wtorek, 18 maja 2010

Aotearoa


Z Tahiti do Auckland leci się 28 godzin. I to bez międzylądowań! Długo, prawda?

No dobrze, w rzeczywistości jest to trochę mniej, a za tę niewesołą liczbę odpowiada przecięcie linii zmiany daty. Tak naprawdę jest to po prostu 6 godzin.

Auckland - największe miasto NZ, w którym mieszka ⅓ ludności tego kraju - wygląda jak niezbyt duże angielskie miasteczko. Nie ma tam za dużo ludzi (niby jest 1,3 mln, ale w ogóle tego nie widać), infrastruktura jest jakby nieco na wyrost; jest ładnie, ale nie jest to w żadnej mierze metropolia na skalę światową.

Za to ciekawostka jest taka, że jest to miasto wybudowane na wulkanie, który w każdej chwili może wybuchnąć (na razie jest uśpiony). Wiadomo zresztą, że jak wybuchnie, to ludzi prawdopodobnie nie uda się ewakuować, bo będzie za mało czasu. Na szczęście ten wulkan nie wybucha za często - w ciągu ostatnich 250000 lat wybuchł tylko 48 razy, więc zdarza mu się to tak mniej więcej raz na 5000 lat.

I właśnie w tym miejscu mieszka ⅓ ludności Nowej Zelandii. Świetnie.

Ponieważ jakoś nie chciałem być długo w Nowej Zelandii - dałem sobie na nią jakieś 2 tygodnie - postanowiłem zwiedzać ją jeżdżąc autobusem i codziennie być gdzie indziej. Jakoś to idzie, bo jestem coraz dalej na południe, ale muszę przyznać, że to dość męczący sposób zwiedzania. Za to jest to kraj chyba stworzony dla backpackerów - infrastruktura turystyczna tego typu jest tu tak potężna, że czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Więc jest łatwo.

Poza tym jest zimno. Straszliwie zimno. Bo tu jest już jesień z prawdziwego zdarzenia, no i wyspy są bardzo na południe. Temperatura wieczorami spada do jakichś 12 stopni, a na południu chyba będzie jeszcze gorzej, więc dla mnie to kompletny mróz (zresztą nie mam specjalnie też ubrań na taką pogodę, no ale dobra, jakoś to będzie). Poza tym leje bardzo często, a tu w sumie jest tak, że jak jest słońce to jest bardzo ładnie, a jak pada to jest zupełnie nijak.

Zwiedziłem na razie North Island - jest ładnie, ale po Polinezji Francuskiej widoki mnie jakoś specjalnie nie szokują. Najładniejsza rzecz to chyba kolory - czerwień, żółć i zieleń są niesamowicie intensywne. Tu na południowej półkuli jest jakieś inne światło niż na północnej i kolory są chyba po prostu inne, dlatego takie jest to ciekawe.

Ciekawe są tu krajobrazy. Tak ogólnie. Jest po prostu ładnie: zielone wzgórza, głębokie doliny rzek, pokryte śniegiem góry, wielkie jeziora, wodospady - wszystko to w zasadzie dzikie, bo jednak ludzi tu specjalnie dużo nie mieszka. Przyjemnie się to ogląda.

Niesamowite było Waitomo - ogromne krasowe jaskinie, w których mieszkają świecące larwy. Można sobie tam płynąć łodzią po podziemnej rzece, a w górze rozpościera się podziemna Droga Mleczna. Śliczny widok. A jak się oświetli sufit światłem, to jest tam milion glutowatych półprzezroczystych nitek (długich na 20-30 cm), na które te larwy łapią insekty. Też ładnie to wygląda.

Poza tym są też dziwne miejsca, jak Rotorua - całkiem spore miasto zbudowane w miejscu, gdzie jest mnóstwo gejzerów i różnych takich atrakcji. Dzięki temu w powietrzu unosi się dość silny zapach siarki, a pomiędzy domkami są kominy odprowadzające z ziemi rozgrzaną parę.

Jest tu też dużo owiec. Naprawdę dużo. Są wszędzie, na wszechobecnych tu zielonych pagórkach. Przy okazji obejrzałem sobie, jak wygląda strzyżenie owcy. A wygląda nieźle, bo specjalista jest w stanie ogolić dokładnie owcę w jakąś może minutę, w zasadzie w kilku ruchach.

Co jeszcze? Jeszcze są maori i ich domy, rzeźby i wywieszone języki. Ach, no i jeszcze nie widziałem żywego kiwi. Bo wypchanego - i owszem. Ale jeszcze nic straconego.

Panorama Auckland (z wulkanu Mt Eden)

Tu jest naprawdę dużo owiec. Bardzo dużo owiec.

W tle jez. Taupo - największe jezioro Nowej Zelandii.





2 komentarze:

  1. ta jaskinia to prawie jak twoja łazienka. Woda jest, gwiazdki są :)

    OdpowiedzUsuń
  2. To pierwsze zdjecie z wieza strasznie podobne do Toronto.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...