niedziela, 23 sierpnia 2009

Nowy Jork: Wyprawa na króliczą wyspę

Czemu Coney Island nazywa się właśnie tak, mimo że nie jest wyspą, tylko dzielnicą położoną przy morzu? Otóż kiedyś była to wyspa, po prostu potem zasypano to, co ją oddzielało od lądu. I to wyspa zamieszkana przez niezwykle liczną populację królików, a królik w staroamerykańskim to coney. Więc wszystko jasne, prawda?


Na króliczą wyspę jedzie się godzinę metrem ekspresowym, czyli całkiem długo. Niemniej jednak nie jest to specjalnie uciążliwa podróż, bo na Brooklynie metro jedzie już w większości nad ziemią i można sobie podziwiać widoki. A jest co podziwiać. Przede wszystkim zupełnie wszystkie ściany wymazane są ślicznym graffiti. Na przykład takim:








Ciekawostką jest też suszące się pranie na sznurach. Nie jest to może ta ilość prania, co w Neapolu, gdzie w zasadzie nad każdą niemal uliczką na starym mieście rozciągają się sznury z praniem, ale zawsze. Wygląda egzotycznie:




W końcu, po długiej jeździe, docieramy do miejsca, w którym śpią pociągi metra. Jest zajezdnia w budynku, ale ona jest prawdopodobnie dla wybranych. Większość składów śpi sobie pod gołym niebem, na bardzo rozległym polu. Pole wygląda mniej więcej tak:




No i wreszcie docieramy do stacji Coney Island. Stacja jest fajna, bo nad ziemią, wielopoziomowa i na zakręcie.




Po zejściu na dół jedna z większych atrakcji tego miejsca, czyli niesamowicie rozległy i bardzo fajny mural. Tutaj tylko dwa zdjęcia (w tym na jednym gość specjalny, któremu się akurat przysnęło pod murem); na resztę trzeba poczekać, aż kiedyś uda mi się wrzucić zdjęcia z Nowego Jorku na Picasę (a to pewnie potrwa wieki).






Niestety, właśnie w tym momencie wycieczki zaczęło się oberwanie chmury. Był to pierwszy deszcz, który doświadczyłem w Nowym Jorku (wcześniej pogoda była idealnie słoneczna, ani jednej chmurki) i muszę przyznać, że był spektakularny. Z braku lepszej opcji schroniliśmy się pod daszkiem przy okienku jakiejś pizzerii (pod tym samym daszkiem stała pani, która bardzo się kłóciła ze swoim dzieckiem, więc było jeszcze straszniej). Deszcz lał i lał, a z braku lepszych opcji można było zająć się fotografowaniem ludzi, którzy byli po drugiej stronie ulicy (tam mieli lepsze możliwości ukrycia się). Jak widać, zmykają.




Albo stoją pod daszkiem i myślą sobie: zaraz przejdzie, nie może to przecież potrwać długo (naiwniacy).




Z czasem deszcz zamiast przestać, raczej nieco się wzmógł. Wtedy wszystko wyglądało mniej więcej tak:




W tej sytuacji jedyne, czym można było się zająć, to przeżywanie przygód kubeczka, który płynął sobie w dół ulicy, omijając różnego rodzaju przeszkody. Raz omijał pniaczek, raz śmiecia, raz przepływał przez zwężenie kałuży i już myślałem, że nie da rady, ale deszcz zaczął padać intensywniej i się udało. Niesamowite przeżycia i niezwykle fascynująca odyseja.




W końcu przestało padać na tyle, że można było przemknąć do jakiejś knajpy. Przebiegliśmy do knajpy przy Muzeum Coney Island. Fantastyczne miejsce, gorsze widziałem chyba tylko w Afryce. Za to można tu było odkryć stare skrzynki po Coca Coli i Pepsi, zobaczyć, że najgorsze piwo świata, czyli piwo Coney Island kosztuje tu aż 9$, no i spotkać dwóch miłych, aczkolwiek całkowicie wytatuowanych panów.








No ale w końcu skończyło padać, więc dało się wyleźć. W oddali rozciągało się Brighton Beach - rosyjskie blokowisko (rzeczywiście wszystkie napisy w okolicy były też po rosyjsku).





Ale my poszliśmy w stronę plaży. A tam czekały już prawdziwe atrakcje, prosto z króliczej wyspy. Więc na przykład mamy tu na przykład dziewczynę z ciałem węża. 




Mamy też prawdziwą licencjonowaną wróżkę (tak swoją drogą, w ogóle wróżek w Nowym Jorku jest pod dostatkiem).




I w końcu dotarliśmy do plaży. Fajna duża plaża, fajny deptak i kosze pokryte graffiti (bo na koszu nie ma murali, prawda?).




Ciekawą atrakcją była sikająca wodą palma. W rozpylanej wodzie bawiły się dzieci i ptaki. Piękny widok. 






W oddali widać wieżę do wykrywania obcych cywilizacji programu SETI (no, przynajmniej na oko tak to wyglądało).




A jakby ktoś zgłodniał, to ten miły pan na dachu budki proponuje nowojorskiego hamburgera "Coney Island". Hamburger ma słuszne rozmiary, więc na pewno nikt tu głodny nie będzie chodził.




I jeszcze podstawowa atrakcja - Cyclone - najstarszy w USA rollercoaster z 1927 roku. I to zupełnie drewniany!



W końcu poszliśmy na plażę, żeby wejść do oceanu. Problem polegał tylko na tym, że się nie dało, ponieważ w pewnej od niego odległości był rozciągnięty sznureczek z czerwonymi flagami, a za nim chodzili panowie z czymś, co wyglądało jak wykrywacze min. Pomyśleliśmy, że nastąpił atak terrorystyczny na Coney Island, w piasku została zakopana bomba wodorowa i zaraz wszyscy zginiemy, ale mili panowie wyjaśnili nam, że chodzi po prostu o to, że zbliża się huragan Bill i to wszystko przez to. Więc dowiedzieliśmy się, że i tak wszyscy zginiemy, ale przynajmniej z przyczyn mniej więcej naturalnych. Dobre i to.


Huragan zbliżał się rzeczywiście, bo niebo przybrało dość dziwny i niepokojący kolor, a chmury po długich przygotowaniach ułożyły się w coś podobnego do wiru. Niesamowity efekt. 






Przez chwilę nawet fajnie było na to patrzeć, ale zaraz zaczęło potwornie lać i trzeba było uciekać. Nie było wyjścia, jedynym obiektem w pobliżu było Akwarium.






Głównym problemem Akwarium było to, że było porozbijane na różne budynki, pomiędzy którymi trzeba było przebiegać w ulewnym deszczu. W sumie Akwarium kojarzy się z wodą, więc fakt, że było się całkowicie przemoczonym w jakiś sposób pomagał pewnie lepiej zrozumieć ciężką dolę rybek. Tak to sobie tłumaczę.

Niemniej jednak spotkaliśmy kilka interesujących osób. Pierwszą z nich był pan Ośmiornica, śpiący sobie między skałkami. Najfajniejsze było to, że czasem wystawiał taką małą i cienką mackę, żeby podrapać się po głowie. Nawet widać ją na zdjęciu.


Oczywiście były też foki, pingwiny, morsy i setki gatunków ryb. Ale wizualnie ciekawe są oczywiście meduzy.



A także ludzie patrzący na meduzy.


No i takie tam macki.


Poniższe zdjęcie przedstawia ogon węgorza elektrycznego.


I na koniec dzisiejszego problemu pozdrawia Państwa konik morski.




Dobranoc!

4 komentarze:

  1. Po pierwsze, w Neapolu wprowadzono zakaz wieszania prania podobno (od kilku lat funkcjonuje już we Florencji i paru innych miastach). A po drugie - mural absolutnie zjawiskowy, widziałeś takich więcej?

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie nie bardzo widziałem ich więcej. A w Neapolu byłem 2 lata temu, więc coś się może zmieniło i może już rzeczywiście nie da się zrobić takiej nastrojowej foty:

    http://picasaweb.google.com/nephaarite/Neapol#5065659428333177682

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajne te zdjęcia z oceanarium. No i dopiero teraz się zorientowałem, skąd kojarzę ten stary rollercoaster z GTA4 ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. The more I look at that octopus, the more I feel like you guys could be brothers or cousins at least.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...