środa, 19 sierpnia 2009

Boston Tea Party

Z różnych przyczyn musieliśmy odbyć krótką wycieczkę do Bostonu. Przejazd autobusem wyposażonym w gniazdka elektryczne przy każdym siedzeniu i wifi był pewną atrakcją, a potem pociąg podmiejski również z wifi też dawał radę.


Samo miasto ma zupełnie inny klimat niż Nowy Jork, jest tu jakby więcej przestrzeni, mniej ludzi, no i nie ma tego gotyckiego klimatu.


Harvard
Boston jest siedzibą dwóch znanych uczelni amerykańskich: Harvardu i MIT. Połaziliśmy sobie po campusie Harvardu. Obejrzeliśmy pomnik pana Harvarda, założyciela uczelni, którego duży palec u nogi muszą ścisnąć wszyscy, którzy chcą się dostać na tę uczelnię (co jest niewiarygodnie trudne), a miejska legenda (choć - znając studentów - pewnie prawdziwa) głosi, że studenci, którzy już się dostali, na ten sam palec zwykli sikać.



Campus w Cambridge (to dzielnica Bostonu) jest ogromny i można na nim spotkać różne rzeczy. Na przykład warzywniak, a na nim sprzedawcę pomidorów, który zdobył nagrodę w tym prestiżowym zajęciu: statuetkę najlepszego pomidora.


Co do MIT - polecam Wam taki oto materiał dotyczący tego, czym się tak naprawdę zajmują studenci tej uczelni: Boston Red Cups.

W mieście jest też księgarnia uniwersytecka - bardzo fajna, bo duża. Proporce wiszące tu i ówdzie to herby różnych wydziałów. Herb z napisem Veritas to godło Harvardu.


Szczególnie przypadła mi do gustu książeczka, z której można wyciąć sobie swojego prezydenta Obamę wraz z żoną i ubierać ich w różne, również wycięte, stroje. Wypas.




Herbatka z bąbelkami

Jak przystało na miasto uniwersyteckie, w Bostonie są herbaciarnie, wyglądające zupełnie sympatycznie. Można się w nich napić w szczególności "Bubble Tea", czyli herbatki z galaretkami w kształcie bąbelków. Całkiem smaczna rzecz: jest zimna herbata (w różnych smakach), jest mleko, no i są galaretki. Jest też specjalna gruba słomka, przez którą te galaretki można wciągać.


Park Boston Commons

Trochę sobie powypoczywaliśmy w parku miejskim. Dzieci pluskające się w Żabim Stawie, a także człowiek z gitarą pomykający w wodzie po kolana to niewątpliwe atrakcje.


Niemniej jednak znacznie ciekawsza była taka oto pani, którą udało mi się przydybać:


Po długim skradaniu się i tropieniu ukazała się w całej okazałości:


Myślę, że niektórzy teraz już wiedzą, czym się różni Boston od Łodzi ;-P.

Przy okazji spróbowałem też snapple'a (taki amerykański napój, który ktoś mi polecał). Całkiem spoko.

Boston terrier

I na koniec specjalny gość bloga, czyli pewien bostoński terrier. Było to zupełnie niesamowite stworzenie, spotkane w metrze. Wyłupiaste oko, którym łypał co chwila to jeszcze nic. Najlepszą rzeczą jest oczywiście jego język, który - jak wyjaśniła właścicielka - zwyczajnie nie mieści mu się w pysku, dlatego zwisa zwykle z boku. I rzeczywiście - stwór oblizał się kilkakrotnie, i wtedy okazywało się, że jest w stanie językiem oblizać sobie całą głowę.

4 komentarze:

  1. bostoński terier jest prawie tak dobry jak sklep z m&m'ami. a wiewiórki w łodzi są za to tak wielkiego uniwersytetu nie ma - co pewnie troszkę różni te dwa miasta.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bostoński terier wybił mnie z butów a Red Cups okazali się hmm... pouczający :)

    Jako ciekawostkę rzucę, że Boston jest domyślnym settingiem w white-wolfowskim Mage: the Awakening.

    OdpowiedzUsuń
  3. A my mamy przynajmniej rude wiewiórki, a nie takie szczurowate, jak amerykańcy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Traumatyczne przeżycie, zobaczyć swój komentarz i nie pamiętać, że się go napisało. Dopiero później odkryć, że to nie moje skojarzenie, a co za tym idzie, nie mój post. Chyba sobie zmienię dane w koncie googlowym ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...