środa, 31 marca 2010

São Paulo

Na São Paulo miałem tak mniej więcej 24h, a szkoda, bo to jest fajne miejsce. Na początek dopadła mnie burza. Tutaj deszcze są dwóch rodzajów: albo ich nie ma, albo są takie, że można nawet stać pod daszkiem, ale to i tak nic nie pomoże - i tak będzie się przemoczonym kompletnie. Tyle że jest tak gorąco, że gdy deszcz się skończy, nie potrzeba dużo czasu, żeby wyschnąć.



Potem sobie pobiegałem - choć oczywiście wiadomo, że jak miasto ma 20 mln mieszkańców i jest jednym z największych, najszybciej rozwijających się i najbogatszych miast na świecie, to trudno wszystko wybiegać w ciągu jednego dnia. Za to znalazłem miejsce, które wygląda zupełnie jak Warszawa:



Są też palmy, więc wielkiej różnicy nie ma.


A poza tym jest normalnie - fajna architektura, dużo wieżowców, centrum brudne i pełne śpiących wszędzie bezdomnych, ale inne rejony - sympatyczne.



Acha, można też tam spotkać konie.


Przy okazji w SP znalazłem jeden z najfajniejszych hosteli, w jakich byłem kiedykolwiek - Oco. Gdyby ktoś się chciał do tego miasta wybierać, to zdecydowanie polecam. Niesamowicie sympatyczne miejsce.


São Paulo - zdjęcia

Trochę zdjęć:

São Paulo

Droga do São Paulo - obrazki przez szybę

Droga do Sao Paulo to 6 godzin w autobusie, ale trzeba przyznać, że autobusy międzymiastowe w Brazylii są naprawdę komfortowe. Klimatyzacja, dużo miejsca, świetnie rozkładany fotel, rozsądnie częste postoje - to wszystko sprawia, że jedzie się przyjemnie. Na niektórych przystankach jest wifi, więc można sprawdzić pocztę. No i można sobie coś przekąsić - mi przypadła do gustu coxinha, czyli taki jakby pieróg nadziewany ostro przyprawionym mięsem.

A poza tym są też widoki - plaże, góry, plaże widziane z gór, miasteczka nadmorskie, jeziora. Ładnie tu. Kilka obrazków z okna poniżej.



sobota, 27 marca 2010

Central do Brasil

Tytuł nawiązuje oczywiście do filmu (którego nie widziałem). Central do Brasil to główna stacja kolejowa w Rio de Janeiro. Obsługuje obecnie połączenia podmiejskie, bo w Brazylii od lat 1990. nie ma kolejowych połączeń dalekobieżnych (ha, połączeń nie ma, a i tak wpis o kolejach jest!).



Ale to taki pretekst do pokazania, jak wyglądają Brazylijczycy. Bo wiadomo, najlepiej widać ich w tłumie. Na przykład gdy czekają na autobus w cieniu. Lubię to zdjęcie, bo ten cień jest na nim bardzo symboliczny.


Ale czasem nie potrzeba tłumu. Wystarczy pies.


A czasem i bez psa jest dobrze.

Brazylia z innego czasu

Po Brazylii można poruszać się głównie autobusami albo samolotami. Pociągów nie ma, odległości są duże. Autobusy są wygodne, tylko że - wiadomo - nie jeżdżą zbyt szybko. Za to można oglądać krajobrazy, co akurat jest ważne, bo krajobrazy są przepiękne.

Na początku nie jest dobrze, bo przedmieścia Rio wyglądają wyjątkowo obskurnie - ale w pewnym sensie są podobne do przedmieść naszych miast, z tym, że zawierają jeszcze slumsy. Niemniej jednak po jakimś czasie wyjeżdżamy z miasta i od razu jest ciekawiej.

Wyobraźcie sobie zielone wzgórza - trochę jak w Kalifornia, pomiędzy którymi wije się droga. W tle - wysokie góry, niebieskie, odległe. A po lewej - ocean i majaczące we mgle wyspy. I zatoczki - ze wspaniałymi plażami, porośnięte lasem deszczowym, a czasem w nich malownicze miasteczka (przynajmniej z dużej odległości, bo z bliska pewnie wyglądają dość obskurnie). Droga wije się, idzie w górę lub w dół, czasem przykrywa ją bambusowo-palmowy las, innym razem odsłania się piękna panorama.

Autobusy mają chyba jakiś rozkład jazdy, ale nie jest on szczególnie dobrze przestrzegany (choć odjazd z Rio był punktualnie). Trasa miała zająć 4 godzny, zabrała prawie 6. Kierowca co jakiś czas zatrzymywał się w najdziwniejszych miejscach i brał od różnych dzieci tajemnicze paczuszki, coś im za nie płacąc. Czasem też brał dodatkowych pasażerów, żeby sobie z nimi pogadać. To trochę spowalniało.

Niemniej jednak w końcu dotarliśmy do celu - urokliwego miasteczka Paraty. Centro historico pozbawione ruchu samochodowego, niskie białe budynki, dorożki, uliczki brukowane wielkimi kamieniami, po których się wyjątkowo trudno chodzi, mało ludzi, hostel tuż koło plaży - tak, że wifi jest dostępne na plaży. Piękne miejsce. Jakby zatrzymane w czasie.

W sam raz na odpoczynek przed prawdziwym molochem - Sao Paulo.

A na koniec kilka zdjęć z Paraty.

Główny plac Centro historico

Bruk. Naprawdę niewygodnie się po nim chodzi.

Samochodami tu naprawdę nie można wjeżdżać.

Rzeka.

Plaża z wifi.

piątek, 26 marca 2010

Trzy dni w cidade maravilhosa

Muszę pisać, bo niedługo będzie za dużo do nadrobienia. Najwyższa pora więc na parę słów o mojej wizycie w Styczniowej Rzece (bo tyle właśnie znaczy Rio de Janeiro - nazwa została zresztą nadana przez pomyłkę, bo miasto leży nad zatoką, a nie nad rzeką).


W Rio posiedziałem sobie trzy dni, i to oczywiście jest o jakieś trzy tygodnie za mało, żeby zobaczyć wszystkie podstawowe rzeczy, które tam zobaczyć koniecznie trzeba. Cóż, pewnie tam wrócę, bo to naprawdę sympatyczne miejsce. Niby wielkie miasto, ale podzielone górami i zatokami tak, że każda dzielnica jest osobno i jest zwykle trochę inna.


Pierwsze wrażenie z Ameryki Południowej jest bardzo pozytywne. Część z Was pyta się, czy Brazylia to trzeci świat. Trudno powiedzieć - widać duże rozwarstwienie społeczeństwa - są favele, wiadomo. Ale generalnie infrastruktura miejska jest na wysokim poziomie i jest wciąż rozwijana. Drogi są nie gorsze niż u nas (raczej też nie lepsze). Metro działa sprawnie, i pomiędzy stacjami jest zasięg sieci komórkowej (zaczynam mieć wrażenie, że tylko w Europie tak nie jest). Autobusy są zupełnie w porządku. Internet jest dostępny praktycznie wszędzie. Ceny są podobne jak w Polsce - przynajmniej jeśli chodzi o przejazdy, noclegi, jedzenie, picie itd.

To, co mi się rzuciło w oczy na początek, to zróżnicowanie rasowe: jest tu kompletny miks, i na dokładkę ludzie wyraźnie nie dzielą się rasowo tak jak ma to miejsce w innych krajach, nawet w USA.


Z bezpieczeństwem jest chyba średnio. Mi tam się nic nie stało, ale dużo się o tym mówi, pisze, i wszyscy cały czas uprzedzają, żeby poruszać się tylko po określonych rejonach. Co ciekawe, poza ogólnie bezpiecznymi dzielnicami (hmm, jest taka jedna - Ipanema), są takie, gdzie można chodzić za dnia, takie, gdzie można chodzić tylko wieczorem, takie, gdzie można chodzić tylko w dni powszednie, i takie, gdzie w zasadzie jest sens pojawiać się wyłącznie w weekendy. Niby skomplikowane, ale da się z tym żyć - ja nie byłem w Rio w weekend, więc część zwiedzania mi w naturalny sposób odpadła.


Plaże są absolutnie rewelacyjne - duże, niespecjalnie zatłoczone i bardzo ładne. Są też czyste, mimo że ogólnie o mieście trudno byłoby to powiedzieć. Po zmroku plaża w Ipanemie zamienia się w serię boisk - też ciekawe. Każda dzielnica ma swoją plażę i każda jest nieco inna. Ludzie nie ubierają się jakoś przesadnie, ale raczej zawsze zachowują styl.


Jedzenie jest chyba dobre, bo wszystko co jadłem było dobre, choć nie nastawiałem się na jakieś specjalne poszukiwania kulinarne, a raczej na rzeczy tanie. Pije się tu dużo soków - wszędzie są knajpy o wymyślnych nazwach jak Supersucos, Megasucos, Riosucos itd., więc wybór jest duży. Soki są oczywiście świeże, ale dla mnie najfajniejsza rzecz to agua de coco, czyli sok z kokosa (na zdjęciu) - pity często prosto z owoca. To najbardziej orzeźwiająca rzecz w tej temperaturze.

Jest dość gorąco - 30 do 35 stopni - da się wytrzymać, ale chyba jeszcze parę dni zajmie mi przystosowanie się do tych temperatur po naszej fantastycznej zimie. Póki co cały czas jest słonecznie i ładnie, niemniej jednak dość szybko się na razie męczę w tej temperaturze, i bieganie 20 godzin po mieście raczej nie wchodziło w grę.


Rio jest bardzo zielone - wszędzie pełno palm, bambusów, drzew, a Jardim Botanico jest absolutnie fantastycznym parkiem. Wszędzie są górki, tunele, zatoczki, no i wielki Cristo Redemptor patrzy z góry (obecnie niestety otoczony rusztowaniami). Są miejsca spokojne, jak malownicza Urca, prestiżowo-ekskluzywne jak Ipanema, rozrywkowe jak Copacabana i zupełnie wielkomiejskie - jak Centro pełne wielkich pałaców i nowoczesnych wieżowców, a także - niestety - śmieci. Poza tym są jeszcze oczywiście favele.


Oczywiście kiedyś będzie pora na sporo zdjęć z Rio, ale na razie jest tylko tych kilka, bo akurat jestem w miejscu, gdzie internet jest niezbyt prędki.

Slumsy Rio


Przez chwilę zastanawiałem się, czy wrzucać właśnie te zdjęcia na sam początek, ale pomyślałem sobie, że to przecież wszystko jedno: na świecie są rzeczy ładniejsze i brzydsze, i warto wiedzieć, jak wyglądają i jedne i drugie.

Favela to taki brazylijski slums - dzielnica nędzy. Do tej pory mój jedyny kontakt z nimi to były zdjęcia Yanna Arthus-Bertranda. Favele Rio - skądinąd zupełnie normalnego wielkiego miasta - nietrudno zauważyć, bo są często osadzone na wzgórzach, wśród których położone jest miasto. Strome skarpy są uważane za niebezpieczny teren (ziemia się czasem osuwa), więc nie powstają tam normalne osiedla, wobec czego to świetne miejsca na nielegalne budownictwo. No i rzeczywiście, favele są wszędzie - jest ich w Rio podobno około tysiąca, a największa z nich - Rocinha - ma 200.000 mieszkańców. Są to dziwne miejsca - składają się z tysięcy narosłych na siebie małych barakopodobnych budyneczków, zwykle nie wykończonych, więc dość obskurnych, połączonych plątaniną wąskich ścieżek i schodów. Gdy się tam jest, bardziej to przypomina arabską medinę niż europejskie miasto - ciekawe, może to po prostu naturalniejszy sposób budowy miasta.

Infrastruktura miejska w favelach jest bardzo prowizoryczna. Wszędzie ciągną się jakieś kable i rury, ale wszechobecne też są rynsztoki (takie normalne, we wgłębieniu w chodniku) i ogromne hałdy śmieci pod nogami. W zasadzie chyba niektóre budynki są zbudowane na takich hałdach.

Kiedyś favele - jako obszary nielegalnego zasiedlenia - były pozbawione prądu, ciepłej wody, szkół itp. Oczywiście prąd i tak dało się kraść, więc nie było tak całkiem źle. Teraz jest inaczej, ale prąd wciąż się kradnie (mimo że z pozoru są liczniki). Taka kultura. Swoją drogą - dwustutysięczne miasteczko nie płacące za prąd - brzmi jak utopia.

Niemniej jednak wygląda to wszystko porażająco. Małe przestrzenie, niesamowity brud, drzwi do domów otwarte, wszystko niepokojąco inne niż w "normalnym" mieście. A jednak jest to zwykły kawałek miasta - są tu sklepy, knajpy, mieszkania, szkoły; dzieci się bawią na podwórkach, ludzie oglądają telewizję, nudzą się, pracują. I pewnie właśnie przez to, że to jest kawałek normalnego, "zachodniego" miasta, robi to tak duże wrażenie.

Favele są często kontrolowane przez handlarzy narkotyków. Nie wszystkie, bo rząd z tym walczy, ale sporo. Dlatego pełno tam nieco dziwnych ludzi z bronią (bynajmniej nie są to policjanci). Spotyka się też miejsca strzelanin, ze śladami po kulach. Tyle że oczywiście to nie jest tak, że trwa tam cały czas wojna - ludzie żyją sobie normalnie, nawet w miarę bezpiecznie (w końcu zawsze ktoś zapewnia bezpieczeństwo, nieważne czy to dobrzy czy źli).

Ach, oczywiście nie poszedłem na spacer po faveli sam. Wybrałem się na wycieczkę z przewodnikiem. Podobno można sobie tam łazić, bo jeśli akurat nie ma strzelaniny z policją, to jest bezpiecznie - tylko że trzeba mówić po portugalsku, bo w Brazylii prawie nikt nie mówi po angielsku. Ja po portugalsku nie umiem, a poza tym chciałem trochę rzeczy się dowiedzieć. No i okazało się, że dobrze, bo zrozumienie jest ważne. A poza tym było całkiem sympatycznie: z naszej kilkuosobowej grupy tylko 2 osoby się zgubiły i nie dotarły do końca trasy.

No i po raz pierwszy w życiu jechałem na motorze (bo na początek był wjazd na górę za pomocą tzw. "local transportation", które okazało się właśnie motorami) - trzeba przyznać, że wjeżdżanie na dość stromą górę po raczej wąskiej krętej zatłoczonej ulicy, na której wszyscy wymijają się, którędy się da, dostarcza dużo przeżyć.

Zdjęcia są tutaj:

Favela da Rocinha

wtorek, 23 marca 2010

Podróż do Ameryki


No i dotarłem do Rio.

Jak wyglądała podróż? W sumie dość męcząco, choć bez większych problemów.

Samolot z niewiadomych powodów miałem o 6 rano (tzn. powody są wiadome - przeoczyłem przy rezerwacji drobny problem dotarcia na Heathrow na 4-5 rano), co oznaczało w praktyce spędzenie nocki na lotnisku. Na początek wydawało się, że będzie mniej radośnie niż sądziłem, bo nie dało się przejść przez boarding (był otwierany dopiero o 4:20), a na terminalu 3. zupełnie wszystko było pozamykane. Niemniej jednak przeszedłem sobie na terminal 1. (spacerowanie po Heathrow w okolicach północy jest ciekawe, bo prawie nie ma tam ludzi, więc łazi się zupełnie pustymi długaśnymi tunelami), gdzie była całodobowa Costa, a tam wolna wielka miękka skórzana kanapa. Wprawdzie kanapę miałem przez większość nocy, ale do czasu. To niestety duża wada podróżowania samemu - gdy się chce opuścić zajęte przez siebie miejsce na na chwilę, nie da się nic poradzić, bo na lotnisku trzeba zabrać wszystko ze sobą, i jak się wraca, to już ktoś tam się rozgości. No ale przez większość nocy była moja, więc było dość sympatycznie. Co można robić przez całą noc na Heathrow? Ja przeczytałem dwie książki, tym samym istotnie zwiększając średnią mojego czytelnictwa z ostatnich miesięcy.

Ach, na Heathrow akurat trwał trzydniowy strajk pracowników British Airways, ale ja szczęśliwie nie leciałem tą linią, więc problem mnie nie dotyczył.

Sama podróż do Madrytu i dalej była spoko, poza tym, że okazało się, że linie Iberia na lotach europejskich (Londyn-Madryt) nie serwują posiłków (można sobie kupić colę za 5 euro), a o 4:30 nie da się już zarezerwować miejsca przy oknie na lot do Rio o 12:30. Za to lot międzykontynentalny tymi samymi liniami aż obfitował w posiłki, tak więc zostawało całkiem mało czasu na spanie i granie w Hotel Dusk.

W Rio przywitała mnie tropikalna ulewa w czasie lądowania. Na szczęście po wyjściu z lotniska już nie było po nim śladu, nawet najmniejszej kałuży - niemniej jednak było to 3 godziny później. Pierwsza godzina zeszła na odprawę paszportową (stało się w okrutnie długiej niewiarygodnie wolno posuwającej się kolejce w socrealistycznej odrapanej hali), a dwie pozostałe na oczekiwaniu na bagaż. Zepsuły się taśmy podające bagaż i dwóch brazylijczyków wywoziło walizki i plecaki na dwóch wózeczkach ręcznie. Dzięki niezbyt fantastycznej organizacji (panowie stwierdzili, że będą ustawiać walizki w dość dziwnym miejscu, dzięki czemu za każdym razem musieli przebijać się wózeczkiem przez tłum oczekujących, co dodatkowo opóźniało cały proces) trwało to i trwało. No ale Brazylia to nie Niemcy, a mi się nie spieszyło.

Autobus do Ipanemy był za to już w porządku. Była noc, więc za dużo się nie naoglądałem przez okna, choć autostrada, którą jechał, biegła nad favelami, dokładnie takimi jak na filmie Elitarni (którego obejrzałem dopiero połowę): dziwnie połączone ze sobą obskórne domki, jakieś jasno oświetlone warsztaty samochodowe wypełnione ludźmi mimo późnej pory - dziwny widok. No ale miasto nocą, gdy się je widzi po raz pierwszy, często wygląda niepokojąco.

Copacabana i Ipanema za to powitały mnie jasno oświetlonymi plażami i całkiem sporą liczbą ludzi na deptakach (a było koło 23), więc te rejony od razu wydały mi się weselsze. Nocleg też całkiem sympatyczny, no i jest internet, więc nie jest źle.

(Na obrazku: lotnisko Madrid-Barajas)

piątek, 19 marca 2010

From this earth we rise dreaming

Dziś trochę zdjęć angielskiego mchu.

Spaceruję sobie po okolicy. Wszystko tu jest porośnięte mchem, winoroślami; jest zielono, jakoś tak antycznie, tajemniczo. Podobno jak się mieszka tu dłużej to już nie robi to takiego wrażenia, a omszałe domy nie są wcale fajne, jeśli chodzi o wygodę mieszkania w nich, ale atmosfera w tej okolicy jest zupełnie niesamowita. To jakoś tak, jakby na każdym kroku, za każdym murem czaiła się jakaś tajemnica, no i jakby każdy z tych domów skrywał długą i fascynującą historię (co akurat pewnie jest prawdą, bo tu wszystko ma przynajmniej 300 lat). Lekko mży (ale bardzo lekko, prawie niezauważalnie), jest trochę chłodniej niż wczorajsze 16 stopni, jest mgliście i jakoś tak niepewnie, jakby rzeczywistość była trochę rozpuszczona we mgle i przykryta ciepłą zieloną kołderką. Taka to magia Anglii.









A na koniec jeszcze poezja z posadzki centrum handlowego:

From the dark forever searching
Into the quiet forever beginning
Into the light slowly reaching
Crossing winter wanting spring
From this earth we rise dreaming

(Matt Black)

Tajemnica kanału

W dawnych czasach, kiedy to jednym z moich ulubionych erpegów był Zew Cthulhu, wyszedł w Polsce zbiór przygód pod tytułem "Przerażające podróże". Był tam scenariusz "Tajemnica kanału", który chyba nawet kiedyś prowadziłem. Tłem dla opowieści była podróż barką po sieci dróg wodnych, które przecinają całą Anglię. Było to wszystko fajne, tylko nie do końca sam wiedziałem, jak te kanały wyglądają.

Ale dziś, na pierwszym moim przystanku w podróży dookoła świata, którym jest właśnie Anglia, obejrzałem je sobie z bliska.

System śluz i kanałów na rzece Wey zaczęto budować w 1651 roku i działa do tej pory. Na ostatnich zdjęciach widać, jak barka przeprawia się przez śluzę.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...