niedziela, 23 sierpnia 2009

Nowy Jork: Od bułeczek do supermana

Rano wybraliśmy się na śniadanie do Amy's Bread, knajpy serwującej najlepsze bułeczki w sercu Manhattanu. Serce Manhattanu to Hell's Kitchen, czyli Piekielna Kuchnia. Dlaczego ta dzielnica się nazywa Hell's Kitchen? Teorii jest wiele, ja poznałem dwie. Pierwsza jest taka, że w XIX wieku była to nienajlepsza dzielnica i znajdowało się tu wiele restauracji będących przykrywkami dla zorganizowanej przestępczości. Druga - a to prywatna teoria Jamesa, spotkanego tu nowojorskiego dramaturga, mówi, że czasem jest tu tak potwornie gorąco, że jest nawet goręcej niż w piekle - akurat tak, jak powinno być w piekielnej kuchni.




Tak czy inaczej bułeczki były znakomite, a kawa (ileśtamkrotna espresso) w misce też dawała radę i pozwoliła się obudzić. Niepokój budziła tylko wisząca na ścianie informacja o możliwych skutkach ubocznych jedzenia czegokolwiek w tym miejscu, ale jej fantastyczna forma graficzna działała jakoś uspokajająco.




Po śniadaniu krótki spacerek po Hell's Kitchen, okolicach Times Square do Rockefeller Center. A w zasadzie pretekst do dołączenia kilku zdjęć z tej okolicy, bo akurat w tym wypadku zdjęcia chyba lepiej oddają wrażenie bycia tam, niż słowa.




W Rockefeller Center, wspaniałym wieżowcu w stylu art deco, udaliśmy się do Game Stopu. W sklepie warte zauważenia były przynajmniej trzy rzeczy. Pierwsza to rewelacyjnie niska cena zestawów muzycznych (około 100$ za zestaw dla całego zespołu). Druga to nadciągający wielkimi krokami The Beatles: Rock Band (szkoda, że od 9 września dzieli nas tyle czasu).




Trzecia to polskie gry dostępne w ofercie. Wiedźmina nie było (żadnej edycji, nawet Extended Community Special Director's Cut Edition), ale też trzeba przyznać, że półeczka z grami PC-towymi była wyjątkowo mizerna (mam wrażenie, że z roku na rok jest jednak z tym rynkiem coraz gorzej w USA). Za to był ładnie wyeksponowany Call of Juarez 2.




Zastanawialiśmy się z Michałem przez chwilę nad problemem regionalizacji gier na Xboksa, ale ponieważ wcześniej nie sprawdziliśmy sobie, które z interesujących nas tytułów są pozbawione zabezpieczeń regionalnych, a które nie są, więc nic ciekawego się tam nie wydarzyło.




Potem Michał z Anetą pojechali na lotnisko do okropnego New Jersey, a my wybraliśmy się na wycieczkę na Coney Island, gdzie przeżyliśmy spotkanie z huraganem, oberwaniem chmury i wielkimi meduzami - ale o tym wszystkim innym razem. Za to tutaj ponadrabiam trochę zaległości.


The Strand i Forbidden Planet
The Strand to gigantyczna księgarnia, będąca także częściowo antykwariatem. Podobno jest tam 18 mil książek, i rzeczywiście, wygląda na to, że spokojnie może być to prawda. Podobno jest to także największy komiks na świecie. Całkiem przyjemnie przebywa się w takich miejscach, nie da się ukryć.




Odwiedziłem też nowojorski Forbidden Planet. To jest oczywiście fajny sklep, i myślę, że większość czytelników tego bloga, znając ich, znajdzie coś dla siebie chociażby na poniższej witrynie (ja znajduję sporo). 




Niemniej jednak mam wrażenie, że londyński Forbidden Planet jest dużo fajniejszy. Tam są książki, filmy; jest wszystko, co sobie można wyobrazić, a co ma związek z fantastyką. Tu wybór wydaje się być jakiś ograniczony. A poza tym wciąż mam wrażenie, że absolutnie najlepszy i największy sklep tego typu (przynajmniej z tych, w których byłem) jest w Sztokholmie


Most Queensborough
Pomiędzy Manhattanem a Queens leży Roosevelt Island - miejsce, do którego w tej chwili można dojechać metrem, ale jeszcze nie tak dawno temu jedyną opcją była kolejka linowa. Teraz kolejka linowa wciąż działa, ale jazdę nią mi odradzono - podobno jest w niej taki tłok, że szanse na oglądanie Manhattanu z góry są zupełnie żadne (szczególnie w godzinach szczytu, a właśnie takie były).




Za to sam most, jak zresztą chyba wszystkie mosty tutaj, jest bardzo ładny, przynajmniej dla mnie. Przypuszczam, że zależność jest prosta: te mosty mają w sobie naprawdę dużo nitów, więc automatycznie są ładne.




Budynek ONZ
Budynek ONZ robi duże wrażenie z jednego powodu: stoi nieco na uboczu, nad rzeką, na wydzielonym terenie międzynarodowym, w odległości od innych wieżowców. I chyba dlatego robi wrażenie niesamowicie ogromnego i majestatycznego (zdjęcie tego wrażenia akurat zupełnie nie oddaje). Nie za bardzo można podejść (chyba są wycieczki do środka, ale nie trafiliśmy na właściwy moment), ale zawsze miło sobie obejrzeć nawet z daleka. Ciekawostka o tym budynku jest taka, że odkąd został zbudowany w 1950 roku, w zasadzie nie był remontowany (głównie z tego powodu, że jakoś nikt się z nikim nie mógł dogadać, gdzie właściwie wtedy miałyby się przenieść organy NZ). Dopiero w zeszłym roku rozpoczął się mały remont załatwiający "najpilniejsze potrzeby", o wartości 1 mld $. Fajnie.




Dookoła budynku są różne dość ciekawe rzeźby, w tym jedna, którą z jakiegoś powodu bardzo lubię - Non violence Carla Fredrika Reuterswärda.



Daily news
Daily news to dla nas (niemieszkających w Nowym Jorku) przede wszystkim pierwowzór Daily Planet, czyli gazety, w której Superman pracuje jako Clark Kent. Siedziba czasopisma była zresztą użyta też w filmach o Supermanie. Wieżowiec pochodzi z 1929 roku i jest ślicznym przykładem art deco.


2 komentarze:

  1. Your description of New Jersey is apt and correct. Never go there and if you have to, don't make eye contact, don't touch anything, don't talk to anyone and get out as fast as you can!

    OdpowiedzUsuń
  2. Teoria o wzroście atrakcyjności mostów wraz ze zwiększeniem ilości nitów bardzo mi się podoba. Zdecydowanie jest zgodna z moimi własnymi odczuciami. No i rzeźba przy budynku ONZ - rewelacja.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...