czwartek, 30 września 2010

Kosmos sprzed półwiecza

Jak wiadomo, ostatnie wielkie osiągnięcia astronautyki mamy dawno za sobą, przez ostatnie kilkadziesiąt lat niewiele w tym temacie się dzieje. W Moskwie można sobie obejrzeć pomniki dawnej świetności programu kosmicznego.

Pierwsza okazja to tereny dawnej Wystawy Osiągnięć Gospodarki ZSRR. Ogromny obszar wystawy otwartej na miesiąc przed wybuchem drugiej wojny światowej i potem rozbudowywany przez cały okres ZSRR obecnie jest w stanie agonalnym. W monumentalnych socrealistycznych pawilonach gnieżdżą się teraz chińskie sklepiki, kebaby i inne badziewie. Ale kilka rzeczy i tak warto tam zobaczyć.


Na początek - Pomnik Zdobywców Kosmosu, odsłonięty w 1964 roku. Od stacji metra dociera się do niego gwiezdną aleją - każda gwiazda to krok w drodze w kosmos.


Przed pomnikiem - statua Konstantina Ciołkowskiego, teoretyka kosmonautyki. Ciekawostka - dla fanów Lodu, którzy pamiętają teorie Fiodorowa - Ciołkowski również inspirował się Fiodorowem, i z tej inspiracji wynikła mu teoria lotu rakiety.


U spodu pomnika socrealistyczne płaskorzeźby, przedstawiające Lenina, który wraz z naukowcami, chłopami, dziećmi i psem odważnie prą w kosmos.



W samym centrum wystawowym, przed pawilonem Kosmos, stoi replika rakiety Wostok. To taka właśnie rakieta zabrała Gagarina w kosmos. Obecnie plac przed nią służy głównie deskorolkowcom, którzy tłumnie jeżdżą sobie tam wte i wewte.





Kolejne miejsce - Park Gorkiego. Tu stoi sobie rosyjski prom kosmiczny Buran - a właściwie jego kopia, używana do testów strukturalnych. Właściwy Buran, ukończony w 1988 roku, wystartował tylko raz - automatyczny lot zakończył się pełnym sukcesem, mówi się, że wypadł znacznie lepiej, niż amerykańska Columbia. Niestety to już nie były najlepsze czasy dla radzieckiej gospodarki i nauki, a zaraz potem rozpadł się ZSRR i pieniędzy na kontynuowanie programu kosmicznego zabrakło. Prom stał sobie w hangarze na Bajkonurze czekając na lepsze czasy, ale do nich nie dotrwał, bo zawalił się na niego zardzewiały dach, niszcząc go kompletnie. Tak więc póki co można sobie Burana obejrzeć jedynie w parku rozrywki dla dzieci.


No i póki co tyle to z tego zdobywania kosmosu.

Chociaż... W Transsybie można przeprowadzić taką na przykład rozmowę:
- A u was to jest dużo pracy teraz na tej Syberii?
- Pewnie! Budujemy kosmodrom!
Rosja buduje nowy kosmodrom na Syberii (a właściwie to już na Dalekim Wschodzie, w obwodzie amurskim), jako że Bajkonur jest jednak obecnie w Kazachstanie.

Bo przecież taki Pomnik Zdobywców Kosmosu inspiruje, oj inspiruje...

wtorek, 28 września 2010

Transsib - podsumowanie

Tak powstaje wpis na bloga.

Na koniec jeszcze tradycyjne podsumowanie: 3 tygodnie podróży, jakieś 20000 km, w tym 5 odcinków pokonanych pociągiem, 3 autobusem i 3 samolotem. Wrażenie - niesamowite. Zdecydowanie mam ochotę na trasę Moskwa-Ułan Bator-Pekin, no i koniecznie BAM. Ale to już zupełnie kiedy indziej.

Rosja to dość fascynujące miejsce. Na pewno chciałbym tam wrócić.

Bilety mają naprawdę śliczne hologramy. Z pociągiem!

I jeszcze mapka.

poniedziałek, 27 września 2010

Epilog

Idziemy na stację, gdy jest jeszcze ciemno. Ciemno, i - warto dodać - zimno. Tutejsze temperatury o tej porze roku mają całkiem spore amplitudy: w dzień jest może i nawet ponad 20 stopni, ale w nocy jest przymrozek, poniżej zera. Ślicznie odrestaurowany dworzec we Władywostoku jest ładnie oświetlony, cichy, spokojny. W poczekalni nawet sporo ludzi, ale wszyscy senni, nie ma tu żadnego ruchu. Pociąg wjeżdża na peron czwarty - elektryczka - podobna do naszej, ale jednak tutejsze pociągi wszystkie wydają się większe, potężniejsze, bardziej majestatyczne. I to chyba nie tylko przez szerszy rozstaw torów, tak są po prostu zaprojektowane.

I tu pierwsze zaskoczenie: w wagonach jest kompletnie ciemno. A że i peron nie jest jakoś szczególnie oświetlony, wchodzimy do pociągu w całkowitej ciemności, gdzieś siadamy, widzimy ledwo sylwetki innych ludzi. Ciemno i zimno. Pociąg rusza. Wtedy dopiero orientujemy się, że do świtu jeszcze dwie godziny.

Dziwnie się jedzie w takim ciemnym pociągu. Bo to, że nie jesteśmy sami można, widać tylko w rzadkich błyskach świateł z zewnątrz.

Pół godziny później zapalają się jednak lampy. Niestety, nie robi się cieplej. Niemal sześciogodzinną podróż z Władywostoku do Nachodki pozostaje spędzić w naprawdę zimnym wagonie.

W czasach ZSRR, od lat 50., Władywostok był miastem zamkniętym: stacjonowała tu flota, więc obcokrajowcy nie mieli wstępu. Obce statki zawijały do innego portu na Pacyfiku - właśnie Nachodki - „znajdźki” odnalezionej w połowie XIX wieku przez gubernatora Syberii grafa Murawiowa-Amurskiego, wybudowanego na początku XX wieku miasta.

Co najważniejsze - to Nachodka, a nie Władywostok, była w owych czasach wschodnim końcowym terminalem pasażerskich pociągów kolei transsyberyjskiej.

Z Władywostoku pociągiem to kawałek, bo trzeba się trochę cofnąć, objechać zatokę, bo linia brzegowa tu bardzo pofałdowana, a też na samym wybrzeżu - góry. Ale też dzięki temu widoki po drodze są piękne. Przy samym mieście rzucają się w oczy dwa zupełnie trójkątne wzniesienia - Brat i Siostra. No i oczywiście z pociągu wspaniale widać morze.

Sama Nachodka, poza swoim niezwykle urokliwym położeniem, taka fascynująca nie jest. Miasto jest rozciągnięte na 30 km wzdłuż brzegu i składa się w zasadzie wyłącznie z blokowisk i industrialnych rdzewiejących terenów portowych. Wyjątkiem jest coś w stylu deptaka przy ulicy Leninskaja, obudowanej niezbyt wymyślną sowiecką architekturą, ale turysta na za wiele liczyć tu nie może. Nawet zjeść nie ma gdzie - my próbowaliśmy w dwóch kawiarniach, ale jakoś się nie udało: do pierwszej - pretendującej na europejski lokal „First Cafe” nas nie wpuszczono, bo mieliśmy na sobie sportową odzież (tzn. polary, bo zimno), a w drugim zderzyliśmy się w progu z przestraszoną kobietą, która wyszeptała do nas: „Uciekajcie, szybko! No już, nikt was tu nie może zobaczyć! Mamy kontrolę; ja też właśnie znikam!” - i wybiegła tuż za nami.

Wracamy do Władywostoku już autobusem - niestety, pociągi z jakiegoś powodu jeżdżą tu w zasadzie jedynie przed południem. Zaleta jest taka, że autobusem jedzie się o niemal dwie godziny krócej (bo droga prowadzi inną, nieco krótszą trasą).

To jedna z najbardziej absurdalnych moich wycieczek kiedykolwiek: 10 godzin podróży, ze 4 godziny na miejscu. Ale zawsze to było trochę więcej Transsybu :)

Dworzec we Władywostoku nocą.
W nieoświetlonym wagonie.
Trasa przez górki (fot. Anna Sosnowska).
(fot. Anna Sosnowska)
(fot. Anna Sosnowska)
Na stacji Tichookieanskaja w Nachodce.
Widok na port w Nachodce.
Nachodka.

9288 km, czyli 356 do Władywostoku

Ostatni fragment podróży przejeżdżamy znów pociągiem osobowym (nr 356), trzecią klasą. Z Chabarowska do Władywostoku jest już blisko, jakieś 800 km, więc wsiadamy wieczorem i jeszcze przed południem następnego dnia jesteśmy u celu.

Młody prowadnik nie bardzo może sobie poradzić z biletem, wydanym nam przez moskiewski automat - widać tutaj takich się nie widuje. W końcu jednak domyśla się, co tam trzeba odedrzeć.

Krajobraz jest wyraźnie inny niż poprzednio, bo to już takie ciepłe, nadmorskie rejony. Dużo górek, rzek, strumyków; mniej brzóz, a więcej dowolnej innej roślinności. Widać też, że to teren znacznie bardziej zamieszkany i uprzemysłowiony - nie jedziemy już wiele godzin przez pustkę.

Dojeżdżamy do Morza Japońskiego. Jedziemy wzdłuż brzegu zatoki i wjeżdżamy do miasta. Pociąg jedzie przez Władywostok dość długo, więc możemy podziwiać widoki - Pacyfik, stocznie, port, blokowiska, wszystko. I wreszcie - koniec podróży.

Dworzec we Władywostoku jest śliczny. Na peronie - wielki pomnik stulecia Transsybu. W poczekalni na suficie fantastyczny fresk, przedstawiający z jednej strony Moskwę, a z drugiej - Władywostok.

W ten sposób przejechaliśmy 9288 km najdłuższą kolejową trasą świata. Idziemy nad morze!


Dzień drugi: wjeżdżamy do Władywostoku.  
Dworzec we Władywostoku. Przy dworcu - nasz pociąg.
Parowóz-bohater dostarczał aliantom broń w czasie wojny na Pacyfiku.
100 lat Transsybu.
Wnętrze dworca. Na suficie po lewej - Władywostok, po prawej - Moskwa.
Widok na miasto.
Tutaj kończ się wielka transsyberyjska magistrala kolejowa.
Odległość od Moskwy: 9288 km.
Zachód słońca nad Morzem Japońskim.



356 Chabarowsk-Władywostok (ważniejsze stacje, czas moskiewski):
Dzień 1: ХАБАРОВСК 12:42 - ВЯЗЕМСКАЯ 14:54 - БИКИН 16:57
Dzień 2: РУЖИНО 20:33 - ШМАКОВКА 21:38 - МУЧНАЯ 23:51 - УССУРИЙСК 01:49 - ВЛАДИВОСТОК 04:23

Chabarowsk

Amur.

To jedyne miasto Rosji, które mi się na tej wyprawie naprawdę podobało. Może dlatego, że wygląda zupełnie inaczej niż cała reszta: piękne, w znacznej mierze zabytkowe centrum, pięknie odrestaurowane. Nowe, równe chodniki - w znacznej mierze to znana i w Warszawie kostka Bauma, ale niech tam, i tak to dużo więcej niż podziurawiony zapadający się moskiewski asfalt. Szerokie chodniki wolne od samochodów. Niesamowite - jakby inny kraj.

Piękny jest Amur - rzeka szerokości małej zatoki, na której fale uderzają o brzeg i szumią, zupełnie jak nad morzem. Można sobie pospacerować nad rzeką, wypić kawę. Było ładnie, słonecznie, tylko wiatr bardzo zimny.

No i fantastyczne było muzeum regionalne - niesamowite wystawy o wszystkich tutejszych ludach, plus o zwierzętach - w tym prześliczne, częściowo malowane makiety z wypchanymi zwierzętami. Tygrys amurski jest jednak niewiarygodnie wielki.

Zdjęcia poniżej.

ChabarowskMuzeum regionalne w Chabarowsku

240 na Daleki Wschód

Na dworzec w Irkucku docieramy nieco za wcześnie, więc musimy sobie poczekać - wybieramy „poczekalnię podwyższonego komfortu”. To taka niewiele płatna, ale za to bardzo ładna (i praktycznie zupełnie pusta) sala. Zdecydowanie warto.

Wsiadamy do pociągu nr 240. To jest pociąg pospieszny, w przeciwieństwie do 340, który był osobowy, i jeszcze na dokładkę jedzie z Moskwy do Władywostoku, czyli robi całą trasę. Poza tym - mamy klasę drugą, a nie trzecią.

Druga klasa wygląda tak, jak sypialny u nas - są czteroosobowe, zamykane przedziały. Czy jest fajniej niż w trzeciej? Sam nie wiem. Z jednej strony na pewno spokojniej. Z drugiej - wagon jest starszy, nie ma takiej cyrkulacji powietrza, więc jest po prostu przy tych temperaturach zimniej - w nocy wieje przy oknie dość zimny wiatr. No i są dużo brudniejsze szyby, więc zdjęcia przez okno odpadają już całkowicie, a szkoda. Bo widoki są niesamowite.

Niemniej powrót do pociągu powitałem z jakąś taką ulgą: człowiek się jednak przyzwyczaja do takiego magicznego czasu podróży; po tych kilku dniach przerwy już mi tego brakowało.

Ruszamy z Irkucka wzdłuż Angary, potem pociąg wjeżdża w góry, prosto w stronę Sludjanki, skrótem zastępujacym zatopiony fragment Kolei Wokółbajkalskiej. Niestety wyjazd był wieczorem, więc nad jezioro dojeżdżamy już w nocy, a że pociąg jedzie brzegiem jeziora jakieś 200 km, byłby to pewnie niezły widok w dzień.

Niemniej jednak i dalej nie jest gorzej. Drugiego dnia jedziemy przez Góry Jabłonowe, górską doliną, obok pociągu wije się rzeka. Mijamy najwyższy punkt na trasie - 1040 mnpm. Te obszary są kompletnie dzikie. W tych okolicach mieszka największa liczba spośród kilkunastu syberyjskich mniejszości narodowych, miasta są rzadko, a reszta to tajga i góry. Dojeżdżamy do Czity, na placu dworcowym wzbija się w niebo wielka katedra. Minus taki, że na stacjach tym razem jakoś nie ma pierożków, trzeba się stołować w wagonie restauracyjnym - z tym że tutaj jest całkiem dobre jedzenie.

Wieczorem drugiego dnia docieramy do Kuengi. Tu zaczyna się jeden z ostatnich odcinków trasy - Kolej Amurska, ostatni fragment Transsybu ukończony dopiero w roku 1916. Wcześniej do Chabarowska pasażerowie docierali parowcem.

Trzeciego dnia jeszcze bardziej odludne rejony, jest też chłodniej. W zimie temperatury spadają tu do −62 stopni, teraz na szczęście jest cieplej. Wyjeżdżamy z Syberii. Tutaj zaczyna się rosyjski Daleki Wschód - ogromny obszar, ciągnący się głównie na północy, jeszcze hen hen aż po Alaskę. Odstępy między stacjami - jeszcze większe, wielogodzinne.

Jakoś tutaj właśnie skończyłem czytać Lód. Podchodziłem do tej książki dwukrotnie, pierwszy raz jakoś dwa lata temu - wtedy doczytałem do jakichś trzech czwartych, ale chciałem jednak skończyć. Lód, którego znaczna część dzieje się właśnie w transsyberyjskim pociągu, czyta się jadąc tym pociągiem bardzo, bardzo fajnie.

Bo w ogóle czytanie książek w długiej podróży jest trochę magiczne. Podróż - oczywiście odpowiednio długa - to rzeczywistość trochę nieprawdziwa. Normalne życie jest gdzieś tam daleko za mną, a w drodze się jednak głównie ogląda. Nie jestem częścią świata, który zwiedzam; jestem tylko obserwatorem - to trochę jak oglądanie telewizji, tylko oczywiście dużo bardziej realne. Ale mam kontakt ze znajomymi, którzy żyją normalnym życiem, jakby kontynuacją tego, co się pozostawiło za sobą. I jeszcze książka… To w sumie trzy światy, trzy życia przeżywane równolegle, każdy zupełnie inny, ale każdy w pewnych chwilach jednakowo realny. Tak było, gdy czytałem „The God of Small Things” Arundhati Roy gdzieś w Malezji - niesamowita książka, bardzo emocjonalnie wciągająca. Tak było też tutaj, przy czym z Dukajem miałem o tyle ciekawie, że akurat tak się składało, że moja podróż Transsybem szła bardzo równo z podróżą w książce. Mijałem te same stacje, co bohater, w podobnym czasie. Oczywiście nie podróżowałem wagonem Luksu, ale cóż, różnica może i nie tak wielka. Strasznie to było fajne.

Czwartego dnia rano dojeżdżamy do Birobidżanu - na budynku stacji nazwa napisana po żydowsku. To miasto to nieudany eksperyment Stalina stworzenia tu takiego dalekowschodniego radzieckiego Izraela. Trzeba powoli zbierać się do wyjścia, bo niedługo już dla nas koniec tego etapu podróży. Czas zmienia się po raz kolejny, teraz już mamy 7 godzin różnicy w stosunku do czasu moskiewskiego, czyli GMT+10.

A potem już blisko - przejeżdżamy przez naprawdę długi most na Amurze - ma 2,6 km. Zresztą tu ciekawostka - pod Amurem w czasie drugiej wojny światowej przeprowadzono tunel kolejowy o długości 7 km; w tej chwili jednak przez tunel jeżdżą wyłącznie pociągi towarowe.

W okolicach jedenastej dojeżdżamy do Chabarowska.

Irkuck - poczekalnia podwyższonego komfortu. Pokój biały.
Pokój niebieski. 
Pociąg nr 240 na stacji w Irkucku.
Nasz pociąg wjeżdża na stację.
Angara widziana przez brudne i porysowane okno. Niewiele dało się z nim zrobić.
Szklanki - tym razem z motywem rolniczym.

Drugi dzień podróży - okolice miasta Chiłok.

Przez szybę wszystkie krajobrazy są żółte.
Rzeka Ingoda.
Dworzec w Czicie.
...i jeszcze wspomniana katedra.
Wagon kupe, czyli drugiej klasy.
Ja w przedziale. 
Góry Jabłonowe. 

Wagon restauracyjny. Mniej nowoczesny wystrój niż w poprzednim pociągu, ale jedzenie lepsze.
Syberyjska Korona i Brzeg Bajkału to póki co moje dwa ulubione rosyjskie piwa. 



Jedna z dziwaczniejszych stacji na trasie - Jerofiej Pawłowicz - nazwana tak na cześć
syberyjskiego podróżnika Jerofieja Pawłowicza Chabarowa.
Nazwa Chabarowsk też pochodzi od jego nazwiska.
 
Niestety, parowozy wyszły z mody. 
Amur - jedziemy ponaddwuipółkilometrowym mostem.
Rosyjskie cysterny. Pewnie z wódką.
Dworzec w Chabarowsku.
Chabarowsk - dworcowe wnętrza.
(część zdjęć: Anna Sosnowska)


340 Irkuck-Chabarowsk (ważniejsze stacje, czas moskiewski):
Dzień 1: ИРКУТСК ПАСС. 14:52
Dzień 2: УЛАН УДЭ 22:19 - ХИЛОК 04:22 - ЧИТА 10:25 - КАРЫМСКАЯ 12:47
Dzień 3: ЧЕРНЫШЕВ ЗАБАЙКАЛЬСКИЙ 18:28 - МОГОЧА 00:15 - АМАЗАР 02:07 - ЕРОФЕЙ ПАВЛОВИЧ 04:21 - МАГДАГАЧИ 11:18 - ТЫГДА 12:32
Dzień 4: БЕЛОГОРСК 17:15 - ОБЛУЧЬЕ 23:03 - ХАБАРОВСК 04:01

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...