środa, 13 stycznia 2010

Miasto namalowane

W Szanghaju uderza mnie to, że świat wygląda inaczej. I nie mam na myśli innych ludzi, innej architektury, rzeczy oczywistych. Chodzi o kolory i powietrze. Tu wszystko wygląda tak, jakby zostało namalowane akwarelą. Powietrze jest jakby żółtawe, nie wiem czy przez smog, czy po prostu takie jest światło. Wszędzie jest delikatna żółtawa mgła, zmiękczająca kształty, ukrywająca to, co dalekie. Miasta wyglądają, jakby zostały namalowane akwarelą.

Miasto jest ogromne. Jeśli miałem jakieś wyobrażenia dotyczące tego, jak powinna wyglądać olbrzymia współczesna nowoczesna metropolia, to to miasto je spełnia. Nie wiem, gdzie są jego granice. Miejsca, które w naszym pojęciu moglibyśmy określić mianem centrum są tu jakby wszędzie i nigdy się nie kończą: pełne nowoczesnej, wysokiej architektury, ciągnących się w nieskończoność ogromnych hipermarketów, ekskluzywnych markowych sklepów, lśniących światłami neonów deptaków, wielopasmowych zatłoczonych ulic i autostrad idących na poziomie ziemi lub powyżej, labiryntów przejść podziemnych, gigantycznej sieci kilkunastu linii zatłoczonego metra. Z drugiej strony, u stóp stratosferycznych wieżowców często natykam się na inne miejsca — stare budynki, zniszczone, drewniane; ludzi jakby nieco biedniejszych, brud, niedokończone, ale chyba już zaniechane remonty. Wiele światów, stłoczonych w jedno miejsce, ściśniętych ze sobą w tym niesamowitym, nieco nierzeczywistym labiryncie.

Na ulicach wszechobecne jest jedzenie. Wszędzie są knajpki, restauracje, ale przede wszystkim uliczne stragany, których pełno jest w dosłownie każdym miejscu — na ulicach, na przystankach, w przejściach podziemnych. Czasem są to wielkie stoiska, gdzie można zjeść fantazyjne mięsa i warzywa na patyku, napić się jednego ze stu rodzajów herbaty smakowej, a czasem jest to jeden starszy pan ze swoim przytroczonym do trójkołowego roweru kotłem, z którego sprzedaje gotowane na parze pierożki. I tu już nie ma miejsca na nowoczesność — te wszystkie kotły, rożna, a także ludzie wyglądają zupełnie nienowocześnie, a jednak są dobrze pasującym elementem tego świata-układanki. Mi się to niesamowicie podoba, bo to coś w klimacie Blade Runnera — tak go zawsze widziałem i tu go właśnie odnajduję. To dokładnie takie miasto.

Tak czy inaczej zapach jedzenia, para i dym gotowanych i smażonych potraw towarzyszy mi wszędzie. Ale te dymy i para, wraz z mgłą, dzielą wszystko na plany, wzmagają jakąś taką nierealność tego miejsca.

Napisy i ogromne billboardy (średnio znaczenie większe niż gdziekolwiek w Europie) są zupełnie wszędzie. Oczywiście po chińsku. Chińskie pismo jest ładne i estetyczne, choć to wrażenie często kontrastuje z bardzo popularną tu stylistyką, opartą na żywych kolorach (czerwony, niebieski, zielony) i gradientami pomiędzy nimi. Takie reklamy wyglądają niemożebnie kiczowato, ale to też element świata i jakoś jest w tym wszystkim dla niego miejsce.

W dzień jest ciemno, szaro i mgliście, ale noc zapada nagle i wtedy miasto eksploduje kolorami. Wszystko jest oświetlone i podświetlone, wszędzie są neony, często ogromne, wszędzie też są reklamowe ekrany telewizyjne i billboardy. Na każdym budynku światła tańczą inny taniec, wszystko miga, mieni się wszystkimi barwami tęczy. Jest chyba znacznie jaśniej niż w zimowy dzień. Spektakl świetlny z nowojorskiego Times Square jest tu zwielokrotniony i wyolbrzymiony na każdej praktycznie ulicy.

Ludzi jest dużo. Wszyscy są bardzo spokojni — nie spotyka się raczej ludzi wrzeszczących, a już na pewno nie agresywnych. Te rzeczy jakoś tu nie istnieją, przynajmniej w przestrzeni publicznej, może też dlatego, że chyba tu ludzie mniej piją. Niemniej jednak w niektórych miejscach są to po prostu rzeki ludzi, które płyną i można płynąć z nimi. W metrze wszyscy używają komórek — zwykle nowoczesnych, z ekranami dotykowymi, w końcu to Chiny, tu technologia jest tania. Zwykle jest wokół dużo ludzi, ale nie jest tłoczno, a na pewno  nie jest to ścisk. A są też miejsca spokojniejsze, pozbawione ludzi, gdzie wszystko jest bardziej mgliście melancholijne.

Na ulicach pełno pojazdów, dużo jest dobrych, nowoczesnych, błyszczących, czarnych samochodów, ale jeszcze więcej motorów, rowerów, ryksz i wszelkich rzeczy pomiędzy. Te pojazdy, szczególnie trójkołowe, często są stare, odrapane, przerdzewiałe do cna, przykryte brudnymi podartymi plandekami, ale wciąż jeżdżą — setkami, tysiącami, we wszystkie strony. Dookoła.

I to wszystko za lekką mgłą, rozmyte, nie do końca wyraźne, nieostre, jakby nie całkiem prawdziwe.

Czy piękniejsze jest to miasto w dzień czy w nocy? Sam nie wiem, wygląda na pewno zupełnie inaczej. Ale zawsze jest w nim pełno ruchu.

W takich miejscach, tak pełnych wszystkiego, tak zróżnicowanych, niejednolitych, bogatych, każdy widzi świat trochę inaczej. Ba, zapewne to miejsce wygląda różnie o różnych porach roku. Nawet teraz czasem pogoda jest taka, czasem siaka i wrażenia wizualne są inne. Ale jakieś takie pierwsze, intensywne wrażenia pozostają gdzieś w głowie, mimo że rzeczywistość może być zupełnie inna. Dla mnie to miasto jest po prostu ulotną, rozedrganą, nie do końca rzeczywistą i niezwykle barwną akwarelą.

Ale to w końcu duże miasto. Tu pewnie wszystko jest prawdą.

Tak po prostu wygląda mój Szanghaj.



3 komentarze:

  1. That entry had such a nice tone to it. Very pleasant, but informative at the same time.

    OdpowiedzUsuń
  2. Also, I wanted to add that I always thought Shanghai would have a Blade Runner kind of a feel to it.

    OdpowiedzUsuń
  3. @natalia: Dziękuję :-).

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...