poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Nowy Jork: dziennik, część 3

Street fair

W NYC są też uliczne targi! Niesamowite. Można na nich kupić np. kiełbaski w bułce. Problem jest tylko taki, że należałoby najpierw zbliżyć się do budki, gdzie je sprzedają. Niestety temperatura tutaj jest iście abstrakcyjna (jest niewiarygodnie po prostu gorąco, i to nie z uwagi na samą temperaturę, ale na wysoką wilgotność), więc podejście do rozgrzanego grilla nie jest jakoś szczególnie kuszące. Są też świeżo wyciskane soki po 5$, co - mając świeżo w pamięci takie same soki w Stambule za równowartość 2 zł - też nie wydaje się przesadnie ciekawe.



7th Avenue

Tak zwana Aleja Mody, ponieważ wokół niej skupiały (i pewnie skupiają się) firmy wszystkich najbardziej znanych nowojorskich projektantów mody. Nie to, żebym się specjalnie interesował modą, ale dostałem dość rozbudowany wykład na temat wszystkich znanych tutejszych projektantów i ich roli w rozwoju światowej mody. Zapamiętałem tyle, że jeden z nich nazywał się Willi Smith (ale jakoby to nie ten sam, co występował w Men in Black). Tak czy inaczej na chodniku jest coś w rodzaju alei gwiazd (każdy ważny projektant ma takie swoje kółko, gdzie jest opisane, co on tam w zasadzie projektował), jest tu także rzeźba gigantycznego guzika z igłą.




Poczta
Tak na oko mają tam całkiem sporo okienek. A z ciekawszych rzeczy wypiłem tam sobie półlitrowego Red Bulla. To bardzo dobra wielkość puszki, znacząco pomaga na drobny problem jaki mam tu z jet lagiem, czyli budzenie się codziennie w okolicy 4 albo 5 rano, a potem trudna do przemożenia senność koło 18.



B&H
To coś jak wielki hipermarket z artykułami fotograficznymi. Sprzedawcy wyglądają jak na obrazku, ale za to jak to wszystko jest zorganizowane! Jest chyba z 60 okienek obsługujących klientów, komputery kierują ludzi do odpowiednich kolejek i odpowiednich sprzedawców, zakupiony towar jedzie pomiędzy piętrami do punktu odbioru za pomocą skomplikowanego mechanizmu ruchomych taśmociągów i wind. Totalny wypas. A najgorsze jest to, że poszedłem tam, bo na bilecie autobusowym z lotniska miałem kupon na "free gift" i to wszystko tak mnie zaaferowało, że zupełnie go nie wykorzystałem. Bez sensu!


WTC
I kolejne nowojorskie rozczarowanie: wydawało mi się jakoś (nie wiem, skąd tę wiedzę wziąłem), że w miejscu WTC są dwa promienie światła wzbijające się w niebo. I rzeczywiście były kiedyś, tylko że podobno przez miesiąc. Teraz jest tu wielki plac budowy: powstaje tu coś, co się bodajże ma nazywać Freedom Tower. Tylko że na razie chyba trwają prace nad fundamentami, bo widać jedynie wielki płot otaczający wielką przestrzeń.



Wallstreet
W rankingu miejsc, które mają największą liczbę flag amerykańskich na metr kwadratowy Wallstreet póki co nie wygrywa, ale jest w czołówce. Niemniej jednak to dość fajne miejsce, szczególnie że można przywitać się z Georgem Washingtonem i zapytać go na przykład, którędy do New Jersey. (Bo trzeba wiedzieć, że New Jersey jest za rzeką, ale to znienawidzone przez wszystkich nowojorczyków miejsce, które jakoby jest zamieszkane wyłącznie przez głąbów. Coś jak Śląsk i Zagłębie; Garnek na pewno dobrze to rozumie ;-)).

Budynek giełdy jest pozbawiony tego, czego się po tym miejscu spodziewałem, czyli wyświetlaczy z przesuwającymi się kursami akcji. Takie rzeczy są tylko na Times Square.




South Street Seaport i Governors Island
Plan wczoraj był jakiś taki, żeby szybko wybrać się nad morze, ale z uwagi na komplikacje, dodatkowe atrakcje po drodze i zmianę tras kursowania metra dotarliśmy tam jakoś koło 16. Port jak port, fajne widoki na Brooklyn, wszystkie mosty na East River i wyspy.


Popłynęliśmy sobie darmowym statkiem na Governors Island - zupełnie opuszczoną wyspę, która jest reklamowana wielkim napisem, który oznajmia, że można tam jeździć na rowerze w miejscu, w którym nie ma ruchu ulicznego (niesamowite!). Na poniższym obrazku pan kapitan zaprasza wszystkich na pokład.


A to jest dawna siedziba gubernatora stanu Nowy Jork (w tej chwili stolica stanu jest w niejakim Albany, które jest jakimś małym miasteczkiem na zadupiu). Ciekawostka jest taka, że tych budynków były chyba cztery - każdy późniejszy większy lub wyższy od poprzedniego, ale że były dość podobne do siebie architektonicznie, wyglądało to dość zabawnie.


Na wyspie jedną z ciekawszych rzeczy (poza zwiedzaniem ruin rozmaitych fortów i budynków wojskowych) była wystawa o bardzo fajnym tytule This World & Closer Ones. Były to różne rzeczy: filmy, instalacje, zabawy światłem. Poniżej ciemne pomieszczenie, wypełnione dymem, przez który przebijają się tafle światła. Bardzo ciekawe przeżycie.


A to z kolei rzeźba pod tytułem The Agony of Man.


Oczywiście najfajniejsze na Governors Island były widoki. Poniżej Manhattan i Statua Wolności.



Stone Street
Jak wiadomo, na początku w Nowym Jorku mieszkali Holendrzy (nazywało się toto wtedy Nowy Amsterdam). Jest kilka fragmentów miasta, które pochodzą z tamtych czasów. Stone Street to jeden z nich - kilka uliczek odcinających się architektonicznie od wszystkiego co obok, a przy nich kilka starych holenderskich domków. A poza tym możliwość zjedzenia Surf & Turf - czyli całkiem smacznego nowojorskiego steka z krewetkami. Plus kalmarek z cytryną do pogryzania. Raj na ziemi. Chyba kiedyś trzeba będzie zrobić wpis dotyczący wyłącznie jedzenia w Nowym Jorku :-).



Brooklyn Bridge nocą
No właśnie. Po prostu taki to widoczek. Ładne, prawda?

4 komentarze:

  1. Ha, miałem właśnie sugerować wizytę w B&H, bo czytałem właśnie o nim, ale sam trafiłeś. To chyba największy sklep fotograficzny na świecie.

    A ramach zwiedzania może trafisz na jakiś hipermarket alkoholowy, bo coś tam możesz kupić :) Byłem w takim jednym w Chicago - wielka hala tylko z alkoholem. Mniam. Siedlisko zła.

    Z ładnych sklepów to zalicz Whole Foods. Dla mnie ciekawszy i ładniejszy od Apple Store.

    OdpowiedzUsuń
  2. A czytałem ostatnio, że w New Jersey jest najwyższy wskaźnik korupcji w całym USA, bo mają tam jakiś pierdyliard stanowisk samorządowych na jednego mieszkańca i żeby cokolwiek załatwić, to trzeba dawać w łapę. To tradycja podobno. W tym konkretnym artykule chyba było coś o rozbiciu mafii rabinów zajmujących się korumpowaniem firm budowlanych.

    A stek z krewetkami to bym zjadł...

    OdpowiedzUsuń
  3. Idź do jakiegoś dobrego kina na "District 9", ponoć bardzo dobre. U nas dopiero w październiku, to będziesz do przodu.

    OdpowiedzUsuń
  4. No wszędzie są plakaty District 9 i rzeczywiście chyba pójdę, jak tylko będzie kiedy. Jakoś mało czasu na wszystko :-).

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...