sobota, 9 stycznia 2010

Yulong He

Dziś zapraszam Was na krótką podróż wraz ze mną rzeką Yulong. Tym razem (praktycznie) bez zdjęć, więc to tylko dla tych z Was, którym chce się dużo czytać :-).

Na spływ tratwą po rzece Yulong trafiam dość przypadkiem. Jest zimno, a ja jestem bez przerwy lekko przeziębiony, więc raz czuję się lepiej, raz gorzej. Niby nie jest jakoś szczególnie źle, niemniej jednak organizm reaguje inaczej i wszystko staje się w takim stanie dość męczące. Zwiedzać trzeba, ale zdarzają się chwile, gdy jest ciężko i jeśli można zaoszczędzić sobie wysiłku, choćby takiego polegającego na łażeniu wszędzie na własnych nogach, to wita się taką szansę z wielką radością. Tak właśnie jest z tym spływem.

Inna sprawa, że nigdy wcześniej nie płynąłem bambusową tratwą.

Nie biorę aparatu, bo pani mówi, że tratwy się jednak dość często przewracają i wpada się do wody. Wiadomo, aparaty wody nie lubią, oni odpowiedzialności za takie wypadki nie ponoszą. Nie wyobrażam sobie wprawdzie za bardzo wpadnięcia do absolutnie lodowatej przecież wody przy tej temperaturze powietrza, a jest jakieś 5 stopni i mam wrażenie, że problem zamoczonego aparatu byłby wtedy naprawdę mało istotny, ale mimo to go zostawiam. Później orientuję się, że historia o wywrotkach to była tylko część prawdy: rzeczywiście jest jakaś szansa, że tratwa się wywróci, ale Chińczycy chcą też sprzedać mi zdjęcia mnie na tratwie, a brak moich własnych fotek niewątpliwie zwiększa ich szanse na ubicie interesu.

Tratwa składa się z dziesięciu grubych i długich, bo kilkumetrowych bambusowych pni związanych ze sobą mocno drutem. Do owych pni, w jakichś 3/4 ich długości, została przytwierdzona mocno dwuosobowa ławka. Wraz ze mną będzie spływać pewien Chińczyk, więc na tratwie jest nas trzech — ja, ów Chińczyk oraz wioślarz. My na ławce, wioślarz z tyłu, za nami, z długim bambusowym kijem, który czasem służy za wiosło, ale tylko na głębszych fragmentach rzeki. Zwykle po prostu odpycha się nim od dna.

Nasze nogi są nad powierzchnią wody, ale tylko kilka centymetrów. Jeśli byłaby jakakolwiek fala, zalewałaby tratwę, stąd też musimy zawiązać foliowe worki na butach. Worki są z czerwonej przezroczystej folii, wyglądają dość abstrakcyjnie, ale są skuteczne.

Tyle że nie ma żadnej fali. Tafla wody jest gładka jak stół. Woda jest tak spokojna, że w zasadzie Yulong bardziej wygląda na jezioro niż na rzekę.

Kompletnie zaskakuje mnie fakt, że jesteśmy na wodzie zupełnie sami — nie ma innych tratw. W przeludnionych Chinach wydaje się to zupełnie nieprawdopodobne. Później dowiaduję się, że zawdzięczamy to warunkom pogodowym. Normalnie, gdy jest cieplej (czyli prawie zawsze), rzeka jest kompletnie zatłoczona i tratwiarze odpychają się nawzajem, by w ogóle móc płynąć do przodu.

No ale teraz jesteśmy sami. My i zupełnie spokojna, klarowna toń.

Rozglądam się. Rzeka jest na tyle wąska, by zapewnić wrażenie przytulności, ale na tyle szeroka, by nie ograniczać jakoś szczególnie przestrzeni. Dokoła są góry — niezbyt wysokie, ale robiące duże wrażenie, bo kształtem przypominają poustawiane obok siebie odwrócone wysokie kubki — chyba nie da się tego inaczej określić. Formy geometryczne są naprawdę nieziemskie i niezwykle urokliwe. Bo też nie spotyka się takich gór na co dzień. Tratwa przemieszcza się wolno, ale jednak cały czas płyniemy naprzód, dlatego też widok zmienia się nieustannie. Jedne formacje zastępują inne, kształty budzą wyobraźnię. Całkiem sporo okolicznych gór ma jakieś chińskie nazwy, bazujące na takich opartych na kształtach skojarzeniach, jak Czubek Pędzla czy Kobieta Przeglądająca Się W Lustrze. Myśli odpływają gdzieś w stronę takich analogii — czasu na to jest dużo, bo i tempo niespieszne.

Mój chiński towarzysz nie mówi ani słowa po angielsku, więc się do siebie nie odzywamy. Czasem zamienia parę słów z wioślarzem, ale większość czasu spędzamy w ciszy. Cisza jest przejmująca, spokojna, wszechobecna. W jakiś ciepły sposób (co istotne przy tej pogodzie) otula mnie. Jedyne rzeczy, które przebijają się przez ciszę to sporadyczny plusk wiosła, chrząkanie mojego towarzysza (chrząkanie, podobnie jak plucie, to jedno z ulubionych zajęć Chińczyków), okazjonalny krzyk ptaków. Czasem, z dala, dobiega nas hałas samochodów. Ale jeśli już, to jest cichy i dochodzi jakby z innego świata.

Spokój otoczenia udziela mi się dość szybko.

Wychylam się do przodu — z jednej strony w tej pozycji jest cieplej, z drugiej — łatwo przychodzi zapomnieć o towarzystwie i wyobrazić sobie, że jestem tu zupełnie sam. Patrzę na góry i na rzekę.

Góry odbijają się w idealnie płaskiej tafli, sprawiając, że cały świat jest symetryczny. Niebo, góry, woda. Albo na odwrót — wszystko jedno.

Przychodzi taki rodzaj wyciszenia, który z jakiegoś powodu mogę odnaleźć tylko w podróży. Oczywiście nie tylko na bambusowej tratwie na rzece Yulong. Czasem doświadczam go w pociągu jadącym z jednego dziwnego miasta do innego, innym razem w samolocie, kiedy indziej jeszcze, czekając na lotnisku, albo budząc się rano przed jakąś wyprawą. To coś podobnego do szczęścia, ale bardzo specyficzny jego rodzaj. Nie jest to takie gwałtowne wariackie szczęście, rozpierające mnie, pozwalające przenosić góry. To raczej takie chłodne, przyjemne, odprężające szczęście.

To chwila, kiedy przestaję zastanawiać się nad wszystkimi rzeczami, które trzeba będzie zrobić po powrocie do kraju (jest ich dużo, a niektóre są raczej dla mnie trudne). Nie myślę o moich dość chaotycznie rozpoczętych  planach, wszystkim, co trzeba zrobić, dopracować. Wreszcie przestaje trapić mnie ta czasem nieznośna odległość, która normalnie oddziela mnie od świata i innych ludzi. To wszystko zostaje gdzieś indziej, a może inaczej: odchodzi na bok, chowając się w nieprzeniknionych ciemnościach poza kręgiem światła mojej świadomości, pozwalając mi po prostu trwać i dobrze się czuć w miejscu, w którym akurat przebywam. To dla mnie rzadkość, bo zwykle moje myśli w takich momentach, nawet w chwilach szczęśliwych, łatwo uciekają, rozbiegając się po wszystkich możliwych tematach, analizując nierozwiązane jeszcze problemy, gdzieś zauważone wyzwania, rozpatrując różne drogi.

A teraz mogę być po prostu tu, gdzie w rzeczywistości jestem, i nic ponad to. Nie przejmować się całą resztą. To dla mnie coś niewiarygodnie pięknego. To taki moment kompletnej jasności, gdy wszystko wydaje się klarowne, droga przede mną prosta. Łatwo skupić myśli, ale też nie muszę tego robić. Mogę wsłuchiwać się w plusk wody, cieszyć się gładkością jej tafli i tym delikatnym, choć stanowczym ruchem tratwy naprzód.

Przy brzegu, tu i ówdzie, stoją zacumowane tratwy. Tylko my płyniemy.

Dopływamy do przełomu. Rzeka przedzielona jest w poprzek tamą, różnica poziomów wynosi około metra. W pierwszej chwili myślę, że to koniec wycieczki. Nie wiem, czy trwała już zapowiedziane 40 minut, bo nie patrzyłem ani razu na zegarek. Zresztą tutaj czas mija w jakimś innym, sobie tylko znanym tempie, dostosowując się jakoś do wszechogarniającego spokoju otoczenia. Ale nie, będziemy przez tę tamę przepływać — czyli spływać takim miniwodospadem. To jedyny dynamiczny element tej podróży, który powtórzy się jeszcze kilkakrotnie. Po prostu podpływamy do przełomu, a potem spadamy w dół. Głośny plusk, chwila strachu, przód tratwy zanurza się, ale podnieśliśmy przecież nogi, więc nic nam nie grozi. Tratwa jest już na dole, a my płyniemy dalej.

Podpływamy do większej tratwy, zadaszonej. Okazuje się, że jest na niej kilka osób, komputer, drukarka — oczywiście w momencie zjeżdżania w dół z grobli zrobiono nam zdjęcia. Mój towarzysz je ogląda, wybiera jedno, na którym wyglądamy najśmieszniej i zamawia odbitki. Dostaję jedną w prezencie. Nawet specjalnie się nie kłócę, bo i tak nie ma żadnego sposobu, żeby się dogadać.

Jak się okazuje, takich tratw z różnymi usługami spotykamy potem więcej. Za chwilę mijamy jeszcze jeden zakład fotograficzny, tym razem zacumowany na środku rzeki. Komputer — wielki pecet — musi być zasilany z jakiegoś generatora. Potem jeszcze dopływamy do tratwy z przekąskami — można sobie tu kupić smażone mięso na patyku. Nie jesteśmy jednak głodni.

Zacieram ręce, bo jednak jest dość chłodno. Ratuje mnie tylko mój wielki zielony puszysty szalik, w który jestem zawinięty tak dużo razy, że nie straszne mi siedzenie na tratwie. Na szczęście nie ma żadnego wiatru, więc zimno nie daje się aż tak we znaki.

Spoglądam w dół, w toń. Woda jest czasem bardzo płytka, czasem nie bardzo, ale zawsze jest zupełnie i idealnie klarowna. Nie ma wiatru, więc nie ma na niej też żadnych falek. Świetnie widać kolorowe kamyki i dwa rodzaje wodorostów. Jeden to długie zielone źdźbła, plączące się w bardzo długie podwodne warkocze. Drugi przypomina rozłożoną na dnie ciemnozieloną puchową kołderkę. Ten jest szczególnie uroczy. Woda nie wydaje się zimna; gdy patrzy się w dół, prawie jej nie widać, więc płynięcie nad tym puszystym przykryciem jest niezwykle miłym uczuciem.

Teraz, w przeciwieństwie do wielu innych chwil, jest mi po prostu dobrze. Dobrze mi z moją samotnością, cieszę się nią i odnajduję się tu sam ze sobą.

To miejsce jest absolutnie piękne. Góry są zupełnie niesamowite w swoich dziwnych obłych i podłużnych kształtach. Krystalicznie czysta woda, płaska rzeka, piękne odbicie. Cisza. Jest w tym wszystkim coś zupełnie mistycznego. To miejsce ma swoją moc. W głowie kołacze mi się piosenka „Magnificent” z ostatniego albumu U2, którego ostatnio w kółko słuchałem, a która tu  jakoś wydaje mi się odpowiednia. Na miejscu.

Na kolejnym przełomie stoi czwórka amerykańskich dzieci, usiłujących przejść na drugą stronę strumienia. Podpływamy bardzo wolno, więc można je obserwować przez długi czas. Prowodyrem jest dziewczynka. Zdejmuje buty, zakasuje nogawki i wchodzi do wody. Za nią podąża reszta. Najmłodszy chłopiec wyraźnie nie może sobie poradzić z wyzwaniem — nie podwija spodni, robi kic, kic po kamieniach i na koniec ma mokre nogawki, raczej nic przyjemnego przy tej aurze. Mój towarzysz wraz z wioślarzem zanoszą się gromkim śmiechem — nic dziwnego, jest zimno i zanurzanie nóg w wodzie naprawdę robi wrażenie.

Niemniej jednak patrzenie na dzieci skaczące jak kaczuszki jest przyjemne. Choćby dlatego, że można zawiesić swą uwagę na dość abstrakcyjnym fragmencie rzeczywistości, niby bez znaczenia, ale jednak w tym momencie to najważniejsze co się dzieje.

Krajobraz się zmienia. Teraz ogromne bambusy zwieszają się nad wodą jak otwierające się chińskie wachlarze. Przepływamy pod nimi jak przez bramę prowadzącą do innego, spokojniejszego świata. Ten kawałek rzeki jest węższy, bardziej kręty, a roślinność pochylająca się nad wodą tworzy coś w rodzaju ocienionego tunelu, którym płyniemy dłuższą chwilę.

Spokój w tym bambusowym lesie jest jeszcze większy, o ile to w ogóle możliwe. Pogoda jest taka sobie, niebo jest białe, jest trochę mgliście, więc wszystko było do tej pory lekko szarawe, ale tutaj jesteśmy bliżej brzegów, bliżej roślinności, więc kolory mimo mgły są intensywniejsze. Jest zielono — zielone sklepienie, zielone brzegi, zielone dno.  

Ten fragment rzeki budzi skojarzenia. Myślę o nowym roku, który się właśnie rozpoczął. Przełomy lat są dla mnie zawsze ważne, bo znacznie bardziej symboliczne niż na przykład urodziny. Jakoś lepiej obrazują przemiany. Chwilę sobie myślę o tym, że rozpoczyna się w moim życiu nowy okres. Jaki, zobaczymy, ale zmiana się zaczęła, a to już ważne. Nie jest szybka, tak jak i tratwa nie płynie szybko, ale czas mija, a my jesteśmy coraz dalej, w coraz to innych miejscach. Nieuchronnie, co też czasem wychodzi na dobre.

W końcu wypływamy z bambusowego gaju na nieco szerszą część rzeki. Rzeka w ogóle nie ma jednego nurtu, system tam i odnóg tworzy zapewne całkiem niezłą sieć komunikacyjną, po której można się poruszać tratwami. Płyniemy chwilę znów wśród gór.

Robi się nieco zimnej. Pewnie dlatego, że zerwał się niezwykle leciutki wietrzyk. Prawie go nie czuć, ale widać, że powierzchnia wody jest już delikatnie pofałdowana. Znów zacieram ręce. Pomaga.

W końcu dopływamy do betonowej tamy. Tutaj trzeba przeciągnąć tratwę ręcznie. Wychodzimy, pomagamy wioślarzowi przepchnąć bambusowe pnie przez betonową groblę. Wioślarz pomaga sobie kawałkiem bambusa, który podkłada pod tratwę jak rolkę, dzięki czemu może ją przetoczyć. Wsiadamy, gdy tratwa jest jeszcze oparta o groblę. Wioślarz spycha ją do wody. Przód zanurza się gwałtownie, następuje duże pluśnięcie, tratwa zanurza się ciut za bardzo i niestety trochę nas podmywa. Cóż, będzie trochę zimniej, ale nic strasznego, bo już blisko do końca trasy. Jeszcze tylko jedna podobna tama i będziemy na brzegu.

W końcowym etapie, tuż przed końcem spływu, krajobraz się zmienia. Góry się oddalają, rozlewisko robi się znacznie większe, na brzegach pojawiają się domy. Słychać gwar, ruch samochodów. To jak powrót do rzeczywistości, wytrącenie z mistycznego stanu, który towarzyszył mi przez nie wiem już jak długą chwilę.

Czy minęło rzeczywiście 40 minut czy kilka godzin, nie umiałbym powiedzieć. W każdym razie ten czas — mimo że była to chwila wyciszenia — był spędzony naprawdę intensywnie. I — może nawet przede wszystkim — był chwilą prawdziwego odpoczynku. Dla takich chwil warto wybrać się nawet do Chin.



2 komentarze:

  1. You look like you are trying really hard not to fall out of that little raft!

    OdpowiedzUsuń
  2. No, tak też właśnie było. Bo zdeczka zimnawo i po przemoczeniu nie byłoby wesoło, oj nie...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...