środa, 30 września 2009

Gargulce świętego Wita

Na praskim hradzie jest gotycka katedra, która jest dla mnie miejscem absolutnie magicznym. Może dlatego, że była to kiedyś jedna z pierwszych wielkich gotyckich katedr, jakie zobaczyłem, i na dodatek po raz pierwszy ujrzałem ją w nocy (a jest ślicznie oświetlona), i zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. I robi je do tej pory. Jest po prostu wielka i fajna.  Ciekawostka jest taka, że budowano ją jakieś 700 lat (i skończono tak mniej więcej pod koniec lat 1920.).





Ale, żeby nie wdawać się tu w jakieś wspomnienia z dawnych czasów, albo inne głupoty, przejdę szybko do rzeczy. Otóż wiadomo, co jest najfajniejsze w prawdziwych gotyckich katedrach - gargulce!

Każdy chyba kocha gargulce. Niestety, gargulce najczęściej za dnia śpią i wyglądają strasznie, ale jednak nie aż tak groźnie. Najlepiej więc podejść je w nocy, bo tylko wtedy można uchwycić na fotografii moment, gdy nagle przebudzone wrzeszczą potępieńczo. Problem jest taki, że wtedy łatwo zostać pochwyconym i pożartym. Wiadomo, z gargulcem lepiej nie zadzierać. Szczególnie, jak się jest znacznie spowolnionym, bo właśnie tacha się ze sobą specjalny sprzęt do fotografowania prawdziwych postaci gargulców nocą — całe to okultystyczno-alchemiczno-optyczne oprzyrządowanie, które do tego celu jest niezbędne.

Bo naprawdę pod katedrą św. Wita nocą jest zupełnie niesamowicie. Kręci się zwykle paru turystów, ale jak jest późno, to nie za dużo, a teren ogromny, więc można zostać zupełnie sam na sam z gargulcami. Brrrr….

Tak więc łatwo nie było, ale udało się, i tak specjalnie dla Was przygotowana została Wielka Galeria Praskich Gargulców Nocą.

Zapraszam. Tylko się nie przestraszcie, bo zaiste potworne to stwory.
 

Praga na szynach

Nie mam pojęcia, ilu z moich czytelników podziela moje zamiłowanie do wszystkiego, co ma związek z koleją, ale nie powstrzyma mnie to przecież przed napisaniem wpisu o pociągach, metrze i tramwajach!

Pociągami wiele się nie najeździłem, poza oczywiście podróżą w obie strony doskonałym nocnym połączeniem PKP. Niemniej jednak warto wspomnieć o dworcu Praha hlavní nadraží. Ten dworzec, przypominający nieco stylem warszawski Centralny, zdaje się został od lat 90. już dwukrotnie wyremontowany (właśnie teraz trwa dość kompleksowa renowacja). Fajnie, prawda? A poza tym to fajne miejsce — podziemia w stylu Centralnego zbudowane pod starym dworcem art deco, w którym obecnie mieści się kawiarnia Fantova, a do tego wielka hala peronowa. Wszystko, czego można chcieć.









Metro chyba nie zmieniło się wiele: jest funkcjonalne, ma trzy linie, pociągi są ładne, stacje też git. Wszystko jak trzeba. Za to związana poniekąd z metrem anegdotka innego rodzaju.

Praga przypomina jednak nieco Polskę (no bo to blisko, wszyscy mówią podobnie). Naturalnie więc człowiek zaczyna się zastanawiać, jakby to było, gdyby się tam mieszkało. Tak po prostu samo przez się, no bo czemu nie. I właśnie pierwsza rzecz, która mnie tknęła, to długie podróże schodami ruchomymi w metrze. Bo tam wszystkie stacje są bardzo głęboko i schody są naprawdę długie. Jedzie się nimi i jedzie. I tak sobie można wyobrazić codzienne jazdy tymi schodami, minuty, zbierające się w godziny, kumulujące się w tygodnie jazdy w górę i w dół, w górę i w dół. Powoli, statecznie, no bo przecież nie ma co biegać po schodach (kiedyś to było nawet zakazane). Dziwaczne wrażenie, kiedy już się nad tym zastanowić.







Są jeszcze tramwaje. Są nowoczesne i stare. Przy czym, o ile zwykle jestem fanem nowoczesnych tramwajów, o tyle w Pradze te stare — czerwone — ślicznie wyglądają na ulicach. Od razu każda uliczka zyskuje na urodzie, jak tylko zjawi się na niej czerwoniutki tramwaj. Aż chce się wsiąść, nieważne przecież dokąd jedzie. (Nie, żeby bez tego tramwaju było tam brzydko).





Ach, nie można też zapomnieć o tramwaju linowym wjeżdżającym na wzgórze Petřin. Też wesoły środek lokomocji, tyle że kolejka do stacji w górę jest w niedzielę przepotworna (niestety, wagonik jest mały, nie mieści się tam dużo osób). Ale za to fajne są mijanki, nawet zrobiłem zdjęcie (poniżej).





wtorek, 29 września 2009

Labirynt luster

Na wzgórzu Petřin jest sobie taki mały drewniany niby to zameczek, niby baszta, a w nim — labirynt luster z 1891 roku. Zbudowany z okazji wystawy światowej jest tam sobie do tej pory. Składa się w zasadzie z trzech części, z czego jedna to diorama przedstawiająca bohaterską obronę Pragi przed Szwedami (tego nie będziemy pokazywać), druga — gabinet krzywych zwierciadeł (tego też nie, bo każdy wie, jak się wtedy wygląda), a trzecia — to właściwy wspomniany labirynt. Prosta rzecz, a naprawdę fajna. Zupełnie nie wiadomo, co gdzie widać. Kilka zdjęć poniżej.











Było tam oczywiście dużo dzieci ganiających po korytarzach, ale wyobrażam sobie, że gdybym był tam sam, to nie byłoby za wesoło. Z lustrami nigdy nic nie wiadomo. Czasem zdarza się zobaczyć po drugiej stronie lustra rzeczy, które nie koniecznie chciałoby się oglądać. No i na dokładkę jeszcze są choćby te wszystkie rzeczy opisane w „Cieniu kata” Wolfe’a. Coś może stamtąd przecież przyjść. No ale w tłumie można liczyć na to, że wiele się nie stanie. Byleby tylko nie przejść przypadkiem przez żadne lustro.

Ale bardzo uważałem. Chyba się tym razem jeszcze udało.

Chociaż?...

Magiczna jaskinia



Czasem idąc zupełnie na ślepo trafia się na bardzo ciekawe miejsca. Na przykład gdzieś w Pradze znalazłem galerię obrazów, rzeźb i ceramiki artysty (o którym, żeby nie było, nigdy wcześniej nie słyszałem) nazywającego się Reon. Galeria, a raczej domek z piwnicą, nazywa się „Magiczna jaskinia”.

Reon zajmuje się najogólniej mówiąc światem wróżek. Raczej jego albumu bym sobie nie kupił, ale tu zupełnie nie o to chodzi. Bo tam jest dom przetworzony na magiczny kawałek magicznego świata — wszędzie fauny, mordy, ryje, rogi, smoki, stalaktyty, dziwne rośliny, zieleń, niezwykle barwne kwiaty, no i oczywiście nagie panny. Wszystko w zielono-brązowo-czerwonawo-niebieskawo-magicznych kolorach. W szczególności cała klatka schodowa to fantastyczna kolekcja kobiecych portretów z różnymi rzeczami na głowie: krabem, smoczkiem, kotkiem i innym tałatajstwem. Trzy piętra takich atrakcji, plus smok i parę stworów przed wejściem. Rzecz naprawdę warta odwiedzenia (oczywiście, gdy się jest miłośnikiem fantasy i wróżek, no ale kto nie jest!).

Tak więc zapraszam do Argondii (tym razem nie na Picasie, bo bardziej mi się podoba na czarnym tle :-)).

Tylko uważajcie na zdradliwe chochliki.

poniedziałek, 28 września 2009

Czarne światło

Wakacje, nawet krótkie, to zawsze jakaś odmiana — wypada na nich robić rzeczy, których zwykle się nie robi. Ja na przykład rzadko chodzę do teatru. A Praga to o tyle szczególne miejsce, że miejscową specjalnością jest tzw. czarny teatr (Černé divadlo albo black light theatre), czyli coś na kształt multimedialnego przedstawienia. Opiera się głównie na pantomimie (dzięki czemu daje to radę, bo nie trzeba znać czeskiego), lalkach, rysunkach i muzyce, a główną stosowaną techniką jest patent polegający na tym, że zupełnie niewidoczni, bo ubrani na czarno ludzie przemieszczają się po czarnej scenie, sterując rekwizytami. Do tego dochodzą akrobacje cyrkowe, wyświetlanie filmów bądź rysunków na pociętej w paski półprzezroczystej kurtynie, efekty uzyskiwane ultrafioletem i niesamowicie ładne dekoracje. Rzecz dość ciekawa.

Możliwości jest dużo, są mniej i bardziej znane teatry, są przedstawienia oparte na muzyce Beatlesów itp. Ja się wybrałem na coś o nazwie Aspects of Alice, oparte niezwykle luźno na Lewisie Carollu, ale za to dziejące się w praskiej scenografii. Filmik pozwoli zorientować się, o co chodzi. Wrażenie - bardzo pozytywne.



A przy okazji ciekawostka. Praga bardzo chce, żebym był studentem. W wielu miejscach — galeriach, muzeach — jestem pytany, czy nim jestem. Oczywiście odpowiadam, że nie i poproszę o zwykły wstęp dla dorosłego, ale i tak dostaję bilet dla studenta. W teatrze Ta Fantastika kasjer zastosował zupełnie inny trik - gdy powiedziałem, że nie jestem studentem, stwierdził, że nie ma mi jak wydać i musi mi i tak dać bilet dla studenta. Pięknie. Nie wiem, o co chodzi, może to miasto chce mi coś powiedzieć, ale na pewno wychodzi wszystko taniej.

Tylko co by na to powiedział Wilq?

Tańczący dom i złoty anioł

Tańczący Dom i Złoty Anioł to nazwy dwóch nowoczesnych budynków w Pradze.

Pierwszy z nich został zbudowany przez Francka Genty'ego (tego od jednego z moich ulubionych budynków, jakie widziałem — muzeum Guggenheima w Bilbao (Kraj Basków) — zdjęcia są tu, tu i tu) we współpracy z niejakim Vlado Millunicem w 1996 roku. Historia jest taka, że ów Vlado mieszkał sobie czas jakiś w sąsiednim budynku razem z Vaclavem Havlem. Obu było niezwykle smutno, że działka obok stoi pusta. Jak tylko czasy się zmieniły, to znaczy upadł komunizm, a Havel został prezydentem, postanowiono coś z tym zrobić. Tak więc powstał Tańczący Dom. Wygląda na to, że początkowo dwie części budynku symbolizowały dwa elementy federacyjnego państwa, jakim była Czechosłowacja — teraz to już tylko wspomnienie. Tak czy inaczej budynek stał się przymiarką do wspomnianego muzeum Guggenheima, niemniej jednak jest zupełnie sympatyczny. Ślicznie się te dwie części do siebie przytulają.




Ale nie ma co się martwić, my też mamy swój Krzywy Domek w Sopocie.

Złoty Anioł to z kolei dzieło Jeana Nouvela z 2003 roku i jest to taki tam po prostu budynek biurowy,  też trochę powyginany. Tyle że w szkle wyryty jest wizerunek anioła z filmu Wima Wendersa. Anioł opiekuje się dzielnicą, a chyba przede wszystkim jej odnową. Sam nie wiem — budynek chyba byłby ładniejszy, gdyby ktoś go nie zapisał w całości na czerwono. Trudno zresztą powiedzieć.



Obok za to jest parę innych ciekawych rzeczy: centrum handlowe i kino. Też fajnie wyglądają.



I to chyba tyle nowoczesnej Pragi. Niedużo. W sumie, jakby się nad tym zastanowić, w Warszawie chyba więcej nowej architektury (mówię o takiej, na którą da się patrzeć oczywiście).

niedziela, 27 września 2009

Praskie rozrywki

W Pradze jest po prostu dużo rzeczy. Dla kilku z nich warto tu być, a bez kilku dałoby się wytrzymać. No to lecimy.

1. Beer to go

Zdecydowany numer jeden. W Pradze nie ma żadnego głupiego patentu pod tytułem zakaz picia w miejscach publicznych. Z reguły w ulicznych kramikach, kioskach z przekąskami, albo też knajpach można sobie kupić „piwo na drogę” — w plastikowym kubku, i sobie potem z nim spokojnie spacerować dalej. Bardzo to przyjemne. I, co ciekawsze, nie widać tu jakoś gigantycznej liczby awanturujących się pijaków. Nawet turystów z Polski :-).

2. Fast foody

Wiadomo — smažený sýr można jeść w kółko i się w sumie nie nudzi. Ale z przekąskami jest tu nieźle. W centrum są takie fajne budki, które mają nie tylko szeroki wybór różnego rodzaju hot dogów, kiełbasek i serów, ale też fajnie wyglądają i wszystko jest apetyczne (no i do tego można wziąć piwo).

Tak więc przede wszystkim jest smažený sýr w bułce. Dobra rzecz. Ale spróbowałem też norymberskich kiełbasek w bułce — również smaczne. Można tak się odżywiać bez problemu.





Są też przekąski na słodko — wyglądają również apetycznie, tyle że jakoś za słodkimi rzeczami nie przepadam aż tak bardzo, więc się nie skusiłem



A przy okazji — jeśli chodzi o bardziej tradycyjną kuchnię czeską, to na razie nie jestem specjalnie dobrze poinformowany. Knedliczki jakoś mnie odstraszają. Wiem za to, że trafiają się tu całkiem dobre (i tanie) knajpy tajskie :-).

3. Krecik

Krecik jest wszędzie. Jest bardziej wszędzie niż babuszki (które z jakiegoś powodu też są w każdym sklepie z pamiątkami, reklamowane jako tradycyjny wyrób środkowoeuropejski(?)). Krecik, tak jak go pamiętam z dzieciństwa, był oczywiście fajny, ale ogromny biznes krecikowy to rzecz jednak, której u nas nie ma. Ciekawe, czy u nas dałoby się taki sam rozkręcić, opierając się na licencji na Misia Uszatka?









4. Łasiczka ganiająca za piłeczką

To coś jest też wszędzie, chyba nawet częściej niż krecik. W drzwiach do sklepu z pamiątkami stoi sobie miska, w tej misce jest piłka i mechaniczna łasiczka (czy inne tałatajstwo) ganiająca za nią. Stworzenie wije się w misce bez ustanku, i to praktycznie w każdych drzwiach po obu stronach mostu Karola. Coś jak u nas żółwiki w misce z wodą, tylko tu jest miska, a nie ma wody. Niesamowity badziew.



5. Marionetki

Też jest ich dużo. Tak jak w Wenecji wszędzie są maski, tak tu są marionetki. Są nawet fajne, ładne i bardzo dobrze wykonane, tylko — powiedzmy to sobie wprost — po co komu marionetki? Niemniej jednak, biorąc pod uwagę liczbę jakoś zapewne prosperujących sklepów z nimi, pewnie po coś komuś są.


Duże dzieci prą do góry




Praga zdecydowanie nie jest miastem drapaczy chmur. W zasadzie nie widziałem tu jeszcze wieżowca z prawdziwego zdarzenia. Pewnie jakieś są, ale bądźmy szczerzy, nie jest to Manhattan. Nie jest to nawet warszawska Wola. Wysokich budynków jest tu jak na lekarstwo.

Na szczęście jest wieża telewizyjna (216 m). Pochodzi z początku lat 90. i jest jednym z nielicznych przykładów nowej, ale imponującej architektury miasta. Szczególnie, że jest niejako wzbogacona przez rzeźbę „Dzieci” (David Cerny). Dzięki temu po wielgachnych rurach wspinają się ogromniaste gołe bachory. Rzecz, nie da się ukryć, robi wrażenie.











Na górze jest też kawiarnia, ale niestety czynna w jakichś dziwnych godzinach, więc nie udało mi się skorzystać. A szkoda, zawsze fajnie się pije kawę, patrząc z góry na miasto.

Jest w ogóle coś w takich rurowatych industrialnych kształtach. Coś, czego chyba jeszcze nie potrafię nazwać. Widać muszę obejrzeć więcej takich obiektów.





Wieża należy do Światowej Federacji Wielkich Wież. Nigdy nie słyszeliście o takowej federacji? Ja też nie. Niemniej jednak ona istnieje, a co więcej, można być posiadaczem karty VIP owej federacji, co powoduje, że ma się dramatyczne zniżki przy zakupie biletów nie tylko na wieżę TV w Pradze, ale też na 26 innych atrakcji, w takich miejscach jak Kuala Lumpur, Sydney i wszędzie. Fajnie, prawda?

Tak czy inaczej, z góry, czyli z 93 m można zobaczyć taką oto Pragę.







Wieża była budowana aż 3 lata. Bo taką wieżę niełatwo zbudować, szczególnie jak się chce, żeby była ładna.



I może jeszcze pewien okoliczny kościół — również w dzielnicy Zizkov. Pierwsze zdjęcie dobitnie, mam nadzieję, uzmysławia, że jeśli chce się wejść do kościoła, to wcześniej warto wyrzucić śmieci. Swoją drogą ciekawe, co Czesi mają z tymi zegarami. Bo nie tylko kościoły są wyposażone w zegary (u nas to jakoś szczególnie popularne nie jest, ale pewnie to z uwagi na inny odłam religii), ale praktycznie na każdym rogu ulicy jest tu jakiś zegar.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...