piątek, 28 sierpnia 2009

Latologia i Hawaje

Ostatnio podczas firmowego lunchu zawiązała się dyskusja na temat końca lata. Lato, jak wiadomo prawie wszystkim, jeszcze trwa, ale nie do końca wszyscy pamiętają, kiedy się w zasadzie kończy (wiem, że to oczywiste, ale ja na przykład nie pamiętałem). Niestety, są już pierwsze oznaki, że ten koniec rzeczywiście zbliża się szybko. Wieczory i poranki robią się jakieś takie chłodnawe, z niektórych drzew spadają liście, no i jeszcze burze - już wcale nie takie letnie - sprawiają, że wrażenie przemijania lata jakoś się potęguje.

Ale to tylko sprawia, że w zasadzie to do końca nie wiadomo, jak jest z tym końcem. Dlatego wyszło nam tak jakoś, że taką wiedzą zajmuje się latologia - dziedzina nauki badająca początki i końce lata. Taki latolog to światły uczony, który dwa razy w roku może wystąpić w telewizji jako ekspert i oznajmić wszystkim, jak to w zasadzie z tym latem jest. Przydałoby się to czasem.

Latologia to niby prosta nauka, ale tylko z pozoru. Bo z latem jest jeszcze gorzej niż się wydaje. Na przykład weźmy temperatury. Niby jak są wysokie to jest ciepło, a jak niskie - to zimno. Prawda? Nieprawda. A przynajmniej niezupełnie tak jest.

Jednym z moich większych zdziwień przy nieco dalszych podróżach było właśnie to, jak się odbiera temperatury w różnych strefach klimatycznych. Bo na przykład w takim Nowym Jorku było gorąco. Potwornie, niewiarygodnie gorąco. Ciężko było oddychać, człowiek pocił się jak świnia. A jaka była temperatura? Na przykład 22 stopnie Celsjusza. Oczywiście czasami było powyżej 30, wtedy było jeszcze gorzej. Niemniej jednak nie jest to przedział, którego u nas się nie da wytrzymać. Co więcej, przy temperaturach rzędu 22 stopni ma się nawet wrażenie, że jest dość chłodno - jak na lato przynajmniej.

Oczywiście jest to kwestia wilgotności - w Nowym Jorku jest widać znacząco wyższa. Tak jak w okolicach równika, na przykład na północy Australii czy w Singapurze - tam było zupełnie okropnie. W ogóle nie dawało się oddychać. Temperatury też były rzędu 30 stopni, ale pamiętam, że ponad 45 stopni, które zdarzyło się na pustyni w środku Australii było dużo bardziej do wytrzymania. Na pustyni było po prostu sucho. A Singapur, ze swoim położeniem 30 km od równika, miał wilgotność rzędu 99% czy coś koło tego.

I tak to właśnie jest z tym latem. A u nas się kończy, mimo że jeszcze podobno miesiąc. Ja nie wiem, nie znam się na latologii. Wiem tylko, że najlepsze (przynajmniej dla mnie) miejsce, w którym byłem, to Hawaje. Tam jest bardzo miłe i przyjemne 26 stopni: w dzień, w nocy, w lecie, w zimie, w deszczu, na słońcu. Zawsze mniej więcej 26 stopni. I to jest to. No i tęcza, która może być na niebie niemal przez cały dzień, też robi swoje.


No i na koniec - podziękowania dla Magdy, Garnka i Arka za istotny wkład w rozwój teorii latologii środkowoeuropejskiej.



Nowy Jork: Manhattan na zdjęciach

Galeria jest dostępna tutaj. Zapraszam.

Zdjęć jest dużo i dla uproszczenia powiem - dla tych z Was, którym się nie chce przeglądać 170 sztuk - że przedstawiają głównie wieżowce, bo tych w Nowym Jorku jest akurat pod dostatkiem. Ale poza tym można tam spotkać kilka innych rzeczy, jak dzik, królik, mysz, pies, żaba, wąż, kulka, kwiatek i George Washington.

czwartek, 27 sierpnia 2009

Nowy Jork: Kilka ostatnich historyjek

Mało już zostało tych nowojorskich historii, ale kilka ostatnich jeszcze się wydziobie spod liści.

Na początek mocny, szokujący temat. Nie zdawaliście sobie zapewne sprawy do tej pory, że Batman jest Murzynem? Filmy to po prostu wielkie, wielkie kłamstwo. A tu proszę, prawdziwy Batman, bo przecież spotkany w prawdziwym Gotham City.


Biały tak naprawdę jest jedynie Pan Kurczak, który wygląda przecież zupełnie inaczej. Jakoś tak:


Zresztą teraz Nowy Jork ma nowego superbohatera, metalowego golema stojącego w okolicach Columbus Circle. Ten groźny żołnierz demokracji strzeże miasta przed złem i wygląda okazale (przynajmniej bez wnikania w szczegóły, bo wtedy mogą wyjść pewne słabości).


Udało się również ustalić, że pan Statua Wolności niespecjalnie lubi popularność (nie każdy oczekiwał, że Statua Wolności to on, ale cóż, takie są fakty). Dlatego też, przyłapany prywatnie, występuje w przebraniu - w maskujących przeciwsłonecznych okularach. Ale słynny polski paparazzi i tak go wypatrzył, stąd mamy zdjęcie.


No dobrze, to czas na poważniejsze rzeczy. Wiadomo, że Nowy Jork jest światową stolicą pizzy, przynajmniej amerykańskiej. W wielkiej wojnie pizzerii kucharze sięgają po ostateczne środki i gotowi są przyrządzić pizzę zupełnie ze wszystkiego. Tak jak w poniższym menu.


To jest chyba też moment, kiedy mogę pokazać moje słynne zdjęcie nowojorskiego szczura, zrobione na dość ciemnej stacji z czasem naświetlania powyżej sekundy. Wyszło oczywiście znakomicie i liczę na to, że uważni obserwatorzy dostrzegą na tym zdjęciu zwierzę (mi się nie udało, więc jakoś tak się składa, że muszę sam sobie uwierzyć na słowo, że ono tam jest).


W ogóle zauważyłem, że Amerykanie wiedzą bardzo mało o swoim kraju. Okazało się na przykład, że w ogóle nie zdają sobie sprawy, skąd się biorą pikantne skrzydełka z KFC. A przecież każdy wie, że w Kentucky jest ogromny podziemny kompleks, w którym w wielopiętrowej hali przetrzymywany jest wielki zmutowany kurczak, wyhodowany dzięki eksperymentom genetycznym z pomocą amerykańskiego rządu. Kurczak ma wielkość setek metrów i cały jest porośnięty skrzydełkami, które po odcięciu natychmiast odrastają, stąd KFC może ich mieć dowolnie dużo. Nad całym procesem produkcji czuwa Pułkownik Filet, znany z reklam w restauracjach, który krzyczy dziarskim głosem: "Dywizja czterdziesta piąta, obciąć skrzydełka od piętra 114 do piętra 127!".

No tak. A Amerykanie wcale o tym nie wiedzą, tak jak nie do końca, jak się okazało, zdają sobie sprawę z istnienia aligatorów pod ich miastem. Dziwne.

Inna sprawa, że wiadomo jak to z nimi jest - jak przyjdzie co do czego to robią dziwne rzeczy. Na przykład kiedyś nowojorczycy nie lubili posługiwać się banknotami (cenili sobie wyłącznie srebrne jednodolarówki). Przez to, jeśli otrzymali pensję w banknotach, natychmiast przyklejali je do różnych murów, ścian, na przystankach autobusowych, w metrze. Była z tym masa problemu, no bo z jednej strony głupio wygląda miasto obklejone pieniędzmi, a z drugiej jednak mieszkańcy biednieją w oczach. Dlatego rząd amerykański postanowił ograniczyć konstytucyjną wolność i wprowadzić zakaz przyklejania pieniędzy na ścianach. Takie zakazy wyglądają tak:


Tak to właśnie jest w tej Ameryce w sezonie ogórkowym.

Północny Manhattan na zdjęciach

Galeria jest tutaj, zapraszam. Tym razem Central Park i afroamerykański Harlem, a tam m.in. konkurs pt. "znajdź kota na obrazku".

Nowy Jork: Coney Island na zdjęciach

Galeria jest tutaj. To chyba jak do tej pory moja najbardziej konsekwentna próba fotografowania przypadkowych ludzi. Ale przede wszystkim jest tam fajny mural, no i ośmiornica.

A poza tym można spotkać prawdziwy huragan Bill.


Zapraszam.

środa, 26 sierpnia 2009

Nowy Jork: Brooklyn na zdjęciach

Galeria jest tutaj. Zapraszam.

Bruksela: Dzielnica europejska

Korzystając z faktu posiadania sześciu wolnych godzin w Brukseli, za namową Maćka postanowiłem zwiedzić tzw. Dzielnicę Europejską, czyli miejsce, w którym znajdują się siedziby większości organów Unii Europejskiej. Przejechałem się tam - dojazd autobusem z lotniska do miasta jest bardzo wygodny i szybki. Przeszedłem się, zapoznałem się z historią Dzielnicy Europejskiej na specjalnej wystawie, obejrzałem budynki, zrobiłem zdjęcia i... zostały mi jeszcze 4 wolne godziny :-). Niemniej jednak foty są, a to przecież ważne.

Sama dzielnica w całości szczególnie fajna nie jest. Budynki zgrupowane w okolicach ronda Schumana są interesujące, jednak są porozsiewane wśród starszej, istniejącej zabudowy, do której jakoś specjalnie nie pasują, nie ma jakichś łączników pomiędzy nimi i ogólnie sprawia to dziwne wrażenie. Zapewne potrzeba jeszcze trochę czasu, jeszcze kilka przebudów, żeby stolica Unii rzeczywiście wyglądała stołecznie, a nie chaotycznie.

Berlaymont
Główna siedziba Komisji Europejskiej jest w zasadzie dość ładna i ciekawa architektonicznie. Inna sprawa, że gmach nieco przytłacza swą wielkością.




Justus Lipsius
Siedziba Rady Unii Europejskiej jest jeszcze większa (zajmuje to jakąś ogromną zupełnie powierzchnię), za to niższa, więc ogólnie robi mniej przytłaczające wrażenie.




Lex
Zawiera kolejne biura Rady Unii Europejskiej. Jest duży i błyszczy ładnie w słońcu.


Charlemagne
Tu (po prawej) mieszczą się biura kilku dyrekcji generalnych Komisji Europejskiej.


Residence Palace
Tu się mieści międzynarodowe centrum prasowe Unii Europejskiej. Budynek jest w remoncie i w sumie niewiele wystaje spoza rusztowań. Mi się udało uchwycić to co poniżej.


Delors
Siedziba Komitetu Regionów jest całkiem ciekawa, a szczególnie interesująco wygląda odbijający się w niej klasztor. No i te chaszcze przed parkingiem... Za to jest duży napis na szybie, więc - w przeciwieństwie do pozostałych budynków - tu przynajmniej wiadomo, co się mieści.


Espace Léopold
Brukselska siedziba Parlamentu Europejskiego (bo jest też Strasburg) to wielki kompleks gmachów, które akurat całkiem dobrze wtapiają się w okolicę - od parku Leopold do placu Luxembourg.








I na koniec polski akcent. Taka knajpa w okolicy Placu Luxembourg. Niby Żywiec, prawda? A tak naprawdę tu dają tradycyjny polski kebab :-).

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Spokój

Spokój by się przydał. Wyjazd był jednak dość intensywny, powrót długi (18-godzinna podróż), wcześniej też raczej było burzowo, więc teraz czas na spokój.

A ilustracja to zdjęcie zrobione na Grand Central wieczorem. Wtedy jest tam bardzo spokojnie. Ludzie sobie siedzą tu i ówdzie, czekając na swój pociąg. Naprawdę miło. I czas płynie zupełnie, zupełnie wolno, ale to akurat w tym pozytywnym sensie. Bo Grand Central to w ogóle bardzo ciepłe miejsce. To chyba jedyny taki dworzec na świecie, na którym przebywanie jest naprawdę odprężające.


Nowy Jork: Metropolitan Museum of Art

Met jest jednym z największych i najważniejszych muzeów świata. To taki amerykański Luwr albo British Museum: wielka kolekcja zawierająca unikatowe zabytki egipskie, wielka kolekcja sztuki afrykańskiej i południowoamerykańskiej, sztuka europejska ze wszystkich okresów, no i przede wszystkim sztuka amerykańska. Wielki i przepiękny budynek, wypełniony zabytkami ze wszystkich epok i kultur. 

Niestety, to wszystko sprawia też, że to po prostu kolejne dość nudne muzeum (przynajmniej dla mnie).

Takie muzea mają to do siebie, że można je zwiedzać na dwa sposoby: albo zarezerwować sobie tydzień i oglądać wszystko dokładnie, i pewnie nawet jeśli nie jest się wielkim entuzjastą widelców perskich, można się z tego wszystkiego przynajmniej sporo dowiedzieć. Drugi sposób jest niewątpliwie łatwiejszy i przyjemniejszy: można poświęcić na to 3-4 godziny, przebiec przez całość, zatrzymując się przy kilku wybranych ciekawych eksponatach, którym w jakiś sposób udało się przykuć moją uwagę. Ja oczywiście wybrałem to drugie rozwiązanie. Metropolitan ma ciekawą cechę - nie trzeba płacić tu określonej sumy za bilet (mimo że jest kwota sugerowana, wynosząca 20$), wystarczy zapłacić tyle ile się chce. Można nawet jednego centa.




Pierwsza rzecz, której warto się przyjrzeć, to architektura budynku. Jest on po prostu ładny i w jakiś sposób oddaje swoim klimatem istotę bycia wielkim muzeum. Monumentalny, w pewnym sensie prosty, ale efektowny.



Szczególnie dobre wrażenie robi dział sztuki rzymskiej, bo same sale wyglądają jak rzymskie budowle. No i można obejrzeć masę rzeźb rzymskich, na przykład taką oto Artemidę.


Fajna jest wystawa sztuki Afryki i Oceanii, głównie dlatego, że można tam spotkać wiele fascynujących stworzeń. Są tam na przykład ptaki z talerzami zamiast oczu. To wygodne np. na piknikach, bo nie trzeba zabierać zastawy. Po prostu wydaje się odpowiedni dźwięk, ptak przylatuje, kładzie się na boku, zjada się dajmy na to jajecznicę, a potem ptak po prostu odlatuje. Nawet śmieci nie zostają - to bardzo praktyczne, ale zarazem ekologiczne rozwiązanie.


Niezły jest też człowiek, którego ktoś złapał dłonią za nos i ta dłoń się do rzeczonego nosa najwyraźniej przykleiła na zawsze. Cóż, pewnie nie miał potem łatwo, bo ciężkie jest życie z czyjąś dłonią na nosie. Człowiek chce sobie poodychać przez nos, a tu ta obca dłoń ów nos zatyka i nic się poradzić nie da.


Inny ciekawy dział to francuskie art deco - tu na przykładzie pewnego zwierzaka. Robi wrażenie, prawda?


I jak już jesteśmy przy zwierzakach, to warto też wspomnieć o jednym. W tym muzeum znajduje się drugi w Nowym Jorku kot. Ten niestety nie jest żywy, jest za to bardzo długi, co też jest jakąś zaletą, z braku innych. Więcej kotów po prostu nie ma. Takie to miasto. Są wyłącznie - jak to Maciek mówi - szczurowate wiewiórki.


Jest też taka oto maszyna napędzana silnikiem Diesla, którą nawet udało mi się uruchomić, wzbudzając tym samym przestrach wszystkich stojących w pobliżu. Maszyna zrobiła, co miała zrobić i się sama po chwili wyłączyła, znaczy się - działa.


Jest dużo malarstwa z różnych epok, również europejskiego - jak wszędzie. Poniższy portret ilustruje pewną nocną wiedźmę, która właśnie odwiedza lapońskie czarownice. Takie to się rzeczy wyczyniało 200 lat temu.


Można też spotkać coś bardziej niezwykłego - wielkiego rekina w formalinie. Tego dzieła sztuki nie wolno fotografować, dlatego po prostu zapamiętałem dokładnie, jak wyglądał, a potem w Photoshopie odwzorowałem z pamięci ten wygląd piksel po pikselu. Wyszedł całkiem nieźle, prawda? To dlatego, że zawsze, bez wyjątku, przestrzegam narzuconych w muzeach głupich reguł.


Ciekawe było Skrzydło Amerykańskie, szczególnie fragment z rzeźbami. Niektóre z nich po prostu bardzo silnie wyrażają emocje i przez to robią na mnie duże wrażenie. Poniżej kilka przykładów.






W Skrzydle Amerykańskim jest też kawiarnia z widokiem na rzeźby, no i w ogóle jest to fajne miejsce, żeby sobie posiedzieć, odrobić lekcje, poczytać książkę. Jak widać wszyscy z tego korzystają (wrzucam to zdjęcie, bo nawet podoba mi się takie traktowanie muzeum - jako miejsca, w którym przebywa się wśród sztuki, a nie tylko przychodzi dla sztuki).


No i na koniec wystawa egipska - bardzo duża i zawierająca całą masę wspaniałych eksponatów. Są tu przeniesione całe fragmenty ścian, a nawet całe budynki. Jest tego naprawdę mnóstwo.




W szczególności można tu zobaczyć świątynię Dendur z Nubii, która została tu przeniesiona w całości (!) w 1963 roku, gdy w Asuanie była budowana tama na Nilu. 






No i na koniec dwa stworzonka. Jedno to małe lwiątko - niezwykle sympatyczne, prawda?


A drugie niebieskie i bardzo znane, jako że jest maskotką Metropolitan - i jest nim hipopotam William.


I to w zasadzie wszystko już z Nowego Jorku. Oczywiście będą jeszcze zdjęcia, a może kilka luźnych wpisów na ten czy inny temat (na przykład muszę coś w końcu napisać o nowojorskim metrze, ale mam jakąś niewiarygodną liczbę zdjęć z tego metra, więc najpierw muszę je sobie przejrzeć). Niemniej jednak wakacje się skończyły, czas wracać do domu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...