sobota, 9 stycznia 2010

Chińskie drogi

Przejechałem się ostatnio autobusem międzymiastowym w Chinach. Dystans był nieduży, bo podróż trwała jedynie 1,5 godziny. Chciałem zrobić trochę zdjęć, więc nieopatrznie wpadłem na pomysł, żeby siąść na miejscu na samym przodzie, dzięki czemu miałem świetny widok przez przednią szybę. Okazało się to oczywiście dużym błędem. Tyle stresu, ile najadłem się w czasie tych 1,5 godziny nie doświadczyłem już dawno.

Dopiero później przeczytałem, że przewodnik ostrzega przed jeżdżeniem autobusami na takich trasach. Nie dlatego nawet, że dochodzi do poważnych wypadków, ale że bardzo często dochodzi do niezbyt poważnych stłuczek — ale wtedy czeka się długo na wyjaśnienie sprawy i podróż się niepotrzebnie wydłuża.

Chiński sposób prowadzenia samochodu jest, nazwijmy to, dość specyficzny. Postaram się w skrócie opisać, na czym to polega.

Drogi w Chinach są dość dobre. Międzymiastowe drogi są często betonowe, w dużych miastach też zwykle infrastruktura jest w porządku — istnieją przelotowe trasy, wiele pasów w każdą stronę, dość dobrze oznakowane. W niektórych miejscach oznakowanie jest chyba nawet lepsze niż u nas — są liczniki czasu oczekiwania na skrzyżowaniach, świetnie są zaznaczone pasy do skrętu w lewo (nie trzeba zgadywać, w jakim miejscu skrzyżowania dobrze by było stanąć — jest to narysowane). Niby wszystko w porządku.

Są miejsca, gdzie oczywiście nie jest tak różowo. W Guilin jest już na przykład inaczej niż w Szanghaju i różnicę widać przede wszystkim przy remontach. Jak coś jest remontowane, to oznaczenia są z reguły dalekie od ideału, no i przede wszystkim nie ma barierek — jak gruz leży na dwóch pasach drogi, to nie jest to w żaden sposób zaznaczone, po prostu się go omija. No ale to nie problem, bo tak samo omija się stojące w poprzek samochody, które akurat gdzieś chcą skręcić. Jak w drodze jest akurat duża dziura na środku, to raczej na barierkę też nie ma co liczyć, zapewne kierowcy zauważą...

A praktyka jest taka, że chińscy kierowcy jeżdżą jak na nasze standardy zupełnie szaleńczo. Pasy są na jezdni wyrysowane bardzo ładnie, ale mało kto się ich trzyma. Kierunkowskazy używane są sporadycznie, i to zwykle nie w celu zasygnalizowania, że się skręca (to jeszcze czasem, przy zmianie pasa — nigdy), ale raczej w celu takim, żeby — razem z włączonym klaksonem — obwieścić wszystkim, że jest się właśnie na pasie ruchu w przeciwną stronę i chciałoby się, żeby inni zjechali z tego pasa na np. pobocze czy gdziekolwiek. Samochody przepychają się nawzajem jak popadnie, zjeżdżają na przeróżne pasy bez żadnej sygnalizacji, zajeżdżają sobie nawzajem drogę, jeżdżą wieczorem bez świateł — totalny chaos.

Wpychanie się wracając na swój pas, spychając jadące po nim samochody, bo jest się o włos od zderzenia czołowego, jest tu czymś zupełnie normalnym. Ciekawe, czy zawsze daje się tylko je zepchnąć, bo jednak często na poboczu (albo jakimś pasie) coś sobie po prostu stoi, jedzie rower, albo coś innego się dzieje.

Nie łatwiej mają też piesi. Oczywiście wszędzie są przejścia i światła, ale zielone światło wcale nie sprawia, że przez ulicę łatwiej jest przejść. W ruchliwych miejscach wciąż trzeba manewrować pomiędzy jadącymi we wszystkich kierunkach samochodami, co daje wrażenie bardziej grania we Froggera niż przechodzenia przez ulicę na zielonym na pasach. Przeprowadziłem nawet wnikliwą analizę, czemu tak jest, i takie są wnioski:
  • Samochody skręcające w prawo na zielonej strzałce nie przepuszczają pieszych — trzeba więc na nie uważać
  • Samochody skręcające w lewo mają zielone światło wtedy, kiedy po lewej stronie piesi też mają zielone, więc trzeba na nie uważać
  • Samochody skręcające z pasa ze strzałką w lewo bądź w prawo często wykorzystują ten pas (i strzałkę), żeby jechać prosto, więc trzeba na nie uważać
  • Wszelkie pojazdy mniejsze (rowery, motory, ryksze, motoryksze i cokolwiek sobie można wyobrazić), których jest tu całe zatrzęsienie, jadą po prostu zawsze i we wszystkich kierunkach. Skręcają w lewo z prawego pasa na czerwonym i nigdy, przenigdy nie zatrzymują się na widok pieszych (samochody czasem przepuszczają, jak już nie mają wyboru). Jest ich ogromna ilość i na nie najbardziej trzeba uważać.
Te jednośladowce to w ogóle okropna zmora. Są ich przede wszystkim jakieś miliony — zawsze po zmianie świateł przez skrzyżowanie przemyka sto takich pojazdów, rozjeżdżających się zewsząd w różne strony. Niby w większości miejsc są dla nich specjalne pasy, ale tak naprawdę nie ma to wielkiego znaczenia. One jeżdżą i po tych pasach, i po ulicy, i po chodnikach, czasem pod prąd. Zawracają wszędzie gdzie się da, pomiędzy słupkami, na przejściach dla pieszych. A w nocy jeżdżą bez świateł. Tak po prostu.

Pozytyw jest taki, że nie wiem, czy jest tu dużo wypadków, ale jak na taki chaos na drodze nie widzi się ich dużo. Jakieś już widziałem, ale prawdę mówiąc wydawałoby się, że będzie gorzej. A nie jest tu tak jak np. we Włoszech, gdzie wszystkie samochody są poobtłukiwane — tu wcale nie, po prostu chyba wszyscy mniej lub bardziej umieją nawigować w tym chaosie.






2 komentarze:

  1. I think the second photo with the man and his selection of spices strapped to the back of his bike is great.

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak. Mnie ciekawi, jak on sobie radzi, bo tu naprawdę nie wszędzie drogi są równe i czasem dziury są horrendalne, a przecież chyba na najmniejszym wertepie mu się to wszystko rozsypie. A może nie?

    W ogóle a propos takich pojazdów, to zupełnie niesamowita jest różnorodność dwu- i trzykołowych pojazdów, które się tu spotyka. Jest naprawdę absolutnie wszystko, co sobie można wyobrazić, i to w każdym możliwym stanie - od nowych lśniących nowoczesnych, do przerdzewiałych brudnych i rozpadających się (tych ostatnich jakby więcej, albo po prostu bardziej przyciągają uwagę). Szczególnie te trójkołówki zwracają uwagę, bo tu ich dużo, a u nas nie ma.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...