czwartek, 8 kwietnia 2010

Jesień w Urugwaju


Ostatnio, jak dobrze pamiętam, skończyłem na Buenos Aires. A że teraz właśnie tam wracam promem płynącym 200 km przez Rio de la Plata, mając do dyspozycji gniazdko i wifi, w miejscu, gdzie nie widać żadnego z brzegów, to napiszę, jak to tam było.

Buenos Aires, czy też - jak tu wszędzie jest ono nazwane - Capital Federal - to wielkie i bardzo europejskie miasto. Argentyna jest dużo bardziej europejska niż Brazylia, no i też dużo spokojniejsza. BA w zasadzie mogłoby być Madrytem czy Paryżem - wygląda podobnie.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy w drodze z dworca autobusowego było metro, które jest absolutnie śliczne, bo na niektórych liniach jeżdżą takie stare śliczne drewniane wagony z drewnianymi siedzeniami i fajowymi lampkami, w których są otwarte okna i można sobie przez nie wyglądać w tunelu. To, że są drewniane, nie przeszkadza, żeby oczywiście w całym metrze był zasięg sieci komórkowej, oraz - uwaga - wi-fi (dostępne i na stacjach, i w czasie jazdy).

BA ma bardzo ładną architekturę i w ogóle jest sympatycznym miejscem. Ludzie też są tu sympatyczni, chyba bardziej otwarci niż Brazylijczycy, no i jakoś więcej osób zna angielski, co pomaga, jak się nie zna hiszpańskiego. No i strasznie dużo z nich ma takie śmieszne hiszpańskie bródki, co robi wrażenie, jakby wszyscy przed chwilą wybiegli z planu Princess Bride. Niesamowite.

Inna sprawa, że było tam jakoś niewiarygodnie dużo turystów; może to dlatego, że to okres świąteczny, sam nie wiem.

Trafiłem też na dość ciekawe miejsce noclegowe - hostel mieszczący się w starej, pięciopiętrowej kamienicy ze studnią pośrodku. Na dachu był taras, na którym sobie można było posiedzieć, posłuchać muzyki (a leciały np. Freebird i Santeria, tylko brakowało plastikowej gitary ;-)). Ale najfajniejsza była stara winda z podwójnymi metalowymi harmonijkowymi - zupełnie steampunkowymi - drzwiami. Tylko jak dla mnie, trochę za dużo tam komarów - nie w windzie, ale w ogóle wszędzie. Nie przeszkadzało im zupełnie, że to centrum miasta, były wielkie i strasznie gryzły.

Jedna niesamowita rzecz w BA to cmentarz Recoleta - takie argentyńskie Powązki, na których leżą wszyscy zasłużeni dla kraju - Evita itp. Wyobraźcie sobie coś, co wygląda jak małe średniowieczne miasteczko, z wąskimi brukowanymi uliczkami i ciasno ściśniętymi domkami, tyle że te domki to krypty i mauzolea. Nie ma tam żadnego normalnego grobu, są same mauzolea, i jest to naprawdę rozległy obszar. Niesamowita nekropolia.

Tak czy inaczej z Buenos wybrałem się na krótką wycieczkę do Urugwaju. Przepłynąłem promem do leżącego po drugiej stronie Rio de la Plata miasteczka Colonia del Sacramento. Swoją drogą Rio de la Plata to niezła rzeka, bo wszyscy to nazywają rzeką, ale na tym odcinku to jest estuarium (dzięki, Michał ;-)), więc w zasadzie bardziej to już przypomina morze - drugiego brzegu zdecydowanie nie widać, bo to dużo za daleko. Za to brązowa mętna woda i pływające wszędzie różne kawałki gałęzi jakoś z rzeką się kojarzą.

Urugwaj to taki spokojny kraj, mały jak na warunki południowoamerykańskie, ale jak na europejskie to już wcale nie, który jest europejski do bólu. Wszyscy tu są biali, miasta wyglądają jak u nas, jest względnie czysto, raczej spokojnie i bezpiecznie i w ogóle trochę nijak. Sama Colonia ma śliczne stare miasto - ładne kolonialne uliczki, promenada nadrzeczna z białą balustradą i żółtymi latarniami, masa knajpek, kolonialnych domków, malownicza latarnia morska - wręcz idealne miejsce do sennych spacerów w święta.

Tyle że to, co się rzuca tu w oczy najbardziej, to nieuchronnie nadciągająca jesień. Robi się chłodno wieczorami (tzn. temperatura spada wyraźnie poniżej 20 stopni), wszędzie leżą żółte liście, wieje chłodny wiatr. Widać, że czas uciekać dalej, bo jesień depcze mi po piętach.

Śmieszna rzecz tam to "system muzeów", który polega na tym, że kupuje się jeden (raczej tani) bilet na chyba 8 muzeów. Tyle że każde z tych muzeów to mały domek, w którym są 2 pokoje, w których wisi np. 15 kafelków, i już mamy Muzeum Kafelków. Niemniej jednak sympatycznie się biega po miasteczku i zbiera kolejne pieczątki. No i m.in. można obejrzeć sobie szkielet płetwala błękitnego stojący ni stąd ni zowąd w ogródku.

Potem autobus do Montevideo, stolicy Urugwaju. To duże miasto, z dość malowniczo położoną starówką - na cyplu na rzece (a może to już ocean?). Niemniej jednak mi się wydało po prostu nudne.

Czas tu jakby zastygł w miejscu lata temu. Masa miejsc - knajp, sklepów, ulic - wygląda, jakby nie uległa zmianie gdzieś od lat siedemdziesiątych. W powszechnym użyciu są kasy z takimi kręcącymi się cyferkami. Dużo jest też wszelkiego rodzaju zakładów rzemieślniczych - krawców, wszelakich napraw itp.

Jeśli chodzi o pomniki i nazwy, to sprawa w Urugwaju jest prosta: praktycznie każdy pomnik przedstawia José Gervasio Artigasa. To urugwajski bohater narodowy, który wywalczył niepodległość tego kraju. Niemniej jednak prawie każda instytucja ma przed swoim budynkiem jego pomnik, a często też jego nazwisko w nazwie.

Poza tym z ciekawych rzeczy w Urugwaju są całkiem smaczne truskawki. Ale o jedzeniu napiszę jakoś innym razem.

2 komentarze:

  1. Argentyna na emeryturę? Drogo czy tanio?

    OdpowiedzUsuń
  2. Taniej niż w Polsce. Nie jakoś ogromnie, ale taniej. Oni tu mają kryzys od jakichś 8 lat, z którego sobie powoli wychodzą.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...