niedziela, 25 kwietnia 2010

Futbol na krańcu świata

Ludzie, jak wiadomo, interesują się różnymi rzeczami. Niektórzy moi znajomi na przykład, z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów, fascynują się ludkami biegającymi po trawie za piłką w te i wewte. Ci znajomi, gdy usłyszeli, że wybieram się do Ameryki Południowej wpadli w zachwyt, bo wiadomo, to mekka miłośników futbolu. Oczywiście polecili mi zainteresowanie się wszystkim, co jest związane z piłką nożną, a co tam napotkam.

Tyle że pomyślałem sobie, że futbol w Brazylii czy Argentynie to każdy przecież zna; interesowanie się tym nie jest tak naprawdę godne prawdziwego fana tego sportu. Prawdziwy fan potrzebuje mocniejszych doznań, czegoś naprawdę żywego.

Tak więc, proszę państwa, ze specjalną dedykacją dla pani Bereniki i pana Krzysztofa, dziś Ogród sopli przedstawia niecodzienne wydarzenie: relację z finałów ligi rapanujskiej. I to nadawaną zupełnie na żywo!

Obejrzeć ją można tutaj.

Wyprawa na pępek świata


Przez mgłę na koniec świata

Lotnisko w Santiago jest spowite mgłą. Jest wczesny ranek, jakoś koło 7, więc w sumie mgła to nic nadzwyczajnego. Niemniej jednak nieco dziwnie jedzie się zatopioną w mleku autostradą, na której nie widać nawet tablic z informacjami o zjazdach. 

Pasma mgły, podłużne i zawieszone nisko nad ziemią, snują się niespiesznie w lewo i w prawo, skrywając wszystko, co jest dalej niż kilkanaście metrów. Przedzieram się przez wszystkie odprawy do gate'a i patrzę na mgłę za oknami. Jest jakieś 30 minut do początku przyjmowania pasażerów na pokład. Świat na zewnątrz jest całkiem biały, a w hali świeci się ekran z wielkim napisem ISLA DE PASCUA. Dla mnie to zupełnie magiczna chwila.

Dopiero w samolocie zorientowałem się, że dostałem miejsce przy oknie. Zdziwiłem się, bo poprzedniego dnia próbowałem odprawić się przez internet, i nie było przy oknie nic wolnego, a i pani przy odprawie na pytanie o takie miejsce skrzywiła się i pokręciła głową. A tu proszę, jednak się udało. No i fajnie, choć mgła sprawiła, że na zostające w dole Santiago się nie napatrzyłem. Ale za to fajnie wyszło zdjęcie zamglonych gór.

Lot trwa prawie 6 godzin - do pokonania jest ponad 3800 km. Nie jest specjalnie fascynujący, ale dobrze obrazuje położenie miejsca, do którego chcę dotrzeć. Leci się w linii prostej, a po drodze nie ma absolutnie nic. To znaczy jest tam po prostu Pacyfik. 

W ramach południowoamerykańskich atrakcji kulinarnych do jedzenia dostaję omlet z... ziemniakami (pokrojonymi w drobną kostkę, coś jak marchewka).

Po drodze czytam książkę, ale sięgam też po gazetkę o Rapa Nui, a tam - artykuł o tym, jak mieszkańcy wyspy wywalczali sobie status specjalnego terytorium (czyli jakąkolwiek namiastkę autonomii), a ich bohaterski przywódca był broniony przed aresztowaniem przez wojsko Chile przez wianuszek ciężarnych kobiet rozdających żołnierzom wieńce z kwiatów. W sumie ciekawa historyjka, szczególnie że wydarzyła się w ostatnim półwieczu. Był też artykuł o prowadzonych ostatnio przez Polaków pracach archeologicznych w tutejszych jaskiniach, ale to już było mniej ciekawe.

W końcu docieramy do celu. Samolot najpierw przelatuje nad całą wyspą, potem zawraca i ląduje. Wyspa najpierw wydawała mi się jakaś duża, potem całkiem mała, potem znowu duża. W sumie już sam nie wiem, jaką ją sobie wyobrażałem. Tak czy inaczej, gdy samolot zakręca, można ją całą zobaczyć. Tyle że akurat widać ją dobrze przez okna z drugiej strony, więc nie mam zdjęcia. Swoją drogą podobno zwykle zawraca akurat w inną stronę, tylko dziś jest inny wiatr niż zwykle.

Wylądowaliśmy. Wszystko wygląda zupełnie inaczej niż gdziekolwiek: lotnisko Mataveri jest jakieś takie umowne - jeden pas startowy ciągnący się w poprzek całej wyspy, mały budyneczek, wyglądający bardziej jak budka z hot dogami niż jak hala odpraw. W zasadzie w środku, poza odbiorem bagażu, można sobie wybrać miejsce noclegowe (wybór spory), i to tyle. Ale i nic dziwnego, bo lata tu tylko jedna linia (chilijski LAN), lotów jest kilka tygodniowo, i można stąd polecieć albo do Santiago (Chile), albo do Pape’ete (Tahiti) - tam zresztą od niedawna. Niewielki wybór.  Niemniej jednak to lotnisko jest tu dopiero od końca lat 60. ubiegłego wieku; wcześniej  dało się tu dostać jedynie statkiem.

Na odbiór bagażu czekam naprawdę długo. Niemniej udało się, plecak przyleciał, zabieram go i wychodzę na zewnątrz. Czeka na mnie już z tradycyjnym polinezyjskim wieńcem kwiatów właścicielka pensjonatu, w którym będę mieszkać. Zabieramy jeszcze parę Amerykanów i jedziemy.

W cieniu długiego kamiennego ucha

Droga z lotniska do pensjonatu okazuje się być drogą przez całe Hanga Roa - jedyne miasto na wyspie, niezbyt duże zresztą. W zasadzie ma jedną główną ulicę i kilka małych przecznic, przy których jest trochę domków, i tyle. Przy głównej ulicy jest wszystko, co trzeba: kilka małych sklepików spożywczych, apteka, parę sklepów z pamiątkami i ubraniami, jakieś biura organizujące wycieczki, biuro linii lotniczych, poczta, kafejka internetowa, targ. I to tyle w sumie miasta. 

No i po drodze, w okolicach przystani, natykam się na pierwsze moai. Tyle że te akurat są bardzo zniszczone - rysy twarzy mocno rozmyte, brakuje nosów. Ale w ogóle posągów na wyspie jest całkiem sporo. Tu, na przestrzeni może kilometra jest 5 platform z moai, tzw. ahu. Bo moai nie stoją ot tak sobie po prostu gdziekolwiek, tylko zawsze na specjalnych platformach - czymś w rodzaju ołtarzy, które się nazywają ahu.

Przejechaliśmy jeszcze obok cmentarza, który jest po prostu śliczny: pełen kolorowych kwiatów, zupełnie wesoły - polinezyjski.

Płacę za nocleg sporym pliczkiem pieniędzy, które uprzednio wyjąłem z bankomatu w Santiago. Na szczęście teraz są już i tutaj bankomaty - mój przewodnik Lonely Planet (sprzed chyba dwóch lat) twierdzi, że jest tylko jeden i to wyłącznie na Mastercard, ale to już nieprawda. I dobrze, bo nie mam tej gotówki wystarczająco dużo, bo tu ceny jedzenia w sklepie nieco przekroczyły moje wyobrażenia o tym, jak może być drogo.
Zdarza się, że po podłodze mojego pokoju czasem biegają malutkie jaszczurki, więc nie mieszkam przynajmniej zupełnie sam. A jaszczurka jest miejscowym symbolem szczęścia. W paszporcie pojawia mi się pieczątka Rapa Nui, co jest bardzo sympatyczne, bo jednak fakt, że Wyspa Wielkanocna to po prostu Chile jest zupełnie bez sensu. 

Tak czy inaczej po tradycyjnym zakwaterowaniu się, rozpakowaniu i zamknięciu paszportu w sejfie, idę na spacer.

Przy cmentarzu skręcam w prawo, do miejsca, które się nazywa Ahu Tahai, ale właściwie są tam aż trzy ahu. Każde z nich wygląda jak ułożone w kształt długiej niskiej platformy czarne okrągłe kamienie, zarośnięte trawą. Czasem są bardziej zniszczone, wtedy wyglądają bardziej niekształtnie i jest więcej trawy, a czasem są odrestaurowane, i wtedy kamienie są równo poukładane, a i trawy mniej.
Ahu Tahai jest położone jakieś 300 metrów od mojego pensjonatu, więc niedaleko. Na pierwszym ahu stoi sobie aż pięć moai, na drugim jeden, a na trzecim też jeden, ale za to w czerwonej czapeczce (pukao). To wszystko oczywiście na samym brzegu Pacyfiku. 

Każdy wie, jak wyglądają moai, bo widzieliśmy je na tysiącach zdjęć - to figury ludzkie o nienaturalnie wielkich podłużnych twarzach, z długimi uszami, wydatnymi nosami, wielkimi pustymi oczodołami i często w wesołych czerwonych walcowatych czapeczkach. Mierzą zwykle jakieś 5-8 metrów.

Moai robią duże wrażenie. Wszędzie tabliczki, że to park narodowy i żeby na nic nie wchodzić i niczego nie dotykać, ale nie ma sznurków, a tabliczki jakoś są tak ustawione, że nie przeszkadzają i nie psują efektu. Można podejść całkiem blisko ahu i podziwiać kilkumetrowe figury stojąc niemalże u ich stóp. Ich kamienny spokój jest przejmujący. 

Wyspiarska metropolia

Robię trochę zdjęć i idę przejść się po mieście. Wydawało mi się, że to miasto jest małe, ale spędziłem ładnych kilka godzin na tym spacerze, co znaczy między innymi, że tej wyspy nie da się chyba ot tak obejść sobie na piechotę. 

Jest dość gorąco. Temperatura tu chyba jest w tej chwili w okolicach dwudziestu kilku stopni, ale mało gdzie jest cień, więc słońce pracuje dość intensywnie.

Miasteczko, choć nieduże, jest zupełnie sympatyczne. Sporo turystów, ale sporo też ludzi, którzy tu żyją. W tej chwili populacja wyspy to około 5000 ludzi, wszyscy raczej mieszkają gdzieś w okolicach, więc można wyobrazić sobie skalę.

Nie ma tutaj żadnych dużych sieciowych hoteli ani w ogóle wielkich obiektów. Nie ma, aczkolwiek jeden jest w budowie - to chyba pierwsza duża inwestycja tutaj, i to oczywiście kontrowersyjna. Tylko rodowici mieszkańcy wyspy mogą tu kupować ziemię, obywatele Chile teoretycznie nie. Niemniej jednak grunt pod wielki hotel został przekazany przez rząd prywatnemu inwestorowi. Wygląda na jakiś niezły szwindel, ale cóż, takie rzeczy się dzieją. Śmieszne za to, że coś, co pewnie będzie największym hotelem na wyspie jest budowane tuż obok campingu.

Dlaczego jest tylko jedno miasto na wyspie i w zasadzie wszyscy w nim mieszkają? Bo na początku XX wieku wyspa była własnością firmy wełniarskiej. Cała wyspa została zamieniona w miejsce do wypasu owiec, a rodowici mieszkańcy przesiedleni najpierw do dwóch rezerwatów, a potem do jednego. Ten jeden to obecnie Hanga Roa.

Ciekawe, że obecnie nie widziałem na wyspie ani jednej owcy.

W sobotę  po południu i w niedzielę większość rzeczy jest zamknięta. Zdecydowanie otwarte, i pełne zarówno grających jak i kibiców, było za to boisko - widać futbol jest na Wyspie Wielkanocnej równie popularny, co wszędzie indziej.

Gdzieś pod koniec tej głównej ulicy skręcam do portu - ciekawe miejsce, bo pozbawione knajp i sklepów, więc przeznaczone zupełnie dla miejscowych (przystań była jakoś bardziej turystyczna). No i znalazłem tam nowego moai, a to zawsze jeden więcej.

Znalazłem bankomat, który wypłaca pieniądze z Visy, i zorientowałem się, że słońce już prawie zachodzi. A przewodnik mówi, że koniecznie, ale to absolutnie koniecznie, trzeba doświadczyć zachodu stojąc przed moai! Więc przebiegłem praktycznie przez pół miasta do Ahu Tahai, bo to najładniejsze posągi w okolicy - było tam sporo ludzi, ale rzeczywiście, zdjęcia wyszły całkiem ładne. Jednak wielka czerwona kula tonąca w oceanie, a przed nią czarny ogromny kontur wygląda niesamowicie - choć w rzeczywistości, mam wrażenie, daje to znacznie lepszy efekt niż ten, który da się odtworzyć na zdjęciu.

Muzeum bez eksponatów

Rano udaję się do muzeum antropologicznego - zresztą to jedyne muzeum na wyspie. Jest niedziela, muzeum czynne do 12, więc trzeba się pospieszyć. Niby jakoś powinno się iść do niego w górę od Ahu Tahai, ale trochę pobłądziłem (bo nie mam mapy, poza niezbyt precyzyjną mapą w przewodniku), więc zrobiłem jakieś spore kółko po okolicznych uliczkach, zanim dotarłem na miejsce. Tu wszędzie jest pod górę, więc takie spacery są dość wyczerpujące.

Poza tym dziś deszczowo. Nie jest to jakaś intensywna ulewa - bardziej mżawka, która wysycha od razu, ale jednak pada, a to oznacza, że jest wszędzie błoto. Asfaltowe są tu tylko główne ulice w mieście, reszta dróg jest po prostu "utwardzona", czyli gdzie by nie iść, brnie się w błocie. No i jest jeszcze bardziej duszno i gorąco.

Muzeum kosztuje 1000 peso, czyli niespecjalnie dużo (6 zł), i na wstępie dostaję grubą księgę z kserówką tłumaczenia wszystkich tablic. Bo to muzeum tego rodzaju, że jest bardzo mało eksponatów, a dużo tablic z tekstem - wszystkie po hiszpańsku, więc kserówka jest niezastąpiona. Półtorej godziny, które mam do południa, akurat mi wystarczają, żeby przebrnąć przez ten bryk opowiadający o historii i kulturze Rapa Nui.

Niemniej jednak z ciekawych rzeczy można w muzeum zobaczyć moai przedstawiające kobietę (bo jednak zdecydowana większość posągów - a przynajmniej wszystkie te, które widziałem na wyspie - to mężczyźni).

Ekspozycja przybliża z grubsza historię wyspy, poczynając od wielkiej migracji polinezyjskiej (wyspa została zasiedlona gdzieś tak pomiędzy V a IX stuleciem), przez okres budowania coraz to większych i większych moai, aż po pierwsze kontakty z Europejczykami w XVIII wieku. Potem nastał okres wojen międzyklanowych, a w końcu nieuchronna europejska kolonizacja.

Ciekawe jest to, że kulturę i ludność udało się kolonizatorom wyniszczyć całkowicie mniej więcej w przeciągu 20-30 lat, i to dość późno, bo poczynając od lat 60. XIX wieku. Jakby na to nie patrzeć, to całkiem niedawno. Wyspa w połowie XIX wieku miała około 20000 mieszkańców (to 4 razy więcej niż obecnie!), a po krótkim okresie czasu - dzięki peruwiańskim handlarzom niewolników, wprowadzonej przez Europejczyków zarazie, działaniom chrześcijańskich misjonarzy i przesiedleniom ludności - na przełomie XIX i XX wieku z rodowitej ludności zostało niewiele ponad 100 osób. 

Dlatego też historia Wyspy Wielkanocnej ma tyle zagadek. Większość wiedzy była przekazywana drogą ustną, a część oczywiście dostępna tylko dla osób lepiej urodzonych. Gdy te zginęły, wiele informacji - między innymi tajemnica pisma z tabliczek rongo-rongo - zostały bezpowrotnie utracone.

Oczywiście, jak wszędzie na świecie w tego typu miejscach, tak i tu część eksponatów w muzeum to po prostu repliki - oryginały znajdują się zwykle w Europie, w miejscach takich jak Luwr albo British Museum.

Po wyjściu z muzeum i sfotografowaniu stojącego przed nim samotnego moai poszedłem w dół, nad ocean, i stwierdziłem, że przejdę się jeszcze kawałek w prawo, bo tam widać jeszcze jednego moai, koło którego jeszcze nie byłem. No i dobrze, że tam poszedłem, bo poza całkiem ładnym samotnym moai był tam jeszcze piękny widok na północną część wyspy. 

Znaczna część wybrzeża to klify, często wysokie. Pod klifami często są czarne poszarpane lawowe bloki (bo to wyspa wulkaniczna), o które rozbijają się ogromne fale z głośnym hukiem, eksplodując wielkimi fontannami. Piękny i straszny widok.  

W ogóle ocean jest tu zupełnie niesamowity. Błękitny, spokojny, bezkresny, w oddali zlewający się z niebem i chmurami. A przy brzegu - ogromne fale i huk. Mógłbym siedzieć i patrzeć na niego w nieskończoność.

Jajo człowieka-ptaka

A potem wróciłem do miasta. Tym razem przeszedłem się nad brzegiem, wzdłuż przystani, portu, w stronę wulkanu Rano Kau. Jest szlak pieszy prowadzący w górę, ale jakoś tak się złożyło, że dotarłem tam autostopem. Najpierw wojskowy samochód zatrzymał się i panowie zapytali mnie, czy aby nie trzeba mnie podwieźć, więc powiedziałem, że poproszę. Zapytali oczywiście skąd jestem, o prezydencki wypadek itd., jak wszyscy. Dowieźli mnie do jakiegoś rozwidlenia, bo potem skręcali w inną stronę, niemniej jednak nie zdążyłem przejść stu metrów, jak inny samochód się zatrzymał i podwiózł mnie aż na samą górę. I dobrze, bo zaoszczędziłem w ten sposób jakąś godzinę dość ostrego marszu po nieźle stromym podejściu.

Rano Kau robi piorunujące wrażenie. Jest położony na samym skraju wyspy, więc po jednej stronie mamy bezkresny ocean, a po drugiej - krater. Na wewnętrznych ścianach rosną małe drzewka, a w dole jest laguna - jezioro zarośnięte różnymi trawami tworzącymi małe wysepki.

Po zboczu krateru ścieżka prowadzi do Orongo - ceremonialnej wioski, funkcjonującej w ostatnim okresie istnienia oryginalnej kultury Rapa Nui (czyli aż do drugiej połowy XIX wieku). Wtedy już nie stawiano wielkich moai, za to wyznawano kult człowieka-ptaka, związanego z bogiem Makemake. Polegało to mniej więcej na tym, że gdy miał zostać wybrany nowy król wyspy, wszystkie klany zjeżdżały się do Orongo, gdzie odbywała się ceremonia. Pod wioską, blisko brzegu są tu trzy małe wysepki, na których gnieżdżą się mewy. Śmiałkowie musieli zejść po stromym klifie i na małej tratwie dopłynąć do wysepki. Ten, kto jako pierwszy zdobył jajo ptaka, zostawał nowym człowiekiem-ptakiem. Całkiem demokratyczny obyczaj.

Wioska jest zrekonstruowana - składa się z niskich chatek w znacznej mierze wykopanych w ziemi, z kamiennymi ścianami i dachem przykrytym ziemią i malutkimi drzwiczkami. W ogóle wszyscy tu mieszkali w chatkach, w których było bardzo mało miejsca. Ale z drugiej strony przez większość czasu pewnie nie siedzieli w środku, bo i po co - tu jest w końcu zawsze ciepło, chronić się trzeba tylko przed deszczem.

Na okolicznych skałach jest masa petroglifów, przedstawiających człowieka-ptaka i różne inne rzeczy, które już trudniej rozszyfrować, bo jednak są dość zniszczone.

Z powrotem wracam szlakiem Te Ara o te Ao - ze zboczy wulkanu rozciąga się wspaniała panorama na miasto i wyspę, ale przede wszystkim - na ocean. Kawałek drogi przebiega też przez las. Lasy na wyspie to nowość, bo jeszcze sto lat temu ich tu nie było. Teraz kilka miejsc jest porośniętych drzewami, ale niezbyt wiele, dlatego cień podczas spacerów jest raczej rzadkością.

Po zejściu z góry skręcam w lewo, w stronę morza i wąskimi schodkami schodzę do skalistej zatoczki, przed którą jest jaskinia - Ana Kai Tangata, pełna kolorowych rysunków naskalnych. Jaskinia nie jest bardzo głęboka, to w zasadzie taka wnęka w skale, ale za to bardzo malowniczo położona.

Wśród martwych moai

Rano na śniadanie polinezyjski naleśnik z nutellą. Naleśnik i szklanka świeżego soku daje dużo energii na cały dzień, wiadomo. Soki są tu wyjątkowo dobre, bo to mieszanki świeżych soków z różnych owoców, w tym takich nieco mniej u nas znanych, jak papaja.

Potem wybieram się na objazd wyspy z Chilijczykiem, mieszkającym tu od 19 lat. Jedziemy małym samochodem drogą idącą wzdłuż lotniska, aż do drugiego brzegu wyspy (jedyny pas startowy rozciąga się akurat na całą jej szerokość). Na początek nieodrestaurowane ahu - Vaihu.

Wszystkie moai, które obecnie stoją, zostały odrestaurowane współcześnie. Jest ich stosunkowo niewiele, bo około 40, na jakieś 1000 wszystkich moai. Większość została przewrócona w XVIII i XIX wieku. Dlaczego? Teorie są różne - albo w wyniku wojen, które przetoczyły się wtedy przez wyspę, albo po prostu dlatego, że taki wtedy był zwyczaj. W każdym razie pierwsi Europejczycy, którzy wyspę odwiedzali w XVIII i na początku XIX stulecia, widzieli jeszcze stojące posągi, ale w drugiej połowie XIX wieku żaden już się nie ostał. 

Posągi zwykle leżą nosem w dół, często są połamane, a ich wielkie czerwone dziesięciotonowe czapeczki leżą w trawie kilka metrów dalej.

Niemniej jednak platformy są dobrze zachowane i w zasadzie widać, jak to wszystko wyglądało - przede wszystkim robi wrażenie skala. Same ahu są gigantyczne, moai różnie, ale niektóre z nich są ogromne. Ahu zawsze stały przed wioską (dlatego wszystkie moai patrzą się w głąb lądu), ale z wiosek zostało zwykle znacznie mniej.

Moai ogląda się ciekawie, bo każdy jest inny. W końcu każdy reprezentował innego przodka - to były po prostu takie pośmiertnie stawiane pomniki. Tyle że żywe - przynajmniej tak wierzono. Wielkie posągi reprezentowały manę posiadaną przez klan, dlatego też podczas wojen je przewracano - miało to na celu pozbawienie przeciwników mocy. Oczywiście, o ile ta teoria jest prawdziwa.

Trochę dalej na brzegu leży Akahanga. Tu też jest okazałe ahu z przewróconymi rozbitymi posągami, ale są też pozostałości wioski. Nie ma ich wiele, bo po domach zostało w zasadzie coś w rodzaju fundamentów - powtykane w ziemię kamienne płyty z otworami tworzące obrys łodzi. Ale poza domami są tu też takie atrakcje jak kamienie z wgłębieniami, do których zbierała się deszczówka do picia i kamienne kopce przy ahu, będące grobami. 

W ogóle gdy stoję tak na brzegu, gdzie ogromne fale rozbijają się o czarne skały, eksplodując kilkumetrowymi fontannami wody, patrzę na monumentalne posągi, przewrócone, połamane, ale wciąż ogromne i rozpoznawalne, dociera do mnie w końcu, że to miejsce to cmentarzysko starożytnej cywilizacji. To bardzo przejmujące wrażenie.

Jedziemy dalej. Droga jest niby asfaltowa, ale ten asfalt ma już swoje lata i dziur jest na niej pod dostatkiem. Tyle że praktycznie wszystkie samochody, które tu jeżdżą, łącznie z naszym, to jeepy z napędem na cztery koła, więc dziury są niestraszne. Zresztą tylko główna droga jest pokryta asfaltem - gdy się gdziekolwiek zjeżdża, trafia się na zwykłą polną drogę, z rowami, dołami i błotem.

A my właśnie zjeżdżamy w stronę wulkanu Rano Raraku. Po chwili widać już moai stojące na zboczach góry.

Fabryka gigantów

Rano Raraku to najważniejsze miejsce na wyspie, bo to tu właśnie wykuto ze skały prawie wszystkie posągi. Kilka powstało w innych miejscach, bo zostały wyrzeźbione z innego budulca, ale znacząca większość - właśnie tutaj. I sporo z nich nie opuściło góry, zostało na zawsze na zboczach.

Chodzimy sobie pomiędzy wystającymi z ziemi pod różnymi kątami gigantycznymi głowami posągów. Jedno trzeba im przyznać: mają naprawdę okazałe nosy. 

Sztuka wykuwania gigantycznych kamiennych posągów jest oczywiście trudna, ale nie w niej leży problem. Bo tutejsza skała wulkaniczna jest miękka i rzeźbienie w niej nawet bez posiadania metalowych narzędzi (a na wyspie znane były tylko kamienne) nie jest takie trudne. Problemem był transport.

Powstało wiele teorii próbujących wyjaśnić, jak ważące po kilkadziesiąt ton posągi transportowano na brzeg do odpowiednich ahu; czasem było to kilkanaście kilometrów. Na początku wszyscy naukowcy opracowywali sposoby na transportowanie posągów poziomo - na różnego rodzaju rolkach. Tyle że takie rolki musiałyby być z drewna, a tu nie było drzew już znacznie przed czasami, kiedy to właśnie tworzone największe, najbardziej okazałe i monumentalne moai.
W tej chwili najpopularniejsza wydaje się być teoria spójna z przekazywaną ustnie tradycją, która mówi, że posągi po prostu schodziły ze zboczy wulkanu i szły do swojej wioski.

I prawdopodobnie tak właśnie było. Posągi transportowano w pozycji pionowej, przechylając je za pomocą lin i ciągnąc raz z jednej, raz z drugiej strony - proces podobny do tego, który jest zwykle używany do przesuwania lodówek. Dlatego też moai, które zostały na zboczach góry nie są w pełni wykończone - prawdopodobnie ich spody rzeźbiono dopiero na miejscu, gdy już wszystkie odpryski spowodowane transportem sobie spokojnie odpadły. Okazało się też, że moai wykuwane tutaj miały swego rodzaju ogony, które zapewniały im stabilność na czas transportu. Po ustawieniu na ahu oczywiście ładnie je skuwano, przerabiając ogony na nogi.

Moai, które stoją tutaj to jedne z najbardziej znanych - zwykle je się właśnie widzi na zdjęciach. A że są zwykle do połowy zakopane w ziemi, stąd wzięło się przeświadczenie, że posągi z Wyspy Wielkanocnej to głowy. Taki był po prostu proces - moai był rzeźbiony w pozycji leżącej (brzuchem do góry). Na końcu, gdy już miał długie uszy, wielki nos i wszystko co trzeba, odcinano go od skały i zsuwano do specjalnie przygotowanego dołu. Stamtąd już szedł sobie do wioski.

Wciąż są ślady tras, którymi ciągnięto posągi, a czasem też roztrzaskane moai, które nie dotarły do celu.

Ze zboczy Rano Raraku  widać też daleko na brzegu Ahu Tongariki - największe ahu na wyspie - z rzędem osiemnastu moai. 

W jednej z wnęk jest niedokończony posąg - największy moai, jaki kiedykolwiek powstał. Ma 21 metrów.  Za zakrętem jest też jeden szczególny, “zakazany” moai - Tukuturi, który kiedyś był zakopany całkowicie, ale archeolodzy wygrzebali go na powierzchnię. To klęczący moai - zupełnie inny niż wszystkie inne. Ma dość naturalne proporcje, podwinięte nogi i co najważniejsze - krótkie uszy!

Potem wąską ścieżką kierujemy się pod górę, i piaszczystym, sztucznie powiększonym uskokiem przechodzimy do wnętrza krateru. Tu była kiedyś druga fabryka posągów - prawdopodobnie dlatego, że była tu łatwo dostępna woda. Dno krateru to laguna - jest tu wielkie jezioro, które wypełnia się wodą deszczową - a to w zasadzie jedyny na tej wyspie rodzaj wody pitnej, poza oczywiście studniami głębinowymi, które nie były dawniej znane.

Tutaj, na wewnętrznych zboczach krateru również są posągi. Gdzieś w oddali widać biały namiot - tam toczą się jakieś prace archeologiczne. W wodzie odbija się niebieskie niebo. Dookoła nas żółtopomarańczowy piasek. Naokoło wysokie ściany krateru. Niesamowite miejsce.

Na Rano Raraku jest całkiem sporo turystów, jak na Wyspę Wielkanocną - po dwóch szlakach na zboczach góry szwęda się jakieś kilkanaście osób. W większości innych miejsc jest zupełnie pusto (może poza Anakeną, ale to plaża pełna tutejszych mieszkańców). Nie brakuje na wyspie turystów, wręcz przeciwnie - całe Hanga Roa jest nastawione na turystykę, i chyba 90% mieszkańców z turystyki żyje, niemniej jednak jest to wciąż po prostu odludzie, w porównaniu z jakimkolwiek chyba innym miejscem.

Schodzimy w dół i jedziemy kawałek w stronę wybrzeża, do Ahu Tongariki. Tutaj w latach 1960.  tsunami zrównało to miejsce z ziemią, rozpraszając elementy ahu i moai na dziesiątki metrów. Wszystko zostało odbudowane dzięki pomocy Japończyków - stąd też można teraz obejrzeć ogromne ahu, a na nim 15 posągów. Tylko jeden z nich ma założoną czapeczkę, bo pieniędzy nie wystarczyło, żeby dokończyć prace.

Z czapeczkami w ogóle jest tak, że prawdopodobnie nie wszystkie moai je miały - był to raczej dość późny dodatek do samej koncepcji posągów. Niemniej jednak tutaj wala się kilka czerwonych kilkunastotonowych czapeczek luzem po polu. Też ciekawy widok.

Poza rzędem piętnastu moai, z których każdy jest inny - są większe i mniejsze, starsze i nowsze, z bardziej i mniej wypukłymi nosami, z bardzo długimi uszami i takie z tylko długimi uszami. Są też takie, u których widać rzeźbienia czegoś w rodzaju tatuaży na szyjach. Prawdopodobnie kiedyś wszystkie moai miały coś takiego, tyle że jednak erozja robi swoje, a kamień, z których są zrobione, jest miękki.

Moai z Ahu Tongariki zostały zabezpieczone przed erozją, ale jak się okazuje, są to jedyne moai, które zostały poddane takim procedurom. A te trzeba powtarzać co kilkanaście lat...

Magiczny kamień i królewska plaża

Następne miejsce to Papa Vaka - wielki kilkumetrowy rysunek naskalny przedstawiający podwójne canoe, a także całą masę żółwi i ryb. W dawnych czasach wbrew pozorom mieszkańcy wyspy nie parali się na co dzień rybołóstwem - łowienie większości gatunków ryb było objęte tabu, nie można było też wypływać na połów kiedy się chciało. Tylko królewskie canoe mogło łowić sobie do woli. Petroglify są różnie zachowane, ale ten akurat jest całkiem nieźle widoczny. 

Zaraz obok wielki ogrągły magiczny kamień - Te Pito Kura. Ma podobno moc mistyczną, co było potwierdzane przez wielu specjalistów od różnorakich bioenergii, a na pewno jest magnetyczny (to łatwiej sprawdzić). Dotykam go obiema rękami - mistyczne energie zapewne przenikają mnie, ale nie powoduje to żadnych specjalnych doznań. 

Czas ruszać dalej.

I na koniec ostatnie miejsce na dzisiaj - Anakena - największa plaża wyspy (to znaczy większa z dwóch), choć i tak zupełnie mikroskopijna. Jednak wygląda prześlicznie - piaseczek koralowy jest drobny i biały, a dookoła rosną palmy kokosowe - to nowy nabytek tutaj, ale widowiskowy. Na plaży bawi się całkiem sporo ludzi, raczej głównie miejscowych. 

Anakena to ważne miejsce, bo według legendy to właśnie tutaj przypłynął pierwszy król wyspy Hotu Matua, czyli tu właśnie wylądowali pierwsi polinezyjscy osadnicy.

Przy samej plaży oczywiście mnóstwo zabytków: fundamenty ogromnego domu, który prawdopodobnie należał do króla, a także dwa ahu z odrestaurowanymi posągami. Te tutaj są szczególnie interesujące, bo wcześniej były przykryte piaskiem, dzięki czemu zachowały się w znacznie lepszym stanie niż wszystkie inne. I rzeczywiście, widać jeszcze zdobiące całe ciała moai petroglify (prawdopodobnie reprezentujące tatuaże). Tutaj odnaleziono także jedyne oko moai.

Bo moai wprawdzie współcześnie nie mają oczu, ale to nie znaczy, że zawsze były ślepe. W Rano Raraku wprawdzie nie wykuwano im oczodołów. Schodziły z wulkanu śpiąc, jak lunatycy, z zamkniętymi oczami - i ślepe docierały do swoich ahu, na brzeg. Niemniej jednak później instalowano im oczy - i wtedy dopiero budziły się, ożywały. Oczy nie przetrwały, bo były zrobione z zupełnie innego surowca - z koralowca, który jest w ogóle nieodporny na czynniki atmosferyczne.

Plaża dawniej była terenem tabu i tylko król ze swoją rodziną mogli na niej przebywać. Sprytne, bo to jednak praktycznie jedyna sensowna plaża na wyspie.

Obiad spod ziemi

Wieczorem - prawdziwy lokalny obiad, czyli umu. Umu przygotowuje się tak, że w wyłożonej kamieniami wnęce w ziemi rozpala się ogień, dzięki czemu kamienie się nagrzewają. Gdy już są bardzo, ale to bardzo gorące, wkłada się tam jedzenie, owinięte w liście bananowca - rybę, mięso, warzywa. Przykrywa się to wszystko liśćmi, zasypuje ziemią i czeka kilka godzin. W ten sposób to wszystko się piecze, czy też dusi - trudno powiedzieć.

Ja oglądam oczywiście wersję dla turystów, więc przebrani w tradycyjne stroje Polinezyjczycy wykopują jedzenie z całym ceremoniałem - śpiewając, tańcząc. Niemniej jednak umu tu się jada też normalnie, bo to wciąż tradycyjny sposób przyrządzania posiłków. Na Rapa Nui jest taki zwyczaj, że każda rodzina (a rodziny tu są rozległe) ma przydzielone jedno chrześcijańskie święto (takich świąt jest oczywiście nieco więcej niż Wielkanoc i Boże Narodzenie). I wtedy, w to właśnie święto, przygotowuje w ten sposób obiad dla całej społeczności (czyli dla 5000 ludzi). Oczywiście każdy dostaje tylko mały kawałeczek, tak bardziej symbolicznie, niemniej jednak tak to tu działa.

Jedzenie jest smaczne, choć nie jest specjalnie niezwykłe.

Potem część artystyczna, czyli tańce do lokalnej muzyki. Grupa taneczna przedstawia historię wyspy. Podobny taniec widziałem już w Centrum Kultury Polinezyjskiej na Hawajach, więc nie zaskakuje mnie to, niemniej mogę podziwiać kunszt tancerzy - są naprawdę nieźli. Poza tym ludzie tutaj uwielbiają śpiewać i tańczyć. 

W Hanga Roa jest kilka miejsc, w których bawią się mieszkańcy, w szczególności pub i dyskoteka. Ciekawostka jest taka, że pub jest otwierany o 23, a dyskoteka - o 2 nad ranem. Większość turystów o tej porze już dawno śpi, bo ciemno się tu robi o 19 i po zmroku specjalnie nie ma za wiele atrakcji, a zwykle rano trzeba wstawać, żeby wybrać się na całodzienne zwiedzanie. Niemniej jednak w pubie na przykład jest muzyka na żywo - grupa pięciu Rapanujczyków gra na gitarach i śpiewa, przed nimi tańczy kilku tancerzy, a reszta ludzi się bawi dookoła. Oczywiście leci tylko miejscowa muzyka - takie polinezyjskie country. Wszystkie utwory wydają mi się identyczne, a przynajmniej znaczące różnice między nimi mi umykają, ale co by nie mówić, muzyka jest wesoła.

Polinezyjskie Machu Picchu

Budzę się rano i tym razem biorę samochód. Tak jak większość tutejszych samochodów, tak i mój ma napęd na cztery koła i jest czymś w rodzaju jeepa. Po raz pierwszy w życiu jadę takim wielkim pojazdem, ale szybko okazuje się, że nie różni się to zupełnie od jazdy mniejszym - po prostu trochę mniej trzęsie na ogromnych wertepach i dziurach, które są tu absolutnie wszędzie.
Pierwszy mój cel to Vinapu, miejsce, gdzie są pozostałości dwóch szczególnych ahu - jedno z nich to przykład tutejszego mistrzowskiego kamieniarstwa. Miejscowi nazywają to miejsce “nasze Machu Picchu”, bo kamienie, z których zbudowane jest ahu są doskonale dopasowane i obrobione. Przed drugim z kolei stoi coś w rodzaju żeńskiego moai - czerwona kolumna o kobiecych cechach, która niegdyś miała dwie głowy i była używana jako podpórka do stelażu, na którym suszono zwłoki ludzkie.

Tyle że tak naprawdę to miejsce rozczarowuje - czerwona kolumna jest całkowicie zeżarta przez erozję i w zasadzie wygląda po prostu jak walcowaty słup - rzeźbienia są zupełnie nieczytelne. A nieodrestaurowane ahu w tym stanie to jednak dla mnie po prostu stos kamieni.

Wśród olbrzymich czerwonych purchawek

Drugi punkt programu jest znacznie ciekawszy - Puna Pau, czyli fabryka czapeczek. Szlak wije się pod górę, a na zboczach leżą wielkie czerwone walcowate pukao. Na samej górze widać krater, z którego wydobywano czerwoną skałę, jest tam też więcej niedokończonych czapeczek. Niedokończonych, bo przypuszczalnie toczono te ponaddziesięciotonowe czapki najpierw do miejsca, gdzie miały być zainstalowane na moai, a dopiero potem dokonywano finalnych szlifów rzeźbiarskich i dopasowywano je do głowy. Wiadomo - po drodze zniszczenia były nieuniknione.

Jak instalowano czapki na głowach? Nie do końca wiadomo - możliwe, że usypywano przed moai wielką górę i wtaczano po niej czapkę. Może też podnoszono moai już z czapką na głowie przy użyciu lin i specjalnie usypywanego w trakcie operacji pagórka. 

Niemniej jednak prawda jest taka, że rozrzucone po skąpanym w jasnym słonecznym świetle jaskrawo zielonym zboczu wielkie czerwone walce sprawiają wrażenie ogromnych grzybów z Krainy Czarów. 

Z Puna Pau już niedaleka droga do Ahu Akivi - jedynego ahu wybudowanego w głębi lądu. Siedem moai, które tu stoją, patrzą na morze, co jest zupełnie unikatowe w skali wyspy - bo wszystkie pozostałe stoją na brzegu i patrzą w stronę lądu, na swoją wioskę - w końcu mają się nią opiekować. Legenda głosi, że tutejsze moai reprezentują pierwszych polinezyjskich nawigatorów, którzy jeszcze przed królem Hotu Matuą dotarli na wyspę. W dniach przesileń figury są skierowane prosto na zachodzące słońce, co symbolizuje kierunek, z którego przypłynęli tu polinezyjscy osadnicy.

To ahu ma jeszcze jedną szczególną cechę - te moai mają chyba najbardziej wydatne nosy ze wszystkich. Są naprawdę wielkie. Sterczą do przodu na ponad metr. Konkretna rzecz.

Pośród bezkresu oceanu

Zostawiam samochód przy Ahu Akivi i idę wspiąć się na najwyższą górę wyspy - Maunga Terevaka. Nie ma tu oczywiście żadnego szlaku, a masyw jest dość spory i kilkakrotnie zastanawiam się, którą ścieżkę wybrać, ale jakoś to idzie. Jest potwornie gorąco, bo nie ma drzew, jest tylko dużo, dużo trawy i dość łagodne podejście.

Po drodze spotykam bardzo dużo koni. W ogóle na wyspie jest cała masa koni. Poza jednym nieprzyjemnym aspektem tej sprawy, polegającym na tym, że po prostu wszędzie trzeba omijać końskie kupy, a ich zapach jest nieodłącznym elementem spacerów po Rapa Nui, konie są zupełnie sympatyczne. Zastanawiałem się nawet, czemu jest ich tu tak dużo - bo nie wykonują żadnych prac. Na wyspie prawie nie ma rolnictwa. Ludzie czasem jeżdżą tu konno, zresztą jest dużo miejsc, do których w zasadzie tylko tak da się dotrzeć, można też sobie wynająć konia, jak się jest turystą, umie się jeździć konno i chce się na przykład objechać północno-zachodni róg wyspy, gdzie nie ma dróg ani szlaków. Niemniej jednak te wszystkie argumenty zupełnie nie usprawiedliwiają ogromnych ilości gryzących wszędzie trawę wielkich stworzeń, które jeszcze na dokładkę stanowią duże zagrożenie dla stojących tu jednak na łąkach zabytków.

Podobno jest to po prostu tak, że ludzie lubią tu konie, a ich posiadanie jest w jakimś sensie prestiżowe. No i mają też swój polityczny argument. Zdecydowana większość ziemi na Rapa Nui należy do państwa Chile. Duża część to park narodowy, a reszta to po prostu własność rządu. Miejscowa ludność oczywiście domaga się zwrotu ziemi, a konie mają być według nich argumentem przemawiającym na ich korzyść: mamy tak dużo koni, one muszą gdzieś się paść, a nie mamy ziemi, więc musicie nam ją oddać, prawda?

Tak czy inaczej spacer pod górę w upale po coraz bardziej stromym zboczu jest dość męczący, szczególnie że trwa ze dwie godziny. Rapa Nui oznacza po polinezyjsku “duża płaska”, ale taka bardzo płaska ta wyspa nie jest. Trochę powspinać się trzeba. Niemniej jednak widoki z nawiązką to rekompensują. Powoli otwiera się panorama południowej części wyspy, a za nią - widok na ocean.

Idę dalej. Wyżej nie ma już koni. W zasadzie jest tylko naprawdę dużo tęczowej trawy. Nie wiem, jak ta trawa naprawdę się nazywa, ale w słońcu błyszczy się w kolorach pomarańczowo-żółto-zielonych, przez co łąka wygląda zupełnie jak wielobarwna tęcza. Naprawdę ładny widok.

Ach, są tu też zwierzątka, a nawet całkiem sporo, tylko dużo mniej sympatyczne od koni. Ma to coś wielkość naprawdę dużego karalucha, wygląd naprawdę dużego karalucha, tylko że nie jest do końca karaluchem, bo poza tym, że zwykle sobie spokojnie lezie po ziemi, czasem zaczyna energicznie i dość wysoko podskakiwać - jak konik polny. Myślę, że historia Rapa Nui skrywa prawdziwą wersję opowieści o małposzczurze przedstawionej w "Martwicy mózgu" - z pierwszych europejskich statków, które tu przybyły, zeszły na wyspę karaluchy (których na owych statkach było na pewno pod dostatkiem), zgwałciły wszystkie koniki polne, i w ten sposób powstał koniokaraluch. 

Niemniej jednak po dłuższym czasie docieram na szczyt, oznaczony sporym okrągłym kamieniem leżącym na kupce mniejszych kamieni. Przez całą drogę nie spotkałem nikogo, tutaj też jestem zupełnie sam - to taka charakterystyczna cecha spacerów po wyspie, zresztą bardzo przyjemne przeżycie. Stąd rozpościera się widok na całe Rapa Nui, a dalej widać już tylko bezkresny błękitny ocean, który w oddali łączy się z równie błękitnym niebem. Ze wszystkich stron. Tu po prostu widać, że ziemia jest okrągła. Nie ma za wiele chmur, jest piękna pogoda, gorąco, Pacyfik skrzy się w słońcu. Z tej wysokości nie widać już ani nie słychać agresywnych ataków fal na skalisty brzeg - wszystko wygląda naprawdę spokojnie. To zupełnie niesamowity widok.

Odpoczywam chwilę na szczycie, bo też nie spieszy mi się szczególnie na dół - tu jest naprawdę ładnie. 

Podziemny świat

Po zejściu na dół jadę do Ana Te Pahu, czyli bananowej jaskini. Z początku widać tylko dół w ziemi, w którym to dole rośnie bananowy zagajnik. Zresztą nie tylko bananowce tam rosną, ale i inne tutejsze rośliny jadalne, jak taro - skalne ściany ochraniają je przed czynnikami atmosferycznymi, więc mają tu wymarzone warunki do życia. Z tego dołu, gdzieś w bananowym gąszczu można odnaleźć wejścia do dwóch podziemnych korytarzy. Wchodzę w jeden z nich. Jest oczywiście ciemno, więc włączam latarkę. Jaskinia jest dość rozległa i głęboka, a kompleks korytarzy ciągnie się na pewno na kilkaset metrów, a może i na dużo więcej. Na podłodze w wielu miejscach zbiera się woda - kiedyś wykorzystywano to jako źródło wody pitnej - jest to po prostu deszczówka przefiltrowana przez ziemię, która skapuje tu z sufitu. Co kilkadziesiąt metrów są wyjścia z jaskini, w postaci rozległych otworów w suficie - być można tam doskoczyć i wyjść, ale ja się nie podejmuję. 

Po jakimś czasie korytarz robi się nieco bardziej klaustrofobiczny, więc zawracam i zwiedzam drugą część.

Te jaskinie są naprawdę rozległe. Jest ich na wyspie dość sporo i dawniej stanowiły schronienie, szczególnie w czasach wojen; jaskini nie da się podpalić, a na wpół drewniane ciasne domy gęsto wypełnione ludźmi często spotykał ten los. Niemniej jednak musiało się tu mieszkać całkiem przyjemnie. Bardzo rozległe przestrzenie, woda, cień - zupełnie sympatyczne miejsce do mieszkania.

Wsiadam do samochodu i jadę na zachodni brzeg. Przede mną Ahu Te Peu, rozległy kompleks mieszkalny, oczywiście w totalnej ruinie oraz całkiem duże ahu, również w ruinie. Spacerując tutaj, można sobie wyobrazić, jak dawniej mogło to miejsce wyglądać. Niektóre kamienne struktury są częściowo odtworzone przez lokalnych mieszkańców - przede wszystkim są to manavai, czyli coś w rodzaju kamiennych szklarni. W sytuacji, gdy na wyspie zabrakło drzew, potrzebna była ochrona dla roślin uprawnych przed wiatrami, które tu czasem są bardzo intensywne i ulewnymi deszczami, które wszystko wypłukiwały. Otaczano więc uprawy kamiennym murem, który chronił je przed czynnikami atmosferycznymi. 

Ciekawe są też tutejsze kurniki. Kury były tu jedynym zwierzęciem hodowlanym (bo poza nimi żył tu tylko polinezyjski szczur). Żeby zabezpieczyć się przed kradzieżą, budowano kamienne konstrukcje, puste w środku, do których chowano na noc kurczaki. Żeby je wyjąć trzeba było rozmontować strukturę, a to powodowało dużo hałasu, który zwykle kogoś budził. Kilka takich kurników też jest tu odtworzonych. Poza tym są oczywiście jeszcze kamienne wgłębienia do zbierania deszczówki (zupełnie nie rozumiem, czemu były tak niesamowicie płytkie) oraz obudowane kamiennym murkiem doły, będące kuchniami służącymi do przyrządzania umu.

Inna sprawa, że tego typu miejsca wymagają dużo wyobraźni. Bo tak naprawdę wygląda to tak, że stoi się na wielkiej łące, a wszędzie dookoła są albo kupki czarnych kamieni, albo powbijane w ziemię czarne kamienie wytyczające różne kształty, a wszystko inne trzeba sobie jakoś dopowiedzieć samemu. To jak ruiny starych rzymskich miast, gdzie zostały tylko fundamenty - ma się przed sobą taką mapę, ale wersję trójwymiarową trzeba sobie już stworzyć w głowie.

Stamtąd blisko do kolejnych dwóch jaskiń - Ana Te Pora i Ana Kakenga. Z tych dwóch szczególnie ciekawa jest ta ostatnia, bo jest to dość długi i ciasny korytarz, który prowadzi do wielkiej sali, w której są dwa okna otwierające się w nabrzeżnym klifie - jedno z widokiem na ocean, a drugie z widokiem na małą skalistą wysepkę przy brzegu. 

Po zwiedzeniu tej jaskini wiem już, że nie zostanę speleologiem, ani nawet speleologiem-amatorem. Czasem trzeba się tu przeciskać przez całkiem wąskie przejścia na czworakach, żeby przejść dalej i jednak wtedy jest dla mnie już zbyt klaustrofobicznie. Niezłe jest też wejście do samej jaskini, bo prawie go z góry nie widać - to po prostu mały otwór w ziemi, do którego można się wcisnąć, i nagle okazuje się, że jest się w ciasnym skalnym korytarzyku. Strasznie dziwne to uczucie, jak się tak samemu włazi w jakąś ciemną ciasną dziurę w ziemi i w zasadzie nie wiadomo, co tam jest na dole.

Wszystkie te jaskinie to tunele lawowe i to oczywiście widać - lawa zastygając tworzy różne dziwne kształty i te naturalne rzeźby stanowią niesamowitą dekorację wnętrz. A stojąc w oknach otwierających się na morze, mając pod sobą urwisko, a na dole fale rozbijające się o skały, można też podziwiać lawowe narośla wyrzeźbione w klifie - wyglądają zupełnie fantastycznie.  

Oczywiście jaskiń jest tu znacznie więcej do zobaczenia, tyle że niektóre miejsca są trudno dostępne - jak na przykład Ana O Keke, czyli grota dziewic - jaskinia, w której przetrzymywano dziewice, żeby zapobiec zmianie ich stanu przed rytuałem w Orongo.

Wracam akurat, żeby zdążyć przed wieczorną burzą. Trzeba przyznać, że burze tutaj są widowiskowe, bo zaczynają się szybko i są istnymi oberwaniami chmury. A poza tym zwykle powodują awarie prądu.

Bo z prądem w Hanga Roa jest różnie. Co drugi wieczór zwykle przez kilka godzin go nie ma. Jest chyba klika faz, więc zwykle najpierw siada prąd w gniazdkach i połowa ulicznych latarni, po jakimś czasie pada druga połowa latarni i wtedy jest już kompletnie ciemno, a potem jakoś udaje się to wszystko naprawić. 

Tongariki o świcie

Rano budzę się o 5:30, żeby dojechać na drugi koniec wyspy, do Ahu Tongariki przed świtem. Jazda w nocy jest ciekawym przeżyciem, głównie dlatego, że tu praktycznie nie ma żadnych wskazówek. W dzień łatwo się zorientować, gdzie się jest, bo widać ocean, wulkany i wszystkie ważne miejsca, natomiast w nocy po prostu zupełnie nic nie widać. Kilka razy po drodze zastanawiałem się, czy aby już nie przejechałem miejsca, w którym powinienem się zatrzymać i nie wracam już do miasta (bo droga prowadzi mniej więcej wokół wyspy), ale okazało się, że nie. Zresztą na koniec skorzystałem ze sprytnego sposobu - daję się wyprzedzić innym ludziom i spokojnie sobie jadę za nimi.

Ahu Tongariki jest zdecydowanie najlepszym miejscem do oglądania świtów, więc jest tu nawet sporo osób (czyli tak około siedmiu). Niebo powoli robi się niebieskie, a w końcu piętnaście ogromnych posągów oświetla delikatne różowe światło słońca. To wszystko odbywa się w prawie absolutnej ciszy, pomijając oczywiście szum oceanu. Bardzo mistyczna chwila.

Stamtąd jadę jeszcze na moment do Anakeny, ale tam nie jest tak fajnie, bo wszystko jest w cieniu - słońce jest tutaj schowane za wzgórzem, więc wracam do miasta.

Niepodległe Rapa Nui

Idąc przez miasto zastanawiam się nad tym, co ta wyspa ma wspólnego z Chile. Oczywiście, ludzie mówią tu po hiszpańsku, ale miejscowi mówią jednak we własnym języku. Niemniej jednak większość z nich ubiera się inaczej, wygląda inaczej, jakoś też chyba zachowuje się inaczej. Odmienność kulturową widać od razu. Tu jest Polinezja. Poza tym, że w Santiago na każdym stoisku z suwenirami są małe moai, to jakoś nie widać wiele cech wspólnych.

Część mieszkańców myśli zresztą podobnie, bo mają tu nawet swój parlament, który nie jest póki co żadną instytucją, lecz działa na rzecz zwiększania autonomii wyspy. Sama niepodległość jest jakimś tam celem, sporo ludzi jej chce, ale jest to też rzecz wysoce kontrowersyjna, głównie z przyczyn ekonomicznych. Wyspa jest całkowicie zależna od Chile - mieszkańcy nie płacą podatków, a wszystkie usługi, takie jak edukacja, infrastruktura, są po prostu sponsorowane przez rząd. Pytanie, jak niepodległa malutka wysepka miałaby udźwignąć finansowy ciężar swojej niepodległości, pozostaje tu otwarte. Niemniej jednak wielkie plakaty przypominające o deklaracji Narodów Zjednoczonych dotyczącej dekolonizacji wiszą sobie przy siedzibie parlamentu w najlepsze.

Tajemnicza sprawa psów i anioł z dziobem

W spacerach po mieście zwykle towarzyszą mi psy. Psów jest tu dużo, podobnie jak w Valparaiso czy Santiago. Są w zasadzie wszędzie. Czasem jest to bardzo smutny widok, bo bardzo łakną ludzkiego towarzystwa - przychodzą, żeby je pogłaskać, a jak nawet się nie chce, to kładą się w pobliżu. Czasem trafia się pies, który merdając ogonem, gdy tylko na niego spojrzę, towarzyszy mi nawet przez dłuższy czas, mimo że jest cały czas atakowany przez inne, znacznie większe psiaki - widać mają tu też swoje terytoria. Ludzie lubią tu psy, ale nie traktują ich jak zwierzęta domowe. Są dostępne bezpłatne zastrzyki sterylizujące, ale nikt ich nie używa. Gdy pojawiają się szczeniaki, po prostu wyrzuca się je na dwór i tam sobie już od tego czasu mieszkają.

Tyle że psy są w sumie sympatyczne. Raz widziałem agresywnego psa, a poza tym raczej są zupełnie spokojne, mimo że są zwykle duże. To taki miejscowy koloryt.

W towarzystwie psów udaję się do miejscowego kościoła. Nie jest bardzo duży, ale jak na Hanga Roa całkiem okazały. Ciekawostka to płaskorzeźby zdobiące jego fasadę, które bezpośrednio zaczerpnięte są z lokalnej tradycji - przedstawiają żółwie, ryby, a nawet człowieka-ptaka. W środku kościoła są równie niecodzienne drewniane rzeźby - coś jakby anioł z ptasią głową, chrześcijańscy święci z polinezyjskimi tatuażami itp. Naprawdę nietypowe miejsce.  

Pępek świata

Wieczorem dołączam do innych turystów siedzących w licznych miejscowych knajpkach. Jest tu drogo, i to nie tylko w restauracjach. Jedzenie w sklepach też jest straszliwie drogie. I nie ma w tym żadnego sekretu - po prostu praktycznie wszystko jest sprowadzane, poza jednym gatunkiem piwa, Mahina, które jest produkowane właściwie dla turystów, bo mieszkańcy wolą tańsze piwa z Chile.

Czemu tu prawie nie produkuje się żywności, a ta, którą się produkuje, jest równie droga co importowana? Bo niewiele osób chce pracować w rolnictwie, bo to ciężka praca, a i koszty są wciąż dość wysokie. Poza tym społeczeństwo Rapa Nui jest w zasadzie jedną wielką rodziną, i obowiązuje tam tradycyjna zasada, że jeśli ktoś ma nadwyżkę jedzenia, powinien się z rodziną nią podzielić, a to oczywiście utrudnia mocno życie ludziom, którzy chcieliby się trudnić produkcją żywności. Podobno gdy rybacy wracają tu z połowów, przy przystani ustawiają się kolejki bliższych i dalszych członków “rodziny”, i wypada im zawsze jakąś rybkę odpalić. Tak tu już jest.

Ale mimo wszystko Polinezyjczycy to sympatyczni i weseli ludzie. No a sama wyspa - czasem Rapa Nui jest nazywana Te Pito O Te Henua, co oznacza “pępek świata”. I rzeczywiście, coś w tym jest. 

Dobrze jest tu dotrzeć, przynajmniej raz. Zdecydowanie warto. 

sobota, 17 kwietnia 2010

Pożegnanie z Ameryką

Dziś jest mój ostatni dzień w Santiago, ale też ostatni dzień w Ameryce Południowej. Jutro już następny rejon - Polinezja.

Jak było? Fajnie, ale też trochę chyba inaczej niż się spodziewałem. Myślę, że oczekiwałem, że będzie tu tak inaczej, jak inaczej jest w Afryce czy w Azji. A tu tak nie jest - przynajmniej w tej południowej części kontynentu. Jest za to zupełnie normalnie, europejsko, choć oczywiście jest trochę inaczej, i przez to może też ciekawie. Na pewno jest nieziemsko piękna przyroda i strasznie fajne stworzenia tu grasują.

Mam jeszcze trochę zaległych zdjęć, które kiedyś zapewne przejrzę i wrzucę - teraz na plażach będę miał dużo wolnego czasu ;-). Przede wszystkim z miast - z Buenos Aires i Santiago - myślę, że są ciekawe. BA jest zupełnie śliczne, a Santiago ma fantastyczne panoramy z Andami w tle.

Samo Santiago jest ładnym miastem, dość malowniczym (choć oczywiście to zupełnie inna liga niż Valparaiso), choć mi do gustu najbardziej przypadły nowoczesne rejony, bo nowa architektura jest tu na naprawdę wysokim poziomie. Niby w bryłach nie ma nic nadzwyczajnego, ot - szkło, metal - ale to wszystko naprawdę jest ciekawe. Wiele budynków na przykład osiąga efekt niesamowitej lekkości, mimo że są to wielkie wieżowce.

Jest takich kilka ciekawostek, które przewijają się przez wszystkie tutejsze miasta, ale akurat w Santiago są bardzo widoczne.

Przede wszystkim w centrum można napotkać wiele dziwacznych sklepów, typu takich, jakich u nas już od dawna nie ma. Np. przy głównym deptaku jest wielki sklep z włóczkami i nićmi. Poza tym są jakieś salony z zasłonami itp. - w zasadzie takie rodzaje towarów, które u nas już zostały całkowicie przejęte przez wielkie sieci. A tu nie, jest masa małych sklepików.

Co do sklepów, niektóre są naprawdę ciekawe, jeśli chodzi o asortyment. Podobał mi się na przykład taki sklep, całkiem spory zresztą, który sprzedawał jedynie telewizory i buty. I stały sobie tak wymieszane - wielkie telewizory i rzędy butów. No i tak to tu właśnie wygląda.


Standardowe sieci mają się dobrze, jest McDonald's, jest Burger King, jest też Starbucks. Co do McDonald'sa to skorzystałem z niego w Buenos Aires i nie wiem, czy to była magia sloganu "100% Argentinian beef", ale był całkiem dobry, trzeba przyznać :-). Tyle że jest tu dużo miejsc, które mają ceny konkurencyjne do amerykańskich fast foodów. Na przykład w Argentynie popularne są pizzerie - mają tam chyba bardzo dużo Włochów. Zresztą pizzerie mają jeszcze jedną zaletę - są czynne non stop w czasie dnia, bo reszta jadłodajni jest zamykana gdzieś o 14 i potem otwierana dopiero o 20-21, kiedy to Argentyńczycy wybierają się na obiad, co sprawia, że właśnie w okresie, gdy się człowiek robi głodny, nigdzie nic nie da się zjeść. Bez sensu.

W Chile jest jakoś lepiej i chyba wszystko jest otwarte przez większość dnia.

Komunikacja miejska jest zwykle niezła. Zresztą trzeba wiedzieć, że to w Argentynie wynaleziono autobus publiczny! Niemniej jednak sprawa rozkładów to jest zwykle jakiś dramat - po prostu ich nie ma, linii jest z 1000 (bo to przecież są wszystko wielkie metropolie), więc bez znajomości języka jest dość ciężko. Na szczęście jest jeszcze metro, które działa normalnie i jest dobrze oznaczone (tu zaznaczę, że są na świecie miasta, gdzie metro ma więcej niż jedną linię).

Pociągów dalekobieżnych w całej Ameryce Południowej nie ma (od jakichś 20 lat), wszyscy jeżdżą autobusami. Autobusy są superwygodne, siedzenia opuszczają się bardzo, i jeszcze zawsze jest taki rozkładany podnóżek, który sprawia, że nogi nie zginają się pod kątem prostym, tylko też sobie je można wygodnie ułożyć. Jeździ się więc przyjemnie, tyle że czasy przejazdu między odleglejszymi miastami to kilkadziesiąt godzin. Niemniej jednak całkiem przyjemnie się tak leży i jedzie, szczególnie mając miejsce przy oknie, bo krajobrazy są zupełnie śliczne.

Po drodze do Chile samolot leciał nad Andami, i trzeba przyznać - robiło to wrażenie. Niestety, siedziałem w środkowym rzędzie, więc widziałem ile widziałem, ale zawsze trochę.

W Santiago widać coś, co kiedyś uderzyło mnie w Hiszpanii - jest tu masa małych lokali zawierających automaty do gry (takiej hazardowej), które zwykle są okupowane przez całą masę ludzi. W większości starszych, ale nie tylko - niektórzy chyba przychodzą tam całymi rodzinami. Po prostu wszyscy na nich grają.


Wszędzie widać, że są duże różnice w poziomie życia ludzi, choć nie jest to oczywiście Afryka, i może poza Brazylią to nie rzuca się w oczy aż tak bardzo. Po prostu jest duża bieda, większa znacznie niż u nas, ale mimo wszystko dotyczy zdecydowanej mniejszości ludzi. Reszta żyje zupełnie normalnie. Może warto też wspomnieć, że w tych krajach bardzo duży procent ludzi (chyba ponad 90) żyje w miastach, więc te miasta są zupełnie normalne.

Jest bardzo dużo graffiti, i chyba we wszystkich krajach regionu dużo ma wydźwięk polityczny. W ogóle tu ludzie bardzo są zaangażowani - prawie jak u nas. Jak się z kimś zacznie gadać, to zaraz się okazuje, że rząd źle wydaje pieniądze i w ogóle jest cała masa problemów i niesprawiedliwości. I wszyscy teraz oczywiście bardzo współczują Polakom.

A, i jeszcze jedna ciekawostka - tutaj w ogóle nie ma tych wszystkich obostrzeń, które wprowadzono na lotniskach po 11/09. Czyli - nie trzeba wyjmować laptopa przy przechodzeniu przez bramkę, można sobie normalnie wnieść colę do samolotu itp. Ha! (Inna sprawa, że zwykle nie można jej wynieść, bo nie można wwozić produktów spożywczych).

piątek, 16 kwietnia 2010

Valparaiso - magia wzgórz (zdjęcia)


Przed Wami pokaźna seria zdjęć z Valparaiso. To niesamowicie malownicze miasto; prawie każde miejsce tutaj to zapierające dech w piersiach ujęcie. Wijące się po zboczach wzgórz uliczki, wszechobecne murale - bo połowa tego miasta jest po prostu namalowana, kolorowe domki, uliczne windy, fantastyczne widoki na ocean, niemal stuletnie trolejbusy - zupełnie niesamowite miejsce.

Zdjęcia są bez opisu, bo chyba dobrze opisują się same, ale dodam kilka słów komentarza. Po pierwsze psy (i koty) - na wielu zdjęciach je zobaczycie gdzieś w tle, już o nich pisałem. Po drugie - windy uliczne. Jest ich tu kilkanaście, ułatwiają dostawanie się do dzielnic położonych na wzgórzach, niektóre są bardzo stare. Po trzecie - trolejbusy. To podobno jedne z najstarszych działających na świecie trolejbusów, pamiętające lata 40. zeszłego wieku.

Valparaiso

Psiaki


Jedna ciekawa rzecz tutaj to fakt, że wszędzie jest mnóstwo psów. Oczywiście bezpańskich, wiadomo, ale jest ich po prostu pełno. I wszystkie z reguły są wielkie (małe pewnie też są, ale może się chowają nieco bardziej, i aż tak nie rzucają się w oczy). Wygląda to mniej więcej tak, że idzie się przez miasto, często w tłoku, i wymija się leżące na chodniku i śpiące w upale psy.

Bo jest ich mniej więcej tyle, jak widać na tym obrazku.



Niektóre, jak widać, mają nawet swoje norki.



Inne śpią często na kartonach, żeby było im wygodniej, razem z bezdomnymi.

A poza tym, poza centrum i tłumem, są też wszędzie. Nie są jakieś szczególnie agresywne - w zasadzie z reguły nie zwracają uwagi na ludzi (w przeciwieństwie do psów pozamykanych w ogródkach, za furtkami, które szczekają niemiłosiernie). Raz widziałem, jak jakiś taki dziki psiak usiłował komuś zabrać kanapkę, a poza tym jest zupełnie spokojnie.

To taki lokalny koloryt.



Viña del Mar - zdjęcia

Viña del Mar to takie spokojne miejsce z dużą plażą w okolicach Valparaiso. Jest tam fajne muzeum z różnymi rzeczami z Wyspy Wielkanocnej, ale akurat zamknięte. A poza tym jest plaża, zamek, plaża, dużo plaży i ocean. No i ładny zachód słońca, ale on był w poprzednim wpisie.

Zdjęcia z Viña del Mar:

Viña del Mar

Sześć czerwonych oceanów

Ja wiem, że nie ma nic bardziej ogranego od zachodu słońca nad morzem, ale jak się jest już na tym zachodnim wybrzeżu kontynentu i obok jest ocean, to co zrobić... On jednak, mimo całej swojej kiczowatości, są po prostu strasznie ładne - te zachody.






czwartek, 15 kwietnia 2010

Terakotowi wojownicy z... Chile

Taki krótki przerywnik. W Santiago można sobie właśnie obejrzeć terakotowych wojowników. Jak stwierdził Michał, pewnie uciekli z Chin, szukając azylu politycznego. Tak czy inaczej, gdyby ktoś chciał wybierać się np. do Xi'anu, żeby obejrzeć teraktową armię, to mówię wam: nie ma sensu. No bo po co, jak można to samo zobaczyć w Chile.




Pierwsze moai!

Po paru dniach dość spokojnego pobytu w Santiago w końcu trafiłem do Valparaiso. No i dobrze, bo to zupełnie niesamowite miejsce - w dziedzinie miast położonych na wzgórzach to absolutna rewelacja. Kręte uliczki, kolorowe domki, mnóstwo murali, windy uliczne, piękne widoki na ocean - niezwykle to wszystko urocze i malownicze. Zrobiłem bardzo dużo zdjęć, ale wcześniej coś przekombinowałem z ustawieniami, zapomniałem poprawić, no i cóż ;-). Zdarza się, coś tam pewnie da się uratować.

Niemniej jednak dziś widziałem pierwsze prawdziwe moai! Wprawdzie nie w naturalnym środowisku, a w muzeum (czy raczej przed muzeum), ale jednak! Moai, prosto z Wyspy Wielkanocnej, wygląda tak:






wtorek, 13 kwietnia 2010

Montevideo (zdjęcia)



Zdjęcia z Montevideo są tutaj.

Jak to jest, gdy jest jesień wiosną

Dla tych wszystkich z Was, którzy cieszą się wiosną, kilka obrazków stąd. Bo tu jest mniej więcej tak:





Kolorowo, prawda?

W delcie rzeki Parana

Tigre to niespecjalnie duże miasteczko będące praktycznie przedmieściem Buenos Aires (jakieś 30 km od miasta). Samo w sobie nie jest może bardzo ciekawe, ale jest bramą do wodnego świata delty.

Ogromny nieco bagienny obszar, poprzecinany wąskimi rzeczkami i kanałami, jest całkiem gęsto zaludniony. Nie ma tu dróg, jedyna komunikacja odbywa się na wodzie. Niemniej jednak kursują tu publiczne łodziobusy, więc przemieszczać się można całkiem sprawnie. Są też wodne taksówki i wszystko, co sobie w takim miejscu można wyobrazić. Na niezliczonych wysepkach jest mnóstwo domków; wszystkie - również np. kościoły - są na palach, bo poziom wody czasem się zmienia. Niektóre z tych domków to prawdziwe pałace, inne bardziej przypominają szałasy; część to hotele, ośrodki wypoczynkowe i różnego rodzaju kluby, ale większość to po prostu domy ludzi, którzy tu mieszkają na stałe.

Swoją drogą zastanawiam się, co można robić, mieszkając w takim rejonie. "Dojazd" do pracy gdzieś w miejskich rejonach zajmuje sporo czasu, ale jest możliwy, natomiast na miejscu? Część ludzi zajmuje się oczywiście prowadzeniem knajp, hodowlą pszczół, czy też opiekowaniem się domami weekendowymi należącymi do ludzi z Buenos Aires, ale reszta? Nie mam zielonego pojęcia.

Jedno jest pewne - na pewno mieszkający tu ludzie nie zajmują się swoimi psami, bo po wyspach wałęsają się hordy dzikich psiaków. Po niektórych rejonach można sobie pospacerować, bo jest dużo ścieżek i łączących wysepki mostków, ale trzeba liczyć się z tym, że zaraz przyczepia się do każdego spacerowicza kilka psów, i ich liczba z reguły z czasem się powiększa. Raz na jakiś czas spotyka się inne psy i wtedy nieuchronnie jest mnóstwo głośnego szczekania. No i nie daj boże wyjąć herbatnika - wtedy psy już nie dadzą spokoju.

I jeszcze jedna ciekawostka o Tigre - prowadzą do niego dwie równoległe linie kolejowe; pociągi przyjeżdżają na dwie różne stacje, oddalone od siebie o jakieś 500 metrów. Tyle że jeden jest droższy, drugi tańszy.

Trochę zdjęć z delty tutaj.

Tigre i delta Rio Parana

piątek, 9 kwietnia 2010

Rio

Więcej zdjęć z Rio w dwóch paczkach.

Zdjęcia różne i dobrane dość losowo są tutaj:

Rio de Janeiro

A zdjęcia graffitti dla fanów murali są tutaj:

Graffitti latino

Jak ktoś z Was ma pomysł, co przedstawiają obrazki na murach, to proszę wpisać w komentarzach do zdjęć :-).

czwartek, 8 kwietnia 2010

Homeless Central


W Montevideo jest wielki dworzec kolejowy: Estación Central de Ferrocarril General Artigas. Budynek z końca XIX wieku robi wrażenie - to wielki, zdobiony dworzec halowy na miarę stolicy. Jest to zresztą zabytek. Tyle że dworzec od kilkudziesięciu lat stoi zupełnie nieużywany. Tzn. jest używany, ale przez bezdomnych, dla których jest wielką, i - trzeba przyznać - wystawną sypialnią.

Więcej zdjęć po kliknięciu.

Estación Central de Ferrocarril General Artigas

Królestwo wołowiny i czemu trzeba mieć zawsze przy sobie termosik


Argentyna (i Urugwaj zresztą też) to dla prawdziwego mięsożercy wymarzone miejsce, bo chyba wszyscy tu jedzą non stop tony wołowiny. Stek, jak już pisałem, jest znakomity, ale to powszechne danie. Na każdym kroku jest tu jakaś parilla, czyli taka knajpa z grillem, gdzie można zjeść sobie do woli każdego rodzaju mięsa (w tym steki), i te knajpy cieszą się powodzeniem - np. dziewczyny mające przed sobą ogromne kotleciska są tu na porządku dziennym :).



Steki nie są takie bardzo tanie (tzn. nie wiem, może i są poza turystycznymi rejonami, ale jakoś trudno mi w takie trafić), ale jednak znacznie tańsze niż u nas. Co ciekawe, można też trafić na takie grillowe fastfoody - spróbowałem, a jakże. Sporych rozmiarów stek (może nie idealny, ale zdecydowanie wciąż jeden z lepszych, jakie jadłem) plus ogromna sałatka z rucoli, pomidorków i innych wesołych rzeczy plus cola plus jakieś sosiki, pesto itp. zamyka się wtedy w cenie około 20 zł, co jest raczej dobrą inwestycją.


Ale to i tak nic. W Urugwaju popularna jest kanapka ze stekiem - chivito. Stek nie jest mały - zwykle to taki kotlet wielkości twarzy, cienki bo cienki, ale upchnięty potem do bułki, złożony na pół. Smażony oczywiście na poczekaniu na grillu, a jakże. Tyle że to nie koniec. Bo w chivito jest jeszcze szynka - i to nie jeden plaster, ale zwykle kilka, boczek - a jakże, czemu by nie, i ser żółty - też raczej na grubo, spora porcja. Do tego mieści się tam jeszcze jakaś sałata, pomidory, wielkie marynowane grzyby plus jakieś ostre lub mniej ostre sosy przypominające pesto. Porcja mięsa taka, że spokojnie starcza na długo.


A co piją Urugwajczycy i Argentyńczy? Oczywiście yerba mate. To jest zupełnie niesamowite zjawisko, bo masa ludzi tutaj ma chyba zawsze przy sobie mate (czyli ten owoc, w którym się pije yerbę) i termosik. Termosik to w ogóle nieodzowna rzecz. Tym z Was, którzy rzadziej pijają yerbę wyjaśnię, że to jest tak, że pije się ją z wydrążonego wysuszonego owoca, do którego wpycha się masę suchych liści, tak że nie mieści się już tam wiele wody. Dlatego termosik jest niezbędny, bo trzeba sobie cały czas ciepłą wodę (80 stopni) dolewać. No i cała masa ludzi tutaj popyla po ulicach z termosikami i mate w ręku - to widok zupełnie normalny.


Picie yerby to w ogóle taka towarzyska atrakcja, bo w grupie zwykle jest jedno mate i jedna bombilla (metalowa rurka z filtrem). Ktoś przyrządza yerbę, a potem wszyscy po kolei sobie ją piją (tzn. za każdym razem oczywiście trzeba dolewać wody). Dlatego też podobno w Argentynie w biurach nie wolno pracownikom pić yerby. Kawę, herbatę - owszem, ale yerby nie. Właśnie dlatego, że wtedy zawsze np. na spotkaniu ktoś by ją cały czas zalewał, i by na to schodziło za dużo czasu.

Przy okazji okazało się też, że można sobie yerbę pić ze skorupek różnych owoców (wtedy ma trochę inny smak). Dla mnie w ogóle przy tych upałach yerba zalewana gorącą wodą w ogóle nie gasi pragnienia (nic dziwnego, że oni w kółko ją piją), no ale działa pobudzająco. Podobno w Paragwaju zalewają sobie yerbę zimnym sokiem pomarańczowym, i wtedy też naciąga (bo zimna woda raczej nie naciąga).

Takie to dziwności tu się wyprawia. Niesamowite.

Jesień w Urugwaju


Ostatnio, jak dobrze pamiętam, skończyłem na Buenos Aires. A że teraz właśnie tam wracam promem płynącym 200 km przez Rio de la Plata, mając do dyspozycji gniazdko i wifi, w miejscu, gdzie nie widać żadnego z brzegów, to napiszę, jak to tam było.

Buenos Aires, czy też - jak tu wszędzie jest ono nazwane - Capital Federal - to wielkie i bardzo europejskie miasto. Argentyna jest dużo bardziej europejska niż Brazylia, no i też dużo spokojniejsza. BA w zasadzie mogłoby być Madrytem czy Paryżem - wygląda podobnie.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy w drodze z dworca autobusowego było metro, które jest absolutnie śliczne, bo na niektórych liniach jeżdżą takie stare śliczne drewniane wagony z drewnianymi siedzeniami i fajowymi lampkami, w których są otwarte okna i można sobie przez nie wyglądać w tunelu. To, że są drewniane, nie przeszkadza, żeby oczywiście w całym metrze był zasięg sieci komórkowej, oraz - uwaga - wi-fi (dostępne i na stacjach, i w czasie jazdy).

BA ma bardzo ładną architekturę i w ogóle jest sympatycznym miejscem. Ludzie też są tu sympatyczni, chyba bardziej otwarci niż Brazylijczycy, no i jakoś więcej osób zna angielski, co pomaga, jak się nie zna hiszpańskiego. No i strasznie dużo z nich ma takie śmieszne hiszpańskie bródki, co robi wrażenie, jakby wszyscy przed chwilą wybiegli z planu Princess Bride. Niesamowite.

Inna sprawa, że było tam jakoś niewiarygodnie dużo turystów; może to dlatego, że to okres świąteczny, sam nie wiem.

Trafiłem też na dość ciekawe miejsce noclegowe - hostel mieszczący się w starej, pięciopiętrowej kamienicy ze studnią pośrodku. Na dachu był taras, na którym sobie można było posiedzieć, posłuchać muzyki (a leciały np. Freebird i Santeria, tylko brakowało plastikowej gitary ;-)). Ale najfajniejsza była stara winda z podwójnymi metalowymi harmonijkowymi - zupełnie steampunkowymi - drzwiami. Tylko jak dla mnie, trochę za dużo tam komarów - nie w windzie, ale w ogóle wszędzie. Nie przeszkadzało im zupełnie, że to centrum miasta, były wielkie i strasznie gryzły.

Jedna niesamowita rzecz w BA to cmentarz Recoleta - takie argentyńskie Powązki, na których leżą wszyscy zasłużeni dla kraju - Evita itp. Wyobraźcie sobie coś, co wygląda jak małe średniowieczne miasteczko, z wąskimi brukowanymi uliczkami i ciasno ściśniętymi domkami, tyle że te domki to krypty i mauzolea. Nie ma tam żadnego normalnego grobu, są same mauzolea, i jest to naprawdę rozległy obszar. Niesamowita nekropolia.

Tak czy inaczej z Buenos wybrałem się na krótką wycieczkę do Urugwaju. Przepłynąłem promem do leżącego po drugiej stronie Rio de la Plata miasteczka Colonia del Sacramento. Swoją drogą Rio de la Plata to niezła rzeka, bo wszyscy to nazywają rzeką, ale na tym odcinku to jest estuarium (dzięki, Michał ;-)), więc w zasadzie bardziej to już przypomina morze - drugiego brzegu zdecydowanie nie widać, bo to dużo za daleko. Za to brązowa mętna woda i pływające wszędzie różne kawałki gałęzi jakoś z rzeką się kojarzą.

Urugwaj to taki spokojny kraj, mały jak na warunki południowoamerykańskie, ale jak na europejskie to już wcale nie, który jest europejski do bólu. Wszyscy tu są biali, miasta wyglądają jak u nas, jest względnie czysto, raczej spokojnie i bezpiecznie i w ogóle trochę nijak. Sama Colonia ma śliczne stare miasto - ładne kolonialne uliczki, promenada nadrzeczna z białą balustradą i żółtymi latarniami, masa knajpek, kolonialnych domków, malownicza latarnia morska - wręcz idealne miejsce do sennych spacerów w święta.

Tyle że to, co się rzuca tu w oczy najbardziej, to nieuchronnie nadciągająca jesień. Robi się chłodno wieczorami (tzn. temperatura spada wyraźnie poniżej 20 stopni), wszędzie leżą żółte liście, wieje chłodny wiatr. Widać, że czas uciekać dalej, bo jesień depcze mi po piętach.

Śmieszna rzecz tam to "system muzeów", który polega na tym, że kupuje się jeden (raczej tani) bilet na chyba 8 muzeów. Tyle że każde z tych muzeów to mały domek, w którym są 2 pokoje, w których wisi np. 15 kafelków, i już mamy Muzeum Kafelków. Niemniej jednak sympatycznie się biega po miasteczku i zbiera kolejne pieczątki. No i m.in. można obejrzeć sobie szkielet płetwala błękitnego stojący ni stąd ni zowąd w ogródku.

Potem autobus do Montevideo, stolicy Urugwaju. To duże miasto, z dość malowniczo położoną starówką - na cyplu na rzece (a może to już ocean?). Niemniej jednak mi się wydało po prostu nudne.

Czas tu jakby zastygł w miejscu lata temu. Masa miejsc - knajp, sklepów, ulic - wygląda, jakby nie uległa zmianie gdzieś od lat siedemdziesiątych. W powszechnym użyciu są kasy z takimi kręcącymi się cyferkami. Dużo jest też wszelkiego rodzaju zakładów rzemieślniczych - krawców, wszelakich napraw itp.

Jeśli chodzi o pomniki i nazwy, to sprawa w Urugwaju jest prosta: praktycznie każdy pomnik przedstawia José Gervasio Artigasa. To urugwajski bohater narodowy, który wywalczył niepodległość tego kraju. Niemniej jednak prawie każda instytucja ma przed swoim budynkiem jego pomnik, a często też jego nazwisko w nazwie.

Poza tym z ciekawych rzeczy w Urugwaju są całkiem smaczne truskawki. Ale o jedzeniu napiszę jakoś innym razem.

środa, 7 kwietnia 2010

Trochę zieleni, czyli ogród w Rio

Trochę zaczynam ogarniać zdjęcia, ale idzie powoli. Na początek - ogród botaniczny w Rio. Bo jest zielony i bardzo, bardzo ładny. Poza tym lubię ogrody botaniczne.

Jardim Botanico

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Naprawdę dużo wody, czyli Itaipu na zdjęciach


Tama Itaipu - druga co do wielkości na świecie to konstrukcja, która zdecydowanie robi wrażenie. W cieniu tego monumentalnego betonowego tworu zdecydowanie ma się wrażenie, jakby było się na planie filmu sf.

Itaipu, co w języku Indian Guarani oznacza "śpiew kamieni", to konstrukcja międzynarodowa, zbudowana przez Brazylię i Paragwaj, zarządzana przez ponadnarodową korporację. W zasadzie cały Paragwaj i 1/5 Brazylii są zasilane z tej właśnie elektrowni. Granica między tymi krajami przebiega gdzieś w połowie tamy.

Zdjęcia po kliknięciu.

Itaipu

sobota, 3 kwietnia 2010

Wodospady Iguaçu na zdjęciach

Oto i zdjęcia.

Cataratas do Iguaçu

Trzy kraje

Trochę zdjęć z miejsca, w którym łączą się 3 kraje.


Rzeka poprzeczna to Iguazu, oddzielająca Argentynę (bliżej) od Brazylii (na drugim brzegu). Rzeka pionowa to Parana - po jej lewej stronie leży Paragwaj.


W oddali miasto Ciudad del Este (w którym oczywiście nie byłem).


To oczywiście miejsce bardzo turystyczne, więc Indianie Guarani sprzedają tu swoje wyroby.


A dzieci sprzedają trawę wyrwaną z korzeniami.


(Tak naprawdę to orchidee).


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...