niedziela, 16 sierpnia 2009

Nowy Jork: Pierwsze wrażenia z Manhattanu

Na początek ważna rzecz: udało się wstać w miarę normalnie, pierwszej nocy unikając jet laga. Niemniej jednak dzień należy zacząć od kawy, bo wiadomo - kawa jest niezbędna. Bez kawy się nie żyje, bez kawy świat jest bez sensu.

Oczywiście kłopot taki, że z Mount Vernon trzeba najpierw dojechać do miasta. Pociągi nie jeżdżą zbyt często, bo jakoś co 30 minut (a wieczorem nawet co godzinę), ale to chyba taka mniej więcej częstotliwość, jak pociągów podmiejskich pod Warszawą, więc nic dziwnego.


Pociągi są wygodne. To, co jest w nich ciekawe, to fakt, że nie są malowane - to znaczy mają metalową fakturę. Wygląda to tak jakoś industrialnie, bo w Europie czegoś takiego nie ma, ale z drugiej strony - raczej sympatycznie. W zasadzie, po przemyśleniu, podoba mi się. W samym pociągu za to jest niezwykle dziwaczny sposób sprawdzania biletów. Konduktor po prostu zabiera bilety jednorazowe i wkłada w nagłówek fotela takie śmieszne karteczki, które oznaczają, że to miejsce było już sprawdzane. Ciekawe, jak dokładnie rozwiązywana jest sprawa, gdy ktoś np. wysiądzie i tę karteczkę niechybnie zostawi. Albo jak ktoś wsiądzie bez biletu i podprowadzi komuś taką karteczkę, bo wydaje się, że to ekstremalnie łatwe. Ale może nowojorczycy są wporzo i nie robią takich śmiesznych rzeczy, kto wie.


W końcu pociąg dojeżdża na Grand Central. Ten dworzec jest jednak niesamowicie, niesamowicie, absolutnie śliczny. Art deco w najlepszym wydaniu. Gigantyczne amerykańskie flagi, wysokie malowane sklepienie, podświetlane stylowe zegary, wygodne fotele, na których można czekać. Zupełnie niesamowite. A także dwa Starbucksy, całkiem niezła kawa i fantastyczne kubańskie kanapki na ciepło z ogóreczkami i musztardką. Życie!


Po nieco dokładniejszym obudzeniu się wychodzimy z dworca i pierwszy raz widać miasto. Okazuje się, że w Nowym Jorku też bywa dzień. Istniało bowiem podejrzenie, potwierdzone na wielu filmach, że w tym mieście panuje noc cały czas. Ale nie, jest dzień, jest Manhattan, są wielkie wieżowce, szerokie ulice i w ogóle fajnie.


I od razu rzuca się w oczy pierwsza rzecz, która już potem rzuca się w te oczy i rzuca i rzuca i nie może przestać: flagi. Tu wszędzie, ale to zupełnie wszędzie są amerykańskie flagi. Wielkie. Dużo. Ciekawe, czy przed 9/11 też tak było? Nie wiadomo.


Tak czy inaczej dotarliśmy do Fifth Avenue, czyli Piątej Alei, czyli jednej z wielu zapewne głównych ulic tego miasta. No i jest fajnie.


Architektura Nowego Jorku, znana zresztą powszechnie z filmów, robi duże wrażenie - kamienice po obu stronach ulicy są wielkie i ładne. Masa detalu, często naprawdę bardzo fajnego. Gigantyczne wieżowce. Strasznie fajne wejścia do budynków.



Powoli dotarliśmy do Rockefeller Plaza, sporego kompleksu całkiem fajnych wieżowców w stylu art deco. W szczególności ciekawa jest rzeźba przedstawiająca nie wiem zupełnie kogo, ale wygląda to jak koleś z głową owiniętą pasem z nabojami, trzymającego świat w rękach. Symbol amerykańskiego imperializmu? :-).




A obok mały skwer i znacznie łagodniejsza w wyrazie fontanna, no i kwiaty.



Następny punkt na trasie to Rockefeller Center, czyli możliwość wjazdu na Top of the Rock, czyli szczyt budynku. I tu kilka atrakcji (za jedyne 20$): okazuje się, gdy winda rusza, że jej matowy sufit wcale nie był matowy, tylko przezroczysty, są na nim wyświetlane w czasie jazdy jakieś filmy i widać podświetlony kolorowym światłem cały szyb (260 metrów). Takie niebieskie punkty zbiegające się w oddali to właśnie ten szyb. Robi wrażenie.


Z góry (która rozciąga się na trzech piętrach odkrytych tarasów) widać fantastyczną panoramę miasta: obie rzeki - Hudson i East River, mosty, ogromny Central Park, a w dali nawet malutką Statuę Wolności. Gdyby nie to, że temperatura jest straszliwa (a w zasadzie chyba bardziej wilgotność, bo jest duszno potwornie i ciężko wytrzymać), można by tu spędzić masę czasu. Najlepiej do wieczora, żeby obejrzeć jeszcze zachód słońca. A tak, zrobiłem całą masę zdjęć i tyle.


Ale najciekawsze - znajduje się tu kula, którą obcy kontrolują Amerykę. Ta prawdziwa.


A potem dalej przez Fifth Avenue, bo trzeba dotrzeć do Apple Store :-). Na rogu zaczepili nas ziomale, którzy koniecznie chcą wcisnąć nam swoje hiphopowe hity. Nawet im się to udaje (uwierzyliśmy, bo powiedzieli, że będą wkrótce sławni). Minęliśmy wielkiego homara...


...i dotarliśmy do rogu Central Parku, czyli miejsca, gdzie jest Apple Store. Rzeczywiście, jest bardzo ładny. A w środku to co wszędzie :-).


Następny przystanek to sklep z zabawkami, gdzie znalazłem Chewbaccę z lego. Jak widać na obrazku ktoś mu właśnie chce zwędzić spluwę. Nie chcąc być świadkiem rozgrywek między obcymi rasami ruszamy szybko dalej.


Na zewnątrz miejsce, gdzie można kupić scenariusze chyba wszystkich filmów hollywoodzkich. Fajne.


W ogóle wszystkie charakterystyczne elementy Nowego Jorku są na miejscu. Mamy żółte taksówki (ach, Lion King na Broadwayu!).


Mamy NYPD.



Czyli filmy tym razem mówią prawdę. W międzyczasie bowiem dowiaduję się, że wiele innych rzeczy nie ma w rzeczywistości miejsca. Na przykład nie ma tu dzielnic, gdzie płoną kosze (a szkoda, myślałem, że wyjdą fajne foty :)). Zresztą koszy w ogóle w tym mieście jest jakoś mało (mimo że jest dość czysto) i czasem się trzeba nałazić z pustą butelką. Bez sensu.


Idąc przez miasto, można zaobserwować wiele miejscowych ciekawostek:

  • Można znaleźć miejsce, gdzie któraś z gwiazd NBA rzuciła tak mocno piłką, że wbiła ją w elewację budynku. Tak to wygląda. Wiadomo przecież, że Nowy Jork słynie z najsilniejszych koszykarzy świata.

  • Są też sklepy odzieżowe reklamowane panią, dla której niestety z oferty tego sklepu najwyraźniej nic nie udało się dobrać. To trochę źle pomyślana reklama, ale cóż, dziwni ci Amerykanie. Na szczęście dużo jest tych sklepów, więc miejmy nadzieję, że obkupiła się potem w innym.


  • Jest masa, ale to masa flag. Nie mówiłem już o tym? Mam przypuszczenie, że jest to związane z krótką historią narodu amerykańskiego. Wiadomo, że poczucie przynależności narodowej wyrabia się po pewnym czasie, zapada w pamięć, zapisuje się w genach (przecież to, czy ktoś jest Prawdziwym Polakiem czy nie, jest zapewne zapisane w genach, nieprawdaż?). Amerykanie historię mają krótszą, wobec tego często zapominają, jakiej są narodowości. Jeśli jednak na każdym kroku widzą amerykańską flagę, to im pomaga zapamiętać co i jak.

  • Nie wszyscy mogą przyzwyczaić się do faktu, że jesteśmy po drugiej stronie świata i nie radzą sobie dobrze z odwróconą grawitacją. Cóż, pewnie z czasem się nauczą.

  • Tutejsze banki mają naprawdę dobre sejfy. Niestety, są często okradane, gdy ktoś coś z nich wyjmuje, bo wtedy wystarczy zbić szybkę, żeby się do nich dostać. Przypuszczam, że to jest zresztą główna przyczyna kryzysu bankowego w Stanach. Wydaje mi się tylko, że pomoc rządowa dla banków jest trochę bez sensu - może taniej by było postawić tu ściankę zamiast szybki?

  • Statua Wolności na kółkach jest tu bardzo popularna. I dobrze, w ten sposób każdy może ją np. ciągnąć za sobą, gdy idzie na spacer, itp. W ogóle dla nowojorczyków statua jest takim zwierzęciem domowym - w innych miejscach świata ludzie wychodzą z psami, a tutaj każdy wychodzi ze swoją statuą na smyczy. W sumie trudno się dziwić.


  • Bardzo dużo budynków ma schody na zewnątrz. To są schody przeciwpożarowe i podobno normalnie się ich nie używa. Podczas pożarów zresztą też się ich podobno nie używa, bo są zwykle przerdzewiałe, mogą się załamać, a na dokładkę wymagają spuszczenia drabinki z wysokości pierwszego piętra, która zwykle już lata temu przyrdzewiała do reszty rusztowania i nic się nie da na to poradzić.


  • Bardzo popularną przekąską jest hot dog. Ale tutaj nie ma zwykłych hot dogów. Są oryginalne nowojorskie hot dogi. Czym się różnią od innych hot dogów? Nie wiem, ale nie spróbuję, więc pewnie nigdy się nie dowiem.


To chyba wystarczy tych atrakcji, jak na jeden wpis :-).



5 komentarze:

  1. Spróbuj hot doga oryginalnego. Nie może być gorszy niż warszawski kebab.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pytałam cię już czy nie potrzebujesz kogoś do noszenia walizek? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. A nie miałeś wrażenia, że jesteś na planie filmowym i to miasto po prostu nie dzieje się na prawdę?

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie, ale są takie miejsca, w których naprawdę czuje się jakby się było w takim batmanowym Gotham.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja widziałem 5th Ave tylko po widnemu i tylko przez parę godzin, ale kurczę, żadnej statu(ł?)y wolności nie spotkałem. Nawet stacjonarnej!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...