sobota, 17 kwietnia 2010

Pożegnanie z Ameryką

Dziś jest mój ostatni dzień w Santiago, ale też ostatni dzień w Ameryce Południowej. Jutro już następny rejon - Polinezja.

Jak było? Fajnie, ale też trochę chyba inaczej niż się spodziewałem. Myślę, że oczekiwałem, że będzie tu tak inaczej, jak inaczej jest w Afryce czy w Azji. A tu tak nie jest - przynajmniej w tej południowej części kontynentu. Jest za to zupełnie normalnie, europejsko, choć oczywiście jest trochę inaczej, i przez to może też ciekawie. Na pewno jest nieziemsko piękna przyroda i strasznie fajne stworzenia tu grasują.

Mam jeszcze trochę zaległych zdjęć, które kiedyś zapewne przejrzę i wrzucę - teraz na plażach będę miał dużo wolnego czasu ;-). Przede wszystkim z miast - z Buenos Aires i Santiago - myślę, że są ciekawe. BA jest zupełnie śliczne, a Santiago ma fantastyczne panoramy z Andami w tle.

Samo Santiago jest ładnym miastem, dość malowniczym (choć oczywiście to zupełnie inna liga niż Valparaiso), choć mi do gustu najbardziej przypadły nowoczesne rejony, bo nowa architektura jest tu na naprawdę wysokim poziomie. Niby w bryłach nie ma nic nadzwyczajnego, ot - szkło, metal - ale to wszystko naprawdę jest ciekawe. Wiele budynków na przykład osiąga efekt niesamowitej lekkości, mimo że są to wielkie wieżowce.

Jest takich kilka ciekawostek, które przewijają się przez wszystkie tutejsze miasta, ale akurat w Santiago są bardzo widoczne.

Przede wszystkim w centrum można napotkać wiele dziwacznych sklepów, typu takich, jakich u nas już od dawna nie ma. Np. przy głównym deptaku jest wielki sklep z włóczkami i nićmi. Poza tym są jakieś salony z zasłonami itp. - w zasadzie takie rodzaje towarów, które u nas już zostały całkowicie przejęte przez wielkie sieci. A tu nie, jest masa małych sklepików.

Co do sklepów, niektóre są naprawdę ciekawe, jeśli chodzi o asortyment. Podobał mi się na przykład taki sklep, całkiem spory zresztą, który sprzedawał jedynie telewizory i buty. I stały sobie tak wymieszane - wielkie telewizory i rzędy butów. No i tak to tu właśnie wygląda.


Standardowe sieci mają się dobrze, jest McDonald's, jest Burger King, jest też Starbucks. Co do McDonald'sa to skorzystałem z niego w Buenos Aires i nie wiem, czy to była magia sloganu "100% Argentinian beef", ale był całkiem dobry, trzeba przyznać :-). Tyle że jest tu dużo miejsc, które mają ceny konkurencyjne do amerykańskich fast foodów. Na przykład w Argentynie popularne są pizzerie - mają tam chyba bardzo dużo Włochów. Zresztą pizzerie mają jeszcze jedną zaletę - są czynne non stop w czasie dnia, bo reszta jadłodajni jest zamykana gdzieś o 14 i potem otwierana dopiero o 20-21, kiedy to Argentyńczycy wybierają się na obiad, co sprawia, że właśnie w okresie, gdy się człowiek robi głodny, nigdzie nic nie da się zjeść. Bez sensu.

W Chile jest jakoś lepiej i chyba wszystko jest otwarte przez większość dnia.

Komunikacja miejska jest zwykle niezła. Zresztą trzeba wiedzieć, że to w Argentynie wynaleziono autobus publiczny! Niemniej jednak sprawa rozkładów to jest zwykle jakiś dramat - po prostu ich nie ma, linii jest z 1000 (bo to przecież są wszystko wielkie metropolie), więc bez znajomości języka jest dość ciężko. Na szczęście jest jeszcze metro, które działa normalnie i jest dobrze oznaczone (tu zaznaczę, że są na świecie miasta, gdzie metro ma więcej niż jedną linię).

Pociągów dalekobieżnych w całej Ameryce Południowej nie ma (od jakichś 20 lat), wszyscy jeżdżą autobusami. Autobusy są superwygodne, siedzenia opuszczają się bardzo, i jeszcze zawsze jest taki rozkładany podnóżek, który sprawia, że nogi nie zginają się pod kątem prostym, tylko też sobie je można wygodnie ułożyć. Jeździ się więc przyjemnie, tyle że czasy przejazdu między odleglejszymi miastami to kilkadziesiąt godzin. Niemniej jednak całkiem przyjemnie się tak leży i jedzie, szczególnie mając miejsce przy oknie, bo krajobrazy są zupełnie śliczne.

Po drodze do Chile samolot leciał nad Andami, i trzeba przyznać - robiło to wrażenie. Niestety, siedziałem w środkowym rzędzie, więc widziałem ile widziałem, ale zawsze trochę.

W Santiago widać coś, co kiedyś uderzyło mnie w Hiszpanii - jest tu masa małych lokali zawierających automaty do gry (takiej hazardowej), które zwykle są okupowane przez całą masę ludzi. W większości starszych, ale nie tylko - niektórzy chyba przychodzą tam całymi rodzinami. Po prostu wszyscy na nich grają.


Wszędzie widać, że są duże różnice w poziomie życia ludzi, choć nie jest to oczywiście Afryka, i może poza Brazylią to nie rzuca się w oczy aż tak bardzo. Po prostu jest duża bieda, większa znacznie niż u nas, ale mimo wszystko dotyczy zdecydowanej mniejszości ludzi. Reszta żyje zupełnie normalnie. Może warto też wspomnieć, że w tych krajach bardzo duży procent ludzi (chyba ponad 90) żyje w miastach, więc te miasta są zupełnie normalne.

Jest bardzo dużo graffiti, i chyba we wszystkich krajach regionu dużo ma wydźwięk polityczny. W ogóle tu ludzie bardzo są zaangażowani - prawie jak u nas. Jak się z kimś zacznie gadać, to zaraz się okazuje, że rząd źle wydaje pieniądze i w ogóle jest cała masa problemów i niesprawiedliwości. I wszyscy teraz oczywiście bardzo współczują Polakom.

A, i jeszcze jedna ciekawostka - tutaj w ogóle nie ma tych wszystkich obostrzeń, które wprowadzono na lotniskach po 11/09. Czyli - nie trzeba wyjmować laptopa przy przechodzeniu przez bramkę, można sobie normalnie wnieść colę do samolotu itp. Ha! (Inna sprawa, że zwykle nie można jej wynieść, bo nie można wwozić produktów spożywczych).

3 komentarze:

  1. Sklepów specjalistycznych u nas co prawda mało ale SĄ. Zdecydowanie - szczególnie w mniejszych miejscowościach. A np. jak w Rosji byłem to tam nawet w Moskwie zatrzęsienie. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Sklep z włóczką też spokojnie są - jeden jest choćby na Śniadeckich, więc nie dramatyzuj ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja przeczytałem w pierwszym momencie, że sklep jest z włóczniami a nie z włóczkami i się bardzo zainteresowałem. Zwłaszcza, że był z włóczniami i nićmi :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...