sobota, 12 września 2009

Zupa nad zupami

Dziś będzie o najlepszej zupie w Warszawie, czyli o wietnamskim wontonie na Stadionie Dziesięciolecia. Zupa (oraz miejsce, gdzie można ją zjeść), zostało mi bardzo dawno temu polecone przez znajomego, i od tego czasu bywamy tam taką czy inną grupą mniej lub bardziej regularnie. Zupa owa jest na tyle dobra, że warto się umawiać na przykład na 8 rano, przed pracą, żeby tylko ją zjeść (osoby, które mnie znają, wiedzą, że fanem wczesnego wstawania zdecydowanie nie jestem). To najlepszy dowód na to, że nie jest to zwykła zupa.

Ale na początek trochę o okolicy, bo ona również jest ciekawa. Jarmark Europa, zajmujący tereny w okolicy Stadionu nie jest już tak duży jak dawniej, z uwagi na rozpoczęcie budowy Stadionu Narodowego, niemniej jednak wciąż to nadzwyczaj klimatyczne miejsce w Warszawie.
   

     
Teren Jarmarku Europa to labirynt alejek wijących się pomiędzy metalowymi budami pełnymi wszystkich możliwych ubrań (zwykle nienajładniejszych). Łatwo się tam zgubić, ale ważne, aby dotrzeć do czegoś w rodzaju Alei Restauracyjnej. Sądzę, że na mapie jest to jakoś tutaj: 

Pokaż aleję restauracyjną na większej mapie

Normalnie wygląda ona jakoś tak:

  
Jak widać, jest bardzo sympatycznie. Po prawej stronie dwa sklepy spożywcze, w których miłośnicy kuchni azjatyckiej będą zupełnie wniebowzięci, bo jest tam zapewne dokładnie ten sam asortyment, co w każdym wietnamskim sklepie. Po lewej za to mamy do wyboru wiele fantastycznych restauracji, w których można to i owo przekąsić. W większości wypadków nie ma tam menu, a z dogadaniem się po polsku nie zawsze jest łatwo, ale na ogół wychodzi. Niemniej jednak ja mam swoją ulubioną knajpę, a wygląda ona tak.
   
   
Wejście można łatwo poznać po naklejkach, nieco przypominających z daleka symbole kart kredytowych akceptowanych w tym fantastycznym lokalu. Przypuszczam, że na drzwiach jest menu, ale nigdy jakoś nie nabrałem pewności. Wnętrze jest bardzo sympatyczne, jest trochę stolików, kuchnia i telewizor, w którym zawsze leci wietnamska telewizja. Udało mi się już tam zobaczyć m.in. coś, co wyglądało jak wietnamska wersja Władcy Pierścieni. Ciekawie jest też, jak trafi się na święto narodowe i jest w telewizji dużo żołnierzy. Ale to zdarza się tylko czasem. 
  
Jakiś czas temu były tam też karaluchy (ale nigdy w zupie!). Czasem w całkiem sporej ilości. Ale teraz jest już lepiej. Lepiej było jednak siadać z dala od ścian, choć zdarzał się też spacerek po stole.
  
A na zdjęciu nasz pan kucharz.
  
  
Tak czy inaczej zamawia się zwykle zupę. Zup jest kilka rodzajów, bo jest wonton (czyli zupa ze wszystkim), jest zupa rybna (całkiem dobra, tylko ryba dziwna), no i zupa na wołowinie. Są też inne rzeczy, jak boczek w tłuszczu z makaronem - też dobre, ale nie aż tak tradycyjne, jak zupa.
   
Wonton jest podawany w całkiem sporej misce, w której jest (poza samym wywarem) zupełnie wszystko. No bo mamy tam makaron, pierożki (w dwóch rodzajach), krewetki (zwykle dwie), ciastko ryżowe, wietnamskie zielsko, kiełki, wołowinę (bardzo smaczną) i jajko. 
   
  
Niemniej jednak sama zupa to dopiero początek, bo następnie należy ją przyprawić. Tu mamy do dyspozycji cytryny (trzeba sobie wcisnąć ze 2-3 kawałki), dwa rodzaje ostrego sosu chili, ostre suszone papryczki, sos rybny oraz czosnek marynowany. Odpowiednie przyprawienie zupy to nie jest prosta sprawa: naprawdę łatwo sprawić, że wywar będzie zbyt ostry (to znaczy taki, że w ogóle się go praktycznie nie da dotknąć końcem języka). Ale dzięki różnorodności przypraw zwykle okazuje się, że za każdym razem smak jest trochę inny.
  

    
W rezultacie otrzymujemy zupełnie rewelacyjną zupę, którą można się spokojnie najeść na cały dzień (a przynajmniej jego większość, jak jest się głodomorem jak ja).
    
Do zupy ważne też są dodatki. Przede wszystkim są sajgonki - krojone w małe kawałki i niesamowicie smaczne. W tym wypadku - krabowe.
    
     
Do sajgonek w ramach sałatki często dodawana jest pokrzywa spod torów. Smakuje naprawdę dobrze (to nie żart). Poza tym można też się napić herbaty i kawy. Zielona herbata występuje w dwóch rodzajach - na zimno (wielki kubek gorzkiej zielonej herbaty z lodem) lub na ciepło (mały kubek ciepłej herbaty). Kawa - podobnie, tyle że z kawą jest ciekawie. Bo jest to specjalna wietnamska kawa z dodatkiem słodzonego mleka skondensowanego. Więc jest bardzo mocna i bardzo słodka. I bardzo smaczna.
    
    

    
Na koniec mogę tylko zupę polecić. To niesamowite przeżycie zarówno kulinarne, jak i, powiedziałbym, krajoznawcze (z uwagi na otoczenie). 
    

7 komentarze:

  1. Ja chcę zupy, bardzo, bardzo. Pięknie się prezentuje. I ten sklep z wietnamskimi produktami - zaprowadzisz mnie tam :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Those photos of the food are making so hungry right now you have no idea. I thought you were talking about the soup with the meat on top of it, thinly sliced. Also, I've had the Vietnamese coffee and it is in fact quite good. Next visit I make, we're totally going there!

    OdpowiedzUsuń
  3. Tam są takie kawałki wołowiny, nawet je widać. A z tą wizytą - pewnie trzeba się spieszyć, bo ten obszar będzie raczej przebudowany przed Euro 2012.

    OdpowiedzUsuń
  4. Glodomor -- that word has been stuck in my head since I read this entry. I think this would make a wonderful super hero, don't you? With a sandwich on the front of his super hero outfit and he will ride around in a motorized hamburger.

    OK, its late. I need to go to sleep.

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy15/9/09 13:36

    Niestety, mają termin do końca roku - potem zamykają:(
    Z tego co wiem szukają cały czas nowego miejsca.

    OdpowiedzUsuń
  6. A ta zupa to doświadczenie wręcz mistyczne. Częścią obrządku jest wchodzenie od strony stacji Warszawa Stadion. Pewno da się dojść do zupy inną drogą, ale to już nie będzie to ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Byłem, jadłem. rzeczywiście, niezwykłe doznanie ;)

    Puszon

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...