wtorek, 18 sierpnia 2009

Nowy Jork: dziennik, część 4

Woolworth Building

To jeden z najstarszych wieżowców tutaj, choć starych wieżowców jest tu niewiarygodnie dużo. Wszystkie są architektonicznie bardzo ciekawe, większość fasad jest zdobiona, no i co ważniejsze sprawiają, że miasto rzeczywiście wygląda jak Gotham City z Batmana. Gdzieniegdzie, zamiast gotyckich gargulców, można dojrzeć modernistyczne orły - też robią niezłe wrażenie.


Hoboken

Po drugiej stronie Hudson River jest już inny stan, czyli znienawidzone tu przez wszystkich New Jersey. Niemniej jednak, gdy się odpłynie trochę od brzegu i patrzy na Manhattan z Liberty Island albo Ellis Island, widać, że w zasadzie po obu stronach rzeki jest takie samo wielkie nowoczesne miasto, pełne wieżowców. Tyle że to po prawej to Manhattan, a to po lewej to niejaki Hoboken (dziwaczna nazwa, prawda?).



Fulton fish market

Targ rybny czynny od 2 w nocy do 6 rano. Niestety nie załapałem się na godziny otwarcia. Może i dobrze. Ale okolica wygląda przynajmniej wystarczająco mrocznie.



Borders

W Stanach są naprawdę fajne księgarnie. Bo są duże i nastrojowe. A Borders ma dodatkowo naprawdę ładne długopisy, które notorycznie kupuję zawsze, gdy jestem w USA. No i całkiem dobrą kawę (wiadomo przecież, że te dwie ostatnie rzeczy to podstawowe cechy dobrej księgarni).




Surf & turf

Już o tym pisałem, ale to naprawdę dobra rzecz była. Stek z krewetkami. Naprawdę dobra rzecz. Niestety, o stekach po Stekach i Star Trekach wiem tak jakoś dużo więcej niż poprzednio, i jeszcze bardziej lubię naprawdę krwiste i surowe steki. A ten krwisty nie był zupełnie. Ale i tak był bardzo smaczny, szczególnie przegryzany kalmarami (fot. Natalia Radziejewska).



Statua Wolności

Na wyspę, na której jest Statua płynie się promem, do którego jest niewiarygodnie długa kolejka, w której trzeba było stać kilkadziesiąt minut na słońcu w potwornym upale. Ale to symbol, więc było to niezbędne. Można też wjechać na koronę Statuy, ale gdy sprawdzałem to z miesiąc temu, najwcześniejszy wolny termin to była jakaś połowa października, więc bez sensu. Sama Statua robi oczywiście duże wrażenie i wygląda naprawdę ładnie. No i z Liberty Island jest śliczna panorama Manhattanu.



Ellis Island

Ellis Island to wyspa, na którą w XIX i XX wieku przybywali imigranci (taka jakby bramka na lotnisku). Ciekawa jest historia jej powstawania - na początku była to mała łacha, na której wybudowano jeden domek. Potem, z uwagi na rosnące potrzeby, dosypywano kolejne połączone ze sobą wyspy, na których powstawały kolejne budynki: miejsce odpraw, dormitoria, szpitale. W środku ciekawa wystawa, no i kolekcja gigantycznych amerykańskich flag, jak wszędzie.



Blue Moon & Magic Hat

Wieczorem spotkaliśmy się z Iwanem i Anetą, którzy dotarli do Nowego Jorku z Florydy, pokonując po drodze zastępy bed bugs. Spróbowaliśmy kilku lokalnych piw. Pierwsze z nich nazywało się Blue Moon (nie mogliśmy się powstrzymać, żeby nie spróbować piwa o tak fajnej nazwie), było pszeniczne, podawane z plastrem pomarańczy, i w sumie dość dobre. Następne - Magic Hat - było znacznie, znacznie gorsze. Kolejne - Coney Island - w zasadzie nie nadawało się do picia. Wiem, że Brooklyn Seasonal również nie należy próbować. Ciężko z tym piwem, ale zawsze pozostaje Heineken, choć i on tu jakiś cienki.


Za to na koniec spróbowaliśmy kawałka pizzy za 99 centów i hot doga z ulicy. Było super.



Jet lag

Jet lag męczy mnie straszliwie - budzę się w okolicach 5 rano albo 4 rano, więc potem jestem niewyspany. A wieczorem zasypiam w pociągu, jak na poniższym zdjęciu (fot. Natalia Radziejewska). Nic, może z czasem przejdzie.



Koty

Dla zainteresowanych: wciąż nie widziałem żadnego...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...