wtorek, 29 grudnia 2009

Niespodzianki z ognistego kociołka

Już pisałem, że jedzenie w Chinach jest dobre, ale też jest inne niż u nas. Kuchnia jest inna, no i też w znacznej mierze zupełnie inna (przede wszystkim jakościowo) niż to, co można dostać u nas.

W szczególności można sobie na przykład pójść na ognisty kociołek. Wygląda to tak, że w knajpie na każdym stoliku jest na środku palnik. Dostaje się kartę, w której jest ogromna liczba rzeczy do wyboru (na szczęście są obrazki), a także tajemniczy formularz, gdzie trzeba powpisywać sobie samemu, co się z tej karty wybrało. Formularz jest niestety w języku chińskim, i tu bez pomocnego Chińczyka (a w naszym wypadku zaprzyjaźnionej Chinki) nie byłoby łatwo, o ile w ogóle cokolwiek dałoby się zdziałać, biorąc pod uwagę fakt, że z mówieniem po angielsku u Chińczyków raczej słabo.

Tak czy inaczej na początek wybiera się zupę. Można na przykład wziąć sobie podzielony garnek rosołu i zupy syczuańskiej -- czyli dostaje się wielki gar, który ma po środku przegrodę, i w jednej jego połówce gotuje się rosół (a w nim różne warzywa, które raczej są nierozpoznawalne dla mnie), a w drugiej ostra zupa, w której pływa masa ostrych papryczek chili, wielkie główki czosnku i inne tego typu rzeczy. Te zupy gotują się na palniku przez jakiś czas, a w międzyczasie wjeżdża na stół masa talerzyków z daniami, które się wybrało.

A do wyboru jest dużo rzeczy. Przede wszystkim mięso -- może być z owieczki, a może być i z czegoś innego. Mięso jest podawane w cieniutkich plasterkach, coś jak carpaccio, surowych. Wkłada się taki plasterek na chwilę (albo i na dłużej) do zupy, i jest ugotowany. Wyjmuje się i zjada. Jak się włoży do rosołu -- jest rosołowy, jak do zupy syczuańskiej -- piekielnie ostry, ale dobry.

Poza tym jest wszystko. Jest dużo rodzajów pierogów -- rybnych i mięsnych, zwykłych (tzn. pierogokształtnych), zwijanych w kulki albo i w ruloniki (coś jak sajgonki). Są przeróżne warzywa i grzyby (grzybów mają w Chinach duży wybór i są wszystkie dość smaczne). Są też ryby i owoce morza, w szczególności coś specjalnie dla mnie -- bardzo fajna ośmiornica, z mackami i ze wszystkim, co trzeba. Każdą taką rzecz wrzuca się do zupy, czeka się chwilę, a potem wyławia -- albo pałeczkami, albo specjalną łyżką z dziurkami.

Zupa sama z siebie też jest dobra, można sobie jej nalać do miski i zjeść trochę. Jak co jakiś czas wygotowuje się woda, przychodzi pan z czajnikiem i dolewa. Gar z zupą jest ogromny, więc spokojnie wystarcza.

Niemniej jednak dziś kulminacją programu były krewetki rzeczne. Zostały przyniesione w misce, przykryte liściem sałaty. Po zdjęciu liścia okazało się, że krewetki oczywiście są żywe. Cóż, trzeba było je wrzucić do gara i ugotować. Są bardzo małe, więc zjada się je w całości - razem z czułkami, oczami, nóżkami i skorupą. Trochę to smakuje jak chrupki z uwagi na pewną ilość chityny, którą się wchłania, ale w sumie są bardzo smaczne. I tylko odrobinę przypominają karalucha.

Można też zamawiać bardziej odjechane rzeczy -- serca kurczęce, kacze języki (czymkolwiek to jest) czy nawet barani penis. Ale to wszystko za następnym razem. Jedzenia było bardzo bardzo dużo i w cztery osoby się naprawdę nieźle najedliśmy.

No i było to bardzo smaczne. Trzeba przyznać, że kulinarnie póki co Chiny są wspaniałe.

4 komentarze:

  1. Mniam :)

    Co Ty robisz w Chinach? Praca czy urlop? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też takie coś jadłem, nazywało się Hot Pot, więc na starcie miało u mnie plusa :) Tylko sam wywar nie był jadalny, więc w sumie mieliście lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wcinaj te baranie penisy - podobno są super afrodyzjakiem ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wołowe penisy to były, wołowe!

    Seji - Jacek przyjechał do nas na wakacje :)

    I Jacek mówi jeszcze, że to oczywiście był Hot Pot, ale posłużył się polską nazwą.

    Pozdrowienia z Szanghaju,
    Made(je) in China

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...