piątek, 26 marca 2010

Trzy dni w cidade maravilhosa

Muszę pisać, bo niedługo będzie za dużo do nadrobienia. Najwyższa pora więc na parę słów o mojej wizycie w Styczniowej Rzece (bo tyle właśnie znaczy Rio de Janeiro - nazwa została zresztą nadana przez pomyłkę, bo miasto leży nad zatoką, a nie nad rzeką).


W Rio posiedziałem sobie trzy dni, i to oczywiście jest o jakieś trzy tygodnie za mało, żeby zobaczyć wszystkie podstawowe rzeczy, które tam zobaczyć koniecznie trzeba. Cóż, pewnie tam wrócę, bo to naprawdę sympatyczne miejsce. Niby wielkie miasto, ale podzielone górami i zatokami tak, że każda dzielnica jest osobno i jest zwykle trochę inna.


Pierwsze wrażenie z Ameryki Południowej jest bardzo pozytywne. Część z Was pyta się, czy Brazylia to trzeci świat. Trudno powiedzieć - widać duże rozwarstwienie społeczeństwa - są favele, wiadomo. Ale generalnie infrastruktura miejska jest na wysokim poziomie i jest wciąż rozwijana. Drogi są nie gorsze niż u nas (raczej też nie lepsze). Metro działa sprawnie, i pomiędzy stacjami jest zasięg sieci komórkowej (zaczynam mieć wrażenie, że tylko w Europie tak nie jest). Autobusy są zupełnie w porządku. Internet jest dostępny praktycznie wszędzie. Ceny są podobne jak w Polsce - przynajmniej jeśli chodzi o przejazdy, noclegi, jedzenie, picie itd.

To, co mi się rzuciło w oczy na początek, to zróżnicowanie rasowe: jest tu kompletny miks, i na dokładkę ludzie wyraźnie nie dzielą się rasowo tak jak ma to miejsce w innych krajach, nawet w USA.


Z bezpieczeństwem jest chyba średnio. Mi tam się nic nie stało, ale dużo się o tym mówi, pisze, i wszyscy cały czas uprzedzają, żeby poruszać się tylko po określonych rejonach. Co ciekawe, poza ogólnie bezpiecznymi dzielnicami (hmm, jest taka jedna - Ipanema), są takie, gdzie można chodzić za dnia, takie, gdzie można chodzić tylko wieczorem, takie, gdzie można chodzić tylko w dni powszednie, i takie, gdzie w zasadzie jest sens pojawiać się wyłącznie w weekendy. Niby skomplikowane, ale da się z tym żyć - ja nie byłem w Rio w weekend, więc część zwiedzania mi w naturalny sposób odpadła.


Plaże są absolutnie rewelacyjne - duże, niespecjalnie zatłoczone i bardzo ładne. Są też czyste, mimo że ogólnie o mieście trudno byłoby to powiedzieć. Po zmroku plaża w Ipanemie zamienia się w serię boisk - też ciekawe. Każda dzielnica ma swoją plażę i każda jest nieco inna. Ludzie nie ubierają się jakoś przesadnie, ale raczej zawsze zachowują styl.


Jedzenie jest chyba dobre, bo wszystko co jadłem było dobre, choć nie nastawiałem się na jakieś specjalne poszukiwania kulinarne, a raczej na rzeczy tanie. Pije się tu dużo soków - wszędzie są knajpy o wymyślnych nazwach jak Supersucos, Megasucos, Riosucos itd., więc wybór jest duży. Soki są oczywiście świeże, ale dla mnie najfajniejsza rzecz to agua de coco, czyli sok z kokosa (na zdjęciu) - pity często prosto z owoca. To najbardziej orzeźwiająca rzecz w tej temperaturze.

Jest dość gorąco - 30 do 35 stopni - da się wytrzymać, ale chyba jeszcze parę dni zajmie mi przystosowanie się do tych temperatur po naszej fantastycznej zimie. Póki co cały czas jest słonecznie i ładnie, niemniej jednak dość szybko się na razie męczę w tej temperaturze, i bieganie 20 godzin po mieście raczej nie wchodziło w grę.


Rio jest bardzo zielone - wszędzie pełno palm, bambusów, drzew, a Jardim Botanico jest absolutnie fantastycznym parkiem. Wszędzie są górki, tunele, zatoczki, no i wielki Cristo Redemptor patrzy z góry (obecnie niestety otoczony rusztowaniami). Są miejsca spokojne, jak malownicza Urca, prestiżowo-ekskluzywne jak Ipanema, rozrywkowe jak Copacabana i zupełnie wielkomiejskie - jak Centro pełne wielkich pałaców i nowoczesnych wieżowców, a także - niestety - śmieci. Poza tym są jeszcze oczywiście favele.


Oczywiście kiedyś będzie pora na sporo zdjęć z Rio, ale na razie jest tylko tych kilka, bo akurat jestem w miejscu, gdzie internet jest niezbyt prędki.

2 komentarze:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...