środa, 30 grudnia 2009

Maglev

Maglev to kolej magnetyczna łącząca międzynarodowe lotnisko Pudong z miastem -- jest to jakieś 30 km (pociąg nie dojeżdża do centrum, tylko do jakiejś stacji metra). Jest to pierwsza tego typu linia przystosowana do użytku komercyjnego, otwarta w 2004 roku (teraz jest jeszcze kilka innych na świecie, ale póki co wszystkie równie krótkie). Nie jest to żadna chińska myśl techniczna, tylko solidna niemiecka produkcja.

Pociąg potrafi rozpędzić się do 431 km/h. Ja niestety jechałem o zbyt wczesnej porze -- wtedy pociągi jeżdżą wolniej, tylko 300 km/h. Niemniej jednak szybkość i tak robi wrażenie, a w drodze powrotnej trzeba będzie lepiej wybrać porę przejazdu.








Na koniec widok jednego z tutejszych osiedli-blokowisk z pociągu. To są bloki mieszkalne, mają zwykle minimum 30-40 pięter, i jest ich w mieście zatrzęsienie.



Sztuka suszenia

Problemy techniczne rozwiązane, więc tym razem foty.


W Szanghaju wilgotność powietrza jest spora, choć o tej porze nie stanowi to specjalnie problemów. Jednak, jak mówi Michał, który tu w końcu mieszka, ubrania za szybko nie schną. Lokalnym zwyczajem jest suszenie ich nad ulicami, zwykle zdaje się na przewodach wysokiego napięcia, które ogromnymi gęstymi splotami spowijają to miasto. Nad niemal każdą ulicą wisi cała masa prania -- szczególnie wesoło wyglądają walonkopodobne piżamy. Ot, taka miejscowa ciekawostka.



Niemniej jednak zrozumiałe jest, że jak się suszy ubrania nad zatłoczonymi ulicami, po których jeździ masa samochodów i motorów, to potem wszystko musi pachnieć spalinami. Na szczęście tutejsi mieszkańcy znaleźli rozwiązanie i tego problemu. Bo przecież koło swoich ulubionych suszących się ubrań można powiesić suszącą się rybę. Wtedy zapachy się jakoś zniwelują i będzie świetnie.




wtorek, 29 grudnia 2009

Niespodzianki z ognistego kociołka

Już pisałem, że jedzenie w Chinach jest dobre, ale też jest inne niż u nas. Kuchnia jest inna, no i też w znacznej mierze zupełnie inna (przede wszystkim jakościowo) niż to, co można dostać u nas.

W szczególności można sobie na przykład pójść na ognisty kociołek. Wygląda to tak, że w knajpie na każdym stoliku jest na środku palnik. Dostaje się kartę, w której jest ogromna liczba rzeczy do wyboru (na szczęście są obrazki), a także tajemniczy formularz, gdzie trzeba powpisywać sobie samemu, co się z tej karty wybrało. Formularz jest niestety w języku chińskim, i tu bez pomocnego Chińczyka (a w naszym wypadku zaprzyjaźnionej Chinki) nie byłoby łatwo, o ile w ogóle cokolwiek dałoby się zdziałać, biorąc pod uwagę fakt, że z mówieniem po angielsku u Chińczyków raczej słabo.

Tak czy inaczej na początek wybiera się zupę. Można na przykład wziąć sobie podzielony garnek rosołu i zupy syczuańskiej -- czyli dostaje się wielki gar, który ma po środku przegrodę, i w jednej jego połówce gotuje się rosół (a w nim różne warzywa, które raczej są nierozpoznawalne dla mnie), a w drugiej ostra zupa, w której pływa masa ostrych papryczek chili, wielkie główki czosnku i inne tego typu rzeczy. Te zupy gotują się na palniku przez jakiś czas, a w międzyczasie wjeżdża na stół masa talerzyków z daniami, które się wybrało.

A do wyboru jest dużo rzeczy. Przede wszystkim mięso -- może być z owieczki, a może być i z czegoś innego. Mięso jest podawane w cieniutkich plasterkach, coś jak carpaccio, surowych. Wkłada się taki plasterek na chwilę (albo i na dłużej) do zupy, i jest ugotowany. Wyjmuje się i zjada. Jak się włoży do rosołu -- jest rosołowy, jak do zupy syczuańskiej -- piekielnie ostry, ale dobry.

Poza tym jest wszystko. Jest dużo rodzajów pierogów -- rybnych i mięsnych, zwykłych (tzn. pierogokształtnych), zwijanych w kulki albo i w ruloniki (coś jak sajgonki). Są przeróżne warzywa i grzyby (grzybów mają w Chinach duży wybór i są wszystkie dość smaczne). Są też ryby i owoce morza, w szczególności coś specjalnie dla mnie -- bardzo fajna ośmiornica, z mackami i ze wszystkim, co trzeba. Każdą taką rzecz wrzuca się do zupy, czeka się chwilę, a potem wyławia -- albo pałeczkami, albo specjalną łyżką z dziurkami.

Zupa sama z siebie też jest dobra, można sobie jej nalać do miski i zjeść trochę. Jak co jakiś czas wygotowuje się woda, przychodzi pan z czajnikiem i dolewa. Gar z zupą jest ogromny, więc spokojnie wystarcza.

Niemniej jednak dziś kulminacją programu były krewetki rzeczne. Zostały przyniesione w misce, przykryte liściem sałaty. Po zdjęciu liścia okazało się, że krewetki oczywiście są żywe. Cóż, trzeba było je wrzucić do gara i ugotować. Są bardzo małe, więc zjada się je w całości - razem z czułkami, oczami, nóżkami i skorupą. Trochę to smakuje jak chrupki z uwagi na pewną ilość chityny, którą się wchłania, ale w sumie są bardzo smaczne. I tylko odrobinę przypominają karalucha.

Można też zamawiać bardziej odjechane rzeczy -- serca kurczęce, kacze języki (czymkolwiek to jest) czy nawet barani penis. Ale to wszystko za następnym razem. Jedzenia było bardzo bardzo dużo i w cztery osoby się naprawdę nieźle najedliśmy.

No i było to bardzo smaczne. Trzeba przyznać, że kulinarnie póki co Chiny są wspaniałe.

Wielki mur w praktyce

No to jestem w Chinach. Kilka pierwszych wrażeń.

Przede wszystkim, z uwagi na Great Firewall of China, nie działa tu masa serwisów. Nie działa twitter, facebook, picasa, blogspot. O ile dzięki różnym proxy udało mi się część problemów obejść (powiedzmy, że twitter przez www jest jakoś z trudem dostępny, facebook prawie - bo bez możliwości komentowania, blogspot jak widać też, choć działa to średnio, za to picasa niespecjalnie, więc zdjęć póki co nie będzie).

Szanghaj jest ładny. Na pewno dużo ładniejszy od Hong Kongu, mimo podobnych wszędobylskich gigantycznych blokowisk (tłoczące się stada kilkudziesięciopiętrowych wieżowców na każdym kroku to tu norma). Niemniej jednak to bardzo czyste miasto (wszędzie widać, jak ktoś coś sprząta i pucuje) i nawet nie bardzo zaplute (bo jak wiadomo Chińczycy lubią sobie pluć co chwila).

Ruch samochodowy to oddzielny temat - jego zasady są jak dla mnie póki co niezbadane. Cudzoziemcy nie mogą tu prowadzić samochodów, ale może to i dobrze. Bo niby wszyscy jeżdżą jakoś tak w miarę spokojnie, ale jednak zupełnie inaczej niż u nas. Pasy na jezdni - kto by się tam nimi przejmował. Światła? Pewnie coś znaczą, ale i tak przy przechodzeniu przez ulicę (z 5 pasów w każdą stronę) ma się wrażenie, że to, czy przechodzi się na zielonym czy na czerwonym świetle nie ma wielkiego znaczenia - samochody i tak bez przerwy nadjeżdżają ze wszystkich możliwych stron.

No i dobre jest jedzenie, trzeba przyznać. A to w sumie prawie najważniejsze :-).

środa, 23 grudnia 2009

Zupa v2

Ha, długo nie było wpisu, prawda? No ale teraz mamy początek wakacji, więc sytuacja się zmieni. A na początek - zupa z Chmielnej.



(Zdjęcie jest okropnie brzydkie, wiem, ale to telefonem robione :)).

To, że stadionowa zupa znalazła sobie miejsce na głównym (i najbrzydszym) deptaku Warszawy, było wiadomo, odkąd Magda to ogłosiła, czyli dawno temu. Ale dopiero dziś wybrałem się tam i spróbowałem. Oto werdykt.

Miejsce jest bardzo sympatyczne. Nie wygląda w ogóle jak stadionowa knajpa, ba, nie wygląda (prawie) nawet jak typowy chińsko-wietnamski bar. Wygląda (prawie) jak mała restauracyjka na Chmielnej. Mało przestrzeni, ale dużo zakamarków, małe stoliki, ale ciepły klimat. Jest fajnie. Z drugiej strony jest samoobsługa, a pan przyjmujący zamówienia chyba nie mówi ani słowa po polsku, więc to też jest fajne.

No i jest karta w laminacie. W karcie zupy, a jakże, ale też gulasze (trzeba będzie spróbować, bo skład identyczny jak zupa), makarony, naleśniki i coś chyba jeszcze. Czyli nawet ciekawie.

Ale zjadłem oczywiście zupę - ale nie wonton, tylko z wołowiny, żeby było dla odmiany. Są cytrynki do wciskania, czosnek marynowany w słoiku, ostre sosy i malutkie suszone papryczki. I w zasadzie jest dobra, tylko że na stadionie w naszym ulubionym barze lepsza. A tutejsze sajgonki - zupełnie takie sobie. O ile zupę polecam, to sajgonek zupełnie nie.

No i cena wyższa - 15 zł.

Niemniej jednak to miejsce jest po prostu bliżej świata, więc zapewne zajrzę tam jeszcze nie raz.

A poza tym nie wiem, czy wspominałem, że zaczęły się wakacje, a to pewnie oznacza, że będzie o czym pisać. Więc zaglądajcie tu czasem.

A teraz życzę wszystkim czytelnikom wesołych i śmiesznych świąt i dużo wesołych absurdów w nowym roku. Bo na smutno to bez sensu.

Podziękowania dla Magdy Która Wskazała Drogę.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...