wtorek, 8 września 2009

Stalaktyty klatkowe

Tym razem, dla odmiany, o czymś bliższym i bardziej swojskim.

Byłem ostatnio w Łodzi i tam, poza obejrzeniem w niezwykle miłym towarzystwie muzeum sztuki w Manufakturze, a także otrzymaniem urodzinowej konfitury z czerwonej cebuli (zdecydowanie intrygująca w smaku, polecam), zaobserwowałem efekty pewnej zabawy podwórkowej (a raczej klatkowej), która - jak się okazało - jest w tym mieście nadzwyczaj popularna. Zresztą krótkie badania, które następnie przeprowadziłem (dzięki pomocy Google'a, oczywiście) uświadomiły mi ogrom mojej ignorancji, gdyż okazało się, że np. - żeby nie szukać daleko - na warszawskim Ursynowie również jest to atrakcja powszechnie znana i lubiana, tylko ja jakoś nigdy do tej pory się z nią nie spotkałem.

A efekty owej gry towarzyskiej są bardzo ciekawe, bo wyglądają tak.


Jak widać, są to zapałki przyczepione do sufitu. Jak się w tę zabawę gra? Nie próbowałem, ale wygląda na to, że należy zrobić jakoś tak:
  • bierzemy zapałkę, koniec pozbawiony siarki smarujemy w farbie ze ściany (na takiej klatce łatwo coś gdzieś wydłubać) i ślinimy [ i tu aktualizacja - wg Tomka, który ma lepsze rozeznanie, jest to tak: wali się charchę na ścianę (ino taką solidną, spod serca, coby obficie spływała) i mazia się pustym końcem zapałki w tej charsze, aż nabierze on kleisto-emulsyjnej masy na siebie ].
  • zapałkę zapalamy i podrzucamy w górę
  • zapałka z tajemniczego powodu odwraca się płomieniem ku dołowi (wtedy wygląda prawdopodobnie jak rakieta startująca w kosmos), przykleja do sufitu dzięki mieszaninie farby i śliny i dopala się do końca, zostawiając urocze plamy.
  • taka zapałka wtopiona w sufit potrafi wisieć bardzo długo (zapewne nawet lata)
Ten scenariusz to jedynie mój domysł, złożony ze strzępków faktów. Jeśli ktoś z Was ma jakieś własne doświadczenia w tej kwestii, zapraszam.
          
I na koniec klatka z widoczniejszymi efektami.
   
    
Intrygujące, nieprawdaż? I, jak widać po ilości śladów, zabawa sprawia wrażenie całkiem wciągającej. Obawiam się jednak, że nie wszystkie sufity są dobrze dostosowane do tej gry. Zapewne farba musi być odpowiedniego rodzaju. Dlatego nie polecam próbowania w domu, może nie wyjść aż tak idealnie.
  

6 komentarze:

  1. Bardzo się ciesze, że dzięki wycieczce do łodzi twoje horyzonty dotyczące gier i zabaw tak bardzo się poszerzyły (w zakresie sztuki współczesnej - ciała, fetyszu i konstrukcji, mam nadzieję że też).

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ oczywiście. I na temat - jak to było - ciała, urazu, protezy też. W końcu były o tym ze dwa piętra.

    OdpowiedzUsuń
  3. Michal I.8/9/09 20:11

    To faktycznie dosc popularna zabawa w Lodzi. Pamietam, ze w bloku w ktorym mieszkalem przez pierwsze kilkanascie lat zycia, tez byly takie czarne plamy. Co ciekawe, jak sie je robi dowiedzialem sie dopiero kilka lat temu...

    OdpowiedzUsuń
  4. W pierszym punkcie się jebłeś:
    - Wali się charchę na ścianę (ino taką solidną, spod serca, coby obficie spływała).
    - Mazia się pustym końcem zapałki w tej charsze, aż nabierze on kleisto-emulsyjnej masy na siebie.
    A tajemniczy powód, to właśnie ta kleista masa. Powszechnie wiadomo bowiem że masa kleista jest cięższa niż siarka. Ba, niebagtelną rolę odgrywa w procederze całym technika rzucania. Byle kiep (!) nie rzuci zapałką tak jak trza (nie przyklei się, albo zgaśnie w locie).

    OdpowiedzUsuń
  5. No i wrzuciłem niniejszym pierwszy komentarz 9-go, 9-go, 2009-go. Odwrócony szatan. /w\ /w\

    OdpowiedzUsuń
  6. A, no to jasna sprawa, właśnie tego nie do końca rozkminiłem. A teraz wszystko jasne jak charcha na parapecie.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...