niedziela, 10 stycznia 2010

Dzień we mgle

Dziś Guilin wygląda nieco jak miasteczko z Silent Hilla. Spowijająca je gęsta mleczna mgła sprawia, że widać nie za wiele, a to co widać jest wyprane z barw, blade i nieco nierealne. Czasem trochę mży -- deszczyk jest bardzo drobny, ledwo zauważalny. Idę przez park nad jeziorem, a właściwie jeziorami. Tutaj całe miasto jest poprzecinane plątaniną kanałów łączących dwa długie jeziora. Nad kanałami i jeziorami, otoczonymi ozdobnym parkiem, poprzerzucano śliczne mostki, na brzegu stoją dające cień pagody. Oczywiście teraz cienia nic nie daje, bo słońce nie świeci; jest blado, biało i mlecznie.

Czasem z mgły wynurzają się chińscy rowerzyści. Ubrani w zupełnie przedziwne stroje (bo zimno), sprawiają bardzo niepokojące wrażenie. No, może nie niepokojące, po prostu obce. Przypomina mi to, że jestem daleko, w nieco innym świecie. Tyle że dzięki tej mgle wydaje się, że poza miejscem, w którym jestem, może już nic innego nie być.

Alejki parku są kręte, wiją się pomiędzy drzewami, raz zbliżając się do wody, raz od niej oddalając. Czasem tu i ówdzie porozstawiane są niezwykle sympatyczne kamienne świnie. Pewnie przy innej pogodzie mogłyby pełnić rolę ławek, ale teraz ociekają wodą i nie wyglądają aż tak przyjaźnie. Kolorowe pagody teraz oczywiście są wyblakłe, wyprane z kolorów, zgaszone, ale wyobrażam sobie, że w lecie, gdy niebo jest błękitne, wygląda to zupełnie inaczej. Niemniej teraz brak kolorów pasuje. Jest spokojnie, wręcz sennie, ale to taka aura.

Czuję się raczej średnio. Jestem przeziębiony, wszystko mnie boli i pół dnia przespałem w hotelu. No ale przecież nie można cały czas spać, mimo że to taki etap wycieczki, w którym jest po prostu czas na relaks, bez specjalnego silenia się na zwiedzanie od rana do późnej nocy. Trochę się zacząłem martwić, że jak mi się pogorszy i będę miał gorączkę, nie wpuszczą mnie na jakiś samolot -- tu gdzieniegdzie na lotniskach, w obawie przed świńską grypą, mają kontrolę temperatury (choć nie wiem, jak to działa w rzeczywistości). Wykonałem więc próbę i zapytałem się w recepcji, czy da się znaleźć lekarza mówiącego po angielsku. Okazało się, że się nie da, więc zdecydowałem się leczyć dalej aspiryną. Też działa.

Na brzegu natykam się na kawiarnię. I ciekawostka, bo to rzadkość tutaj, są napisy po angielsku. O ile we względnie nieodległym Yangshuo masa rzeczy jest po angielsku, bo to podobno mekka turystów z Zachodu, tak tutaj po prostu nic nigdzie; nawet w pinyin (transkrypcji) jest mało napisów, więc człowiek zostaje sam na sam ze światem chińskich znaczków -- to naprawdę nie ułatwia życia. Niemniej jednak normalnie pewnie bym poszedł dalej, bo wygląda to aż za turystycznie, ale dziś witam to miejsce z utęsknieniem. Wchodzę do środka, poza właścicielką -- Chinką w średnim wieku, jestem sam. Środek bardzo europejski, pani kieruje mnie do najcieplejszego pokoju i pokazuje miejsce pod buchającym ciepłym powietrzem klimatyzatorem (tu są często używane do ogrzewania wnętrz). Zaglądam do menu -- jest po angielsku. Zamawiam kawę, zupę tom yum gong (to taka tajska zupa na mleku kokosowym, bardzo ją lubię). Są w ofercie również pizze, pasty, ale to już byłaby przesada. Pytam o ryżowy makaron, lokalny przysmak, bo jakoś do tej pory nie zjadłem. Pani mówi, że nie ma, ale po tym jak zrobi mi kawę i ugotuje zupę, może podskoczyć na rowerze do pobliskiego sklepu i kupić. Będę miał swój makaron ryżowy.

Siedzę sobie w kawiarni dłuższą chwilę, zjadam wszystko, jest bardzo smaczne, a zupa oczywiście pomaga wybornie i czuję się już dużo lepiej. Idę dalej, bo w końcu trzeba dotrzeć do rzeki Li.

Ten park przy jeziorach to naprawdę fantazyjna plątanina ścieżek. Widać po chińskich ogrodach, że tutejsi projektanci potrafią świetnie wykorzystać przestrzeń. Michał słusznie zauważył, ze dokładna analiza jakiegoś chińskiego parku, np. Ogrodu Lwiego Lasu w Suzhou, gdzie labirynt skalnych ścieżek skompresowany do minimalnej przestrzeni jest absolutnie niesamowity, powinna być obowiązkiem dla każdej osoby aspirującej do stanowiska projektanta poziomów w grach. Kunszt jest iście mistrzowski. Tu przestrzeń jest raczej duża niż mała, labirynt kanałów i ścieżek przeplata większość niemałego przecież miasta.

Musi tu być pięknie w lecie -- na pewno bardziej kolorowo, teraz świat jest bardzo szary. Ma to jednak swoje zalety, takie otoczenie dobrze wpasowuje się w mój obecny nieco melancholijny nastrój, z którym jakoś zupełnie dobrze się czuję.

Jakiś kawałek przed rzeką park się kończy i w bok odbija główny turystyczny deptak miasta. Jak tu wszędzie -- tłok, sklepy, uliczne jedzenie. Ciekawe, bo w zasadzie chińskie sklepy to praktycznie tylko ubrania i jedzenie, czasem biżuteria. No i jedzenie jest wszechobecne: restauracje, budki z mięsem na patyku, z jakimiś plackami, z niewiadomo czym. Jest tego masa, i gdzie nie spojrzeć, jakiś Chińczyk bądź Chinka coś sobie podjada. Tak tu jakoś jest.

W końcu docieram do rzeki -- Li jest powiedzmy szerokości Wisły w Krakowie, ale drugi brzeg prawie ginie we mgle. Idę kawałek wzdłuż rzeki, potem przechodzę przez most, żeby obejrzeć rzeźbę biegnących koni. Ciekawostka, bo na środku rzeki ktoś sobie pływa. Nieźle, bo jest naprawdę zimno.

W międzyczasie zapada zmrok i zapalają się światła. Chińskie miasta po zmroku wyglądają zupełnie niesamowicie. Szanghaj wręcz eksplodował kolorami -- wszechobecnych neonów, podświetlanych billboardów, wielobarwnych lamp ulicznych, na kolorowo podświetlonych drzew,
jasno oświetlonych stoisk z jedzeniem. Tutaj nie jest inaczej, w zasadzie wygląda to bardzo podobnie. Feeria barw.

Jestem znacznie bliżej równika niż w Polsce, więc zmrok zapada tu bardzo szybko. Wręcz niepostrzeżenie. Jest jasno, mija chwila i jest ciemno.

Nastrój zmienia się zupełnie. Teraz, dzieki wszechobecnym kolorowym światłom jest już ciepło, przyjaźnie i przytulnie. Można powiedzieć, że oświetlanie wszystkiego kolorowymi światełkami jest kiczowate, ale nie wiem, daje to w sumie całkiem sympatyczny efekt. No i park naprawdę ładnie wygląda, gdy każda palma jest podświetlona na zielono, żółto lub fioletowo.

Oczywiście jest wiele powodów, dla których jest to dla mnie wizualnie atrakcyjne. To są jednak inne drzewa niż u nas, inny park, inne budynki, inni ludzie. Po prostu wszystko wygląda ciekawie, gdzie się nie spojrzy, można  zauważyć coś niezwykłego. Nieco inny świat.

Wracam sobie powoli, robiąc zdjęcia, bo chcę napisać coś o rzece Yulang. W końcu tam połączenie krajobrazu z innej planety i ogólnego nastroju było zupełnie nieziemskie.

Fajnie tu, a przecież zupełnie nic nie zrobiłem. Po prostu sobie patrzę.

Świnie we mgle.

Pagody i mostki.


Rzeka Li.

Ktoś nie boi się zimna.

Wielobarwne palmy.

Mostki nocą.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...