piątek, 2 kwietnia 2010

Jak na steki, to tylko do Argentyny

Jak widać, regularne pisanie ciekawych notek okraszonych ładnymi i pasującymi zdjęciami zupełnie mi nie idzie, a to przynajmniej z dwóch przyczyn. Po pierwsze ze zdjęciami jest kłopot, bo jednak przeglądanie ich i wrzucanie zajmuje zwykle potwornie długo (wolny komputer, wolny internet), a po drugie pisać też się zwykle nie chce, bo ciepło i dużo fajnych rzeczy do robienia, a zwykle lepiej też z kimś pogadać. Zrobimy więc tak, że nadrobię tutaj, co się działo, a zdjęcia wrzucę przy okazji.

W ogóle to okazało się, że moje spokojne Rio nie jest jednak takie spokojne. Do tej pory gadałem dłużej z trzema osobami, które akurat podążały podobną trasą po Brazylii i Argentynie jak ja, czyli były wcześniej w Rio, i wszystkie trzy zostały tam napadnięte i okradzione (czyli niezła statystyka!). Jedna straciła aparat, dwie pieniądze (na szczęście nieduże). Zwykle w grze był też jakiś nóż. Wszyscy z nich byli akurat w większych grupach, co jednak nie zapobiegło tym niemiłym okolicznościom. Niemniej jednak mam wrażenie z ich opowieści, że robili dość dziwne rzeczy. Nie bardzo dziwne, ale minimalnie nierozważne. Po prostu trzeba bardziej uważać.

W São Paulo na przykład jest tak, że ostatnio zmieniono przepisy ruchu drogowego. Teraz nie trzeba się już zatrzymywać na czerwonym świetle w nocy, wystarczy zwolnić. Bo tam jest jak w Afryce Południowej - na światłach lepiej po zmroku nie stawać. Poza tym wszyscy bogaci ludzie (no, raczej ci bardzo bogaci) mają helikoptery, którymi latają na zakupy - dlatego centra handlowe mają na dachach lądowiska dla helikopterów, a samo São Paulo - największą na świecie helikopterową flotę. Taka ciekawostka - ale prawdziwa.

No ale zostawmy już São Paulo. Wsiadłem tam sobie do autobusu i po miło spędzonych 12 godzinach byłem już w Foz do Iguaçu, 900 km dalej na południe. Samo Foz szczególnie interesujące nie jest (to taka, mówiąc wprost, dość brudna i niesympatyczna przygraniczna dziura, choć ma 300.000 mieszkańców). Za to w pobliżu jest kilka niezwykle ciekawych rzeczy, a przede wszystkim wodospady Iguaçu - jedne z najwspanialszych na świecie. Poza tym jest jeszcze tama Itaipu - będąca tuż po Tamie Trzech Przełomów drugą największą na świecie elektrownią wodną. A na dokładkę jest to miejsce, w którym przebiega granica pomiędzy trzema krajami - Brazylią, Argentyną i Paragwajem.

Czas w Foz spędziłem dość miło, bo wybrałem się tam, tak trochę z ciekawości, do polecanego chyba na wszystkich blogach o podróżowaniu po Brazylii pensjonatu prowadzonego przez panią Ewelinę polskiego pochodzenia, mówiącą zresztą po polsku (Pousada Evelina). I tam spotkałem bardzo sympatyczną gromadkę Polaków rozpoczynających właśnie wyprawę do Paragwaju, Boliwii i Peru, pod wodzą pewnego autora książek historycznych. Zwiedziliśmy sobie wspólnie wodospady po stronie argentyńskiej (stronę brazylijską wcześniej zaliczyłem sam) i naprawdę była to wielka frajda. Każda strona to jeden dzień, każda jest fantastycznie przepiękna i zupełnie inna.

Oczywiście wodospady to wielka światowa atrakcja turystyczna, więc ludzi sporo, ale mimo to było to zupełnie niesamowite przeżycie. To jest jednak tak, że wystarczy zobaczyć śliczny wodospad, gdy jest piękna pogoda, wokół którego roztacza się tęcza, i człowiek czuje się naprawdę szczęśliwy. I nic się nie da na to poradzić! A stanie tuż przed Diabelską Gardzielą, która ochlapywała wodą tak, że było się po chwili wprawdzie całkowicie przemoczonym (ale i tak po wyjściu na słońce wysychało się w 15 minut) było absolutną rewelacją.

I tutaj historia do opowiedzenia o takim polskim smaczku. Żeby dotrzeć do argentyńskiego parku trzeba przejechać do argentyńskiego miasteczka Puerto Iguazú, znajdującego się tuż za granicą, i stamtąd dostać się do parku. To wszystko załatwia się miejskimi autobusami, tyle że jak się weźmie pod uwagę, że trzeba stać i czekać w różnych miejscach (przystanki, przesiadki, dwie granice), to widać, że schodzi się na to nieuchronnie trochę czasu. Niemniej jednak nasza grupa nie przystała na propozycję pani Eweliny, że zorganizuje nam przejazd, bo stwierdziliśmy, że za drogo i bez sensu i przecież jesteśmy tu po to, żeby sami przeżywać przygody, więc po co korzystać z podejrzanych ofert. Dlatego też poszliśmy sobie na przystanek, no i tam się zaczęliśmy zastanawiać, że jednak to w sumie zejdzie nam strasznie długo, pewnie parę godzin na dojazd, a jednak park to też jakieś 5-6 godzin, więc robi się cienko z czasem, bo jednak oglądanie wodospadów po nocy nie jest wielką atrakcją (a pewnie i wyrzucają wcześniej z parku). Na szczęście pojawił się zupełnie przypadkowy pan, który zaproponował nam podwózkę w obie strony w zupełnie rozsądnej cenie (zresztą podanej w dolarach amerykańskich). Miałem wprawdzie wrażenie, że ta cena, po przeliczeniu i dodaniu do niej opłaty za wstęp do parku, nie odbiegała aż tak bardzo od propozycji pani Eweliny, ale naszej grupie było już wszystko jedno. Tak więc zabraliśmy się z owym miłym panem, płacąc mu ustaloną sumę. Pan wprawdzie potem zdradził się, że dwóch jego braci jest żonatych z Polkami, a jego samochód stał sobie później na parkingu przed naszym pensjonatem, ale za to była przygoda, i to zorganizowana samemu, jak się patrzy. Niemniej jednak wycieczka była bardzo sympatyczna, a widoki absolutnie nieziemskie.

Chciałem jeszcze ostatniego dnia upiec trzy pieczenie na jednym ogniu, czyli zwiedzić tamę, odwiedzić Ciudad del Este (w Paragwaju) i wsiąść do autobusu do Buenos Aires o 14:00, ale jednak okazało się, że mimo wyjścia o 6:45 nie udało się tego wszystkiego dokonać i Paragwaj będzie musiał sobie poczekać na następną wyprawę.

Tama za to okazała się fascynująca. Leży na granicy Paragwaju i Brazylii, dostarcza 90% energii potrzebnej Paragwajowi i 20% zużywanej przez Brazylię, czyli ogromne ilości, i jest absolutnie monumentalną konstrukcją. I robi wrażenie, nawet mimo obrzydliwie propagandowego półgodzinnego filmu pokazywanego na początku wizyty, z którego wynikało, że dzięki tamie roślinki rosną lepiej, ziemia jest żyźniejsza, ludzie szczęśliwsi, a dzieci mniej wykorzystywane seksualnie. Niemniej jednak, co by nie mówić, to zawsze czysta energia.

Piętrowy argentyński autobus do Buenos Aires (jakieś 1400 km) okazał się jeszcze wygodniejszy niż brazylijski z Rio - ogromne, rozkładane prawie na poziomo siedzenia z taką specjalną wygodną częścią, na której można położyć nogi, to było to. Tyle że tuż po przejechaniu granicy przestał jechać. Znajomy Hindus z Londynu wyjaśnił, że jego zdaniem chodzi o zalanie silnika - jest to jak się okazało zjawisko zachodzące w dieslach, które eliminuje się krótkim postojem. No i rzeczywiście - poczekaliśmy i po którejś próbie z kolei silnik odpalił i pojechaliśmy dalej. Tyle że znów niezbyt daleko - bo do najbliższego warsztatu, w którym spędziliśmy miło 2 godziny stojąc sobie w pustej betonowej hali, w której panowie wymontowali z naszego autobusu jakieś części, zamontowali chyba inne, te wyjęte zostawili na środku placu i pojechaliśmy dalej.

Oczywiście wstawanie o 6 rano, gdy idzie się spać o drugiej, ma swoje konsekwencje, więc dość szybko udało mi się zasnąć. Na szczęście znajomy Brazylijczyk z Argentynką dobudzili mnie, gdy okazało się, że trzeba wysiąść, przesiąść się do innego autokaru, no i zjeść w restauracji darmowy obiad (wliczony w cenę biletu). Obiad był dobry, a jakże. Potem było jeszcze śniadanie i kawka, tym razem już na pokładzie, a po drodze kilka znakomitych dzieł kinematografii światowej, jak "17 again", albo "Devil wears Prada". Przyswoiłem oba te tytuły, trzeciego ("Bride wars") już nie zmogłem i zająłem się innymi zajęciami.

Buenos Aires jest zupełnie inne od miast brazylijskich. W zasadzie równie dobrze mogło by się znajdować w Europie. Bardzo przypomina Madryt czy Paryż - przestronne aleje, monumentalne bogato zdobione budynki. Tyle że jest trochę brudniej, ale też nie za bardzo. Bardzo dużo obcokrajowców, no i zacząłem regularnie natykać się na ulicach na Polaków (w Brazylii - poza Foz - jakoś nie szło).

Przy okazji w Argentynie jakby częściej niż w Brazylii widać ludzi pijących yerba mate. Wymiawia się to tu "szerba mate" i piją to wszyscy. Każdy chyba Argentyńczyk ma zawsze przy sobie kubeczek z owoca z rurką i mały termosik, z którego non stop dolewa do kubeczka ciepłej wody, żeby móc sobie cały czas popijać yerbę.

Oczywiście pierwszym punktem programu w Argentynie musiał być - a jakże - stek. Nie na darmo nad ranem głodnym wzrokiem oglądałem wszystkie mijane krowy, których setki biegały po przemykających za oknem argentyńskich łąkach. Więc zjadłem go - gigantyczny T-bone butterfly z sosem chimichurri, wielką michą sałatki z pomidorów, cebuli i sałaty i dużym piwem (butelka dużego piwo tu ma 0,97l) był naprawdę wyśmienity i jestem teraz tak pełny, że myślę, że mogę przez następny tydzień już nic nie jeść.

1 komentarze:

  1. Genialna relacja

    pozdrówka i trzymaj się tam

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...