niedziela, 20 września 2009

O pewnym smoku, a trochę i o mnie

Że w Krakowie mieszka smok, wiadomo powszechnie. Siedzi sobie pod zamkiem i zieje. No, tak naprawdę to czasami zieje, albo - jak mu się nie chce - to nie zieje.

Mamy z tym smokiem swoją wspólną historię, rozciągającą się na wiele lat mojego okazjonalnego bywania w Krakowie przy okazji różnych konwentów i odwiedzania znajomych. Bo wiadomo, odwiedzenie ziejącego smoka to ważna rzecz. Pobyt w mieście ze smokiem bez spotkania ze smokiem jakby się nie liczy. Straciłoby się całą magię - to tak, jakby pójść do wróżki, ale uniknąć postawienia tarota.

Dlatego też za każdym razem, gdy byłem w Krakowie, szło się odwiedzić smoka. Wszyscy moi znajomi dzielnie asystowali mi w tym rytuale, szczególnie że - co ciekawe - jego efekt zwykle był taki sam: smok akurat nie ział. Powody były różne: czasem nieznane, a czasem wyjawione na jednej z niezliczonych tabliczek typu "Awaria gazu", "Przerwa w dostawie gazu", "Remont", "Renowacja" itp. itd. (Swoją drogą, nie wiem, po co było tak się upierać przy tym gazie. Przecież i tak wszyscy wiedzą, że smoki nie są na gaz. Ja rozumiem, że chcieli udawać, że mogą w każdym momencie ten gaz wyłączyć i uspokoić smoka, ale przecież i tak wszyscy rozsądni turyści wiedzą swoje). 

Tak czy inaczej smok z właściwą dla siebie regularnością nie ział, mimo że wszyscy zapewniali mnie, że tak na co dzień to on zieje, po prostu ja mam jakiegoś szczególnego pecha. Wydaje mi się, że to było takie droczenie się - wiadomo, przyjeżdża Jacek, trzeba poudawać, że się jest takim humorzastym smokiem, że nie zieje się na zawołanie. Wiadomo, smoki muszą być chimeryczne z natury, nie ma wyjścia.

Te wizyty u smoka były z jakiegoś powodu wówczas ważne. Taki magiczny element życia, o zupełnie mglistym sensie. Ale chyba tak to zawsze bywa z ważnymi rzeczami.

W nieco mniej odległych czasach, kiedy to bywać w Krakowie zdarzało mi się znacznie rzadziej niż w prehistorycznej epoce pierwszych Krakonów, smokowi też jakby zdarzało się zapomnieć, że na mój widok natychmiast powinien przestać ziać i parę razy udało mi się zobaczyć go ziejącego. Cóż, widać nawet w najbardziej przywiązanym do tradycji mieście w Polsce niektóre zwyczaje się zmieniają.

Potem usłyszałem zupełnie niepokojącą wiadomość, że smok zieje za smsa.

Trzeba było wysłać smsa na odpowiedni numer, a smok wtedy ział. W sezonie turystycznym podobno trzeba było czekać całkiem długo, żeby zaział właśnie na tego określonego smsa, ale coś wydaje mi się, że to trochę chyba wszystko jedno, bo przecież ział zapewne wtedy na smsa innych turystów. Wydawała mi się ta cała historia nieco dziwaczna. Było tak jakiś czas, przez który nigdy się zresztą ze smokiem nie widzieliśmy, więc nie wiem, jak się czuł, musząc chuchać ogniem za każde 1,22 zł z VAT.

Na szczęście teraz jest już jak dawniej i można smoka normalnie poprosić o to, żeby zionął. Słowami, nie za pomocą nowoczesnej technologii. I smok zwykle to życzenie spełnia. Zieje mu się całkiem dobrze, jakby nigdy nic.

Nie udało mi się trafić do smoka z odpowiedniej strony za pierwszym podejściem (widać, jak długo nie było mnie w Krakowie) i znalazłem się na Wawelu. Wypatrzenie smoka z murów nie jest wcale takie proste, bo drzewa tam wysokie, a bestia całkiem nieźle się między nimi ukrywa. Ale da się. I co najfajniejsze, gdy tylko pierwszy raz dojrzałem jego kanciastą paszczę, natychmiast buchnął z niej kłąb ognia.

Bardzo miło to z jego strony, że mnie jeszcze pamiętał, mimo że tak dawno się nie widzieliśmy.

Potem podszedłem sobie do niego już blisko, i też ział. Nawet miałem wrażenie, że był całkiem zadowolony. Ja zdecydowanie byłem.

















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...