest taki zły pomysł :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nauczymy się łowić ryby, robić sprzęty z kokosa, a potem jeszcze zaczniemy je eksportować do polski i bogaci burżuje będą nam płacić za zielone mebelki ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. jeszcze tu wróciłam, bo najbardziej lubię Twoją Polinezję...chciałabym raz w życiu tam się znaleźć, może kiedyś się uda. a jak nie, to czytałam gdzieś, że Niebo wygląda dla każdego tak, jak go sobie wyobraża. więc, jak będę bardzo grzeczną dziewczynką, to może wtedy...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...