środa, 30 grudnia 2009

Maglev

Maglev to kolej magnetyczna łącząca międzynarodowe lotnisko Pudong z miastem -- jest to jakieś 30 km (pociąg nie dojeżdża do centrum, tylko do jakiejś stacji metra). Jest to pierwsza tego typu linia przystosowana do użytku komercyjnego, otwarta w 2004 roku (teraz jest jeszcze kilka innych na świecie, ale póki co wszystkie równie krótkie). Nie jest to żadna chińska myśl techniczna, tylko solidna niemiecka produkcja.

Pociąg potrafi rozpędzić się do 431 km/h. Ja niestety jechałem o zbyt wczesnej porze -- wtedy pociągi jeżdżą wolniej, tylko 300 km/h. Niemniej jednak szybkość i tak robi wrażenie, a w drodze powrotnej trzeba będzie lepiej wybrać porę przejazdu.








Na koniec widok jednego z tutejszych osiedli-blokowisk z pociągu. To są bloki mieszkalne, mają zwykle minimum 30-40 pięter, i jest ich w mieście zatrzęsienie.



Sztuka suszenia

Problemy techniczne rozwiązane, więc tym razem foty.


W Szanghaju wilgotność powietrza jest spora, choć o tej porze nie stanowi to specjalnie problemów. Jednak, jak mówi Michał, który tu w końcu mieszka, ubrania za szybko nie schną. Lokalnym zwyczajem jest suszenie ich nad ulicami, zwykle zdaje się na przewodach wysokiego napięcia, które ogromnymi gęstymi splotami spowijają to miasto. Nad niemal każdą ulicą wisi cała masa prania -- szczególnie wesoło wyglądają walonkopodobne piżamy. Ot, taka miejscowa ciekawostka.



Niemniej jednak zrozumiałe jest, że jak się suszy ubrania nad zatłoczonymi ulicami, po których jeździ masa samochodów i motorów, to potem wszystko musi pachnieć spalinami. Na szczęście tutejsi mieszkańcy znaleźli rozwiązanie i tego problemu. Bo przecież koło swoich ulubionych suszących się ubrań można powiesić suszącą się rybę. Wtedy zapachy się jakoś zniwelują i będzie świetnie.




wtorek, 29 grudnia 2009

Niespodzianki z ognistego kociołka

Już pisałem, że jedzenie w Chinach jest dobre, ale też jest inne niż u nas. Kuchnia jest inna, no i też w znacznej mierze zupełnie inna (przede wszystkim jakościowo) niż to, co można dostać u nas.

W szczególności można sobie na przykład pójść na ognisty kociołek. Wygląda to tak, że w knajpie na każdym stoliku jest na środku palnik. Dostaje się kartę, w której jest ogromna liczba rzeczy do wyboru (na szczęście są obrazki), a także tajemniczy formularz, gdzie trzeba powpisywać sobie samemu, co się z tej karty wybrało. Formularz jest niestety w języku chińskim, i tu bez pomocnego Chińczyka (a w naszym wypadku zaprzyjaźnionej Chinki) nie byłoby łatwo, o ile w ogóle cokolwiek dałoby się zdziałać, biorąc pod uwagę fakt, że z mówieniem po angielsku u Chińczyków raczej słabo.

Tak czy inaczej na początek wybiera się zupę. Można na przykład wziąć sobie podzielony garnek rosołu i zupy syczuańskiej -- czyli dostaje się wielki gar, który ma po środku przegrodę, i w jednej jego połówce gotuje się rosół (a w nim różne warzywa, które raczej są nierozpoznawalne dla mnie), a w drugiej ostra zupa, w której pływa masa ostrych papryczek chili, wielkie główki czosnku i inne tego typu rzeczy. Te zupy gotują się na palniku przez jakiś czas, a w międzyczasie wjeżdża na stół masa talerzyków z daniami, które się wybrało.

A do wyboru jest dużo rzeczy. Przede wszystkim mięso -- może być z owieczki, a może być i z czegoś innego. Mięso jest podawane w cieniutkich plasterkach, coś jak carpaccio, surowych. Wkłada się taki plasterek na chwilę (albo i na dłużej) do zupy, i jest ugotowany. Wyjmuje się i zjada. Jak się włoży do rosołu -- jest rosołowy, jak do zupy syczuańskiej -- piekielnie ostry, ale dobry.

Poza tym jest wszystko. Jest dużo rodzajów pierogów -- rybnych i mięsnych, zwykłych (tzn. pierogokształtnych), zwijanych w kulki albo i w ruloniki (coś jak sajgonki). Są przeróżne warzywa i grzyby (grzybów mają w Chinach duży wybór i są wszystkie dość smaczne). Są też ryby i owoce morza, w szczególności coś specjalnie dla mnie -- bardzo fajna ośmiornica, z mackami i ze wszystkim, co trzeba. Każdą taką rzecz wrzuca się do zupy, czeka się chwilę, a potem wyławia -- albo pałeczkami, albo specjalną łyżką z dziurkami.

Zupa sama z siebie też jest dobra, można sobie jej nalać do miski i zjeść trochę. Jak co jakiś czas wygotowuje się woda, przychodzi pan z czajnikiem i dolewa. Gar z zupą jest ogromny, więc spokojnie wystarcza.

Niemniej jednak dziś kulminacją programu były krewetki rzeczne. Zostały przyniesione w misce, przykryte liściem sałaty. Po zdjęciu liścia okazało się, że krewetki oczywiście są żywe. Cóż, trzeba było je wrzucić do gara i ugotować. Są bardzo małe, więc zjada się je w całości - razem z czułkami, oczami, nóżkami i skorupą. Trochę to smakuje jak chrupki z uwagi na pewną ilość chityny, którą się wchłania, ale w sumie są bardzo smaczne. I tylko odrobinę przypominają karalucha.

Można też zamawiać bardziej odjechane rzeczy -- serca kurczęce, kacze języki (czymkolwiek to jest) czy nawet barani penis. Ale to wszystko za następnym razem. Jedzenia było bardzo bardzo dużo i w cztery osoby się naprawdę nieźle najedliśmy.

No i było to bardzo smaczne. Trzeba przyznać, że kulinarnie póki co Chiny są wspaniałe.

Wielki mur w praktyce

No to jestem w Chinach. Kilka pierwszych wrażeń.

Przede wszystkim, z uwagi na Great Firewall of China, nie działa tu masa serwisów. Nie działa twitter, facebook, picasa, blogspot. O ile dzięki różnym proxy udało mi się część problemów obejść (powiedzmy, że twitter przez www jest jakoś z trudem dostępny, facebook prawie - bo bez możliwości komentowania, blogspot jak widać też, choć działa to średnio, za to picasa niespecjalnie, więc zdjęć póki co nie będzie).

Szanghaj jest ładny. Na pewno dużo ładniejszy od Hong Kongu, mimo podobnych wszędobylskich gigantycznych blokowisk (tłoczące się stada kilkudziesięciopiętrowych wieżowców na każdym kroku to tu norma). Niemniej jednak to bardzo czyste miasto (wszędzie widać, jak ktoś coś sprząta i pucuje) i nawet nie bardzo zaplute (bo jak wiadomo Chińczycy lubią sobie pluć co chwila).

Ruch samochodowy to oddzielny temat - jego zasady są jak dla mnie póki co niezbadane. Cudzoziemcy nie mogą tu prowadzić samochodów, ale może to i dobrze. Bo niby wszyscy jeżdżą jakoś tak w miarę spokojnie, ale jednak zupełnie inaczej niż u nas. Pasy na jezdni - kto by się tam nimi przejmował. Światła? Pewnie coś znaczą, ale i tak przy przechodzeniu przez ulicę (z 5 pasów w każdą stronę) ma się wrażenie, że to, czy przechodzi się na zielonym czy na czerwonym świetle nie ma wielkiego znaczenia - samochody i tak bez przerwy nadjeżdżają ze wszystkich możliwych stron.

No i dobre jest jedzenie, trzeba przyznać. A to w sumie prawie najważniejsze :-).

środa, 23 grudnia 2009

Zupa v2

Ha, długo nie było wpisu, prawda? No ale teraz mamy początek wakacji, więc sytuacja się zmieni. A na początek - zupa z Chmielnej.



(Zdjęcie jest okropnie brzydkie, wiem, ale to telefonem robione :)).

To, że stadionowa zupa znalazła sobie miejsce na głównym (i najbrzydszym) deptaku Warszawy, było wiadomo, odkąd Magda to ogłosiła, czyli dawno temu. Ale dopiero dziś wybrałem się tam i spróbowałem. Oto werdykt.

Miejsce jest bardzo sympatyczne. Nie wygląda w ogóle jak stadionowa knajpa, ba, nie wygląda (prawie) nawet jak typowy chińsko-wietnamski bar. Wygląda (prawie) jak mała restauracyjka na Chmielnej. Mało przestrzeni, ale dużo zakamarków, małe stoliki, ale ciepły klimat. Jest fajnie. Z drugiej strony jest samoobsługa, a pan przyjmujący zamówienia chyba nie mówi ani słowa po polsku, więc to też jest fajne.

No i jest karta w laminacie. W karcie zupy, a jakże, ale też gulasze (trzeba będzie spróbować, bo skład identyczny jak zupa), makarony, naleśniki i coś chyba jeszcze. Czyli nawet ciekawie.

Ale zjadłem oczywiście zupę - ale nie wonton, tylko z wołowiny, żeby było dla odmiany. Są cytrynki do wciskania, czosnek marynowany w słoiku, ostre sosy i malutkie suszone papryczki. I w zasadzie jest dobra, tylko że na stadionie w naszym ulubionym barze lepsza. A tutejsze sajgonki - zupełnie takie sobie. O ile zupę polecam, to sajgonek zupełnie nie.

No i cena wyższa - 15 zł.

Niemniej jednak to miejsce jest po prostu bliżej świata, więc zapewne zajrzę tam jeszcze nie raz.

A poza tym nie wiem, czy wspominałem, że zaczęły się wakacje, a to pewnie oznacza, że będzie o czym pisać. Więc zaglądajcie tu czasem.

A teraz życzę wszystkim czytelnikom wesołych i śmiesznych świąt i dużo wesołych absurdów w nowym roku. Bo na smutno to bez sensu.

Podziękowania dla Magdy Która Wskazała Drogę.

niedziela, 25 października 2009

Stylowe gry, czyli co robić, gdy za oknem leje i ponuro

Zimojesień dopadła nas na dobre. Nie ma za bardzo czasu (ani nastroju) na wycieczki, nie ma siły nawet na wrzucanie nieprzejrzanych jeszcze zdjęć, więc pomyślałem sobie, że napiszę o czymś innym, co ważne, a rzadko jakoś tu znajduje miejsce dla siebie — czyli o grach. Ale nie o tych, o których i tak się dużo mówi, jak superhity typu Uncharted 2 czy Arkham Asylum, ale po prostu o kilku grach prostszych, ale niesamowicie ładnych i klimatycznych. Wiem, że istotna część z Was nie gra zbyt wiele, ale filmiki mam nadzieję się spodobają.


Pierwsza gra to Machinarium, które sobie ostatnio skończyłem — w pewnym sensie klasyczna gra przygodowa, stworzoną przez Jakuba Dvorsky’ego, twórcę słynnego Samorosta (o którym kilka słów dalej). Ta gra to absolutna rewelacja, jeśli chodzi o klimat, więc warto rzucić okiem.

Historia robota, który usiłuje wrócić do domu i uratować swoją dziewczynę jest zupełnie niesamowita: jest przede wszystkim absolutnie śliczna, ma fantastyczną muzykę (choćby dla niej warto się zmierzyć z zagadkami), no i jest bardzo przyjemna (może poza koniecznością wygrania w kółko i krzyżyk w pewnym momencie). A pojawiające się w dymkach wspomnienia naszego bohatera są zupełnie rozbrajające.

Zagadki są trudniejsze i łatwiejsze, czasem jest trudno, choć na szczęście można postrzelać kluczem do pająków i w ten sposób uzyskać podpowiedź.



Prawda, że wygląda genialnie?

W demo można sobie zagrać w przeglądarce, klikając tutaj.

Samorosty, czyli historyjki o stworku mieszkającym na jakiejś kosmicznej hubie, latającym po wszechświecie statkiem zrobionym z nieco przerdzewiałej puszki, też warto zobaczyć, jak ktoś jeszcze nie widział. Warto też wydać te 5$ na pełną wersję. Linki do samych gier są tutaj:  SamorostSamorost 2 (w dwójce jest przecież na samym początku straszne porwanie psa — choćby z tego powodu warto spróbować). A jak ktoś nie ma siły grać, to zawsze może obejrzeć wszystko na youtube.

Kolejny tytuł, którego jeszcze wprawdzie nie ma, ale zapowiada się nadzwyczaj okazale, to The Misadventures of P.B. Winterbottom. Poruszająca historia niezwykłego dżentelmena, który potrafi przenosić się w czasie, żeby tylko dopaść wszystkie ciastka, przedstawiona w konwencji niemego kina, wygląda absolutnie świetnie. No i te ciastka!



Ciekawostka jest taka, że początkowo ta gra to był po prostu projekt studencki; zresztą łatwo na sieci znaleźć, jak wtedy wyglądała. Też fajnie, ale teraz wygląda oczywiście lepiej.

W ogóle od jakiegoś czasu zaczynają pojawiać się gry bardzo wystylizowane wizualnie. Fajnie, bo to zawsze niezła odmiana od powszechnej w grach stylistyki, rozciągającej się zwykle na pewnie najbezpieczniejszej komercyjnie przestrzeni pomiędzy fotorealizmem a disneyowską kolorową zabawną karykaturą. Takie rzeczy też bywają ładne, ale coś nowego to zawsze coś nowego.

No i na koniec coś w zupełnie innym klimacie (bo wcale nie ma tu stworów), ale też inne niż wszystko, czyli jedna z moich ulubionych gier ostatnich kilku miesięcy — Flower. Bo to ładny filmik jest, a poza tym gra o snach kwiatka stojącego w doniczce na parapecie w bloku w wielkim mieście jest jednak czymś niesamowitym. No i słońce, łąka i kwiatki to jest coś, czego akurat za oknem nie ma, a tu proszę.

wtorek, 6 października 2009

Stworów nigdy nie za wiele

Czas na jeszcze jedną wizytę w katedrze św. Wita.

Do galerii na Picasie wrzuciłem więcej zdjęć gargulców — tym razem robionych przy nieco lepszym świetle. Efekt horrorowatości może i mniejszy, ale za to lepiej widać fajność stworów.

No bo na przykład taki oto świniostworek, czyż nie jest nadzwyczaj miły?



Albo taki niesamowity rybostwór.



Tak czy inaczej zawsze warto obejrzeć, polecam, bo są naprawdę świetne.

I do tego chciałbym zwrócić uwagę fanów Warhammera na ten fragment katedry, który jakoś tak mi przynajmniej bardzo przywołuje na myśl stylistykę tej gry. Ale w końcu skądś się wzięło miasto Praag, prawda?

poniedziałek, 5 października 2009

W złotym blasku

Przeglądałem sobie dziś zdjęcia zrobione moim poprzednim telefonem, czyli Sony Ericsson S500i. To bardzo wygodne i fajne urządzenie, charakteryzujące się głównie tym, że na jego ekranie rósł kwiatek, który był zupełnie inny o każdej porze roku i dnia, czasem w nocy pojawiały się też straszne oczy, a w dzień motylki, albo jeszcze co innego. Kupiłem go kiedyś skuszony reklamą, która nie miała nic wspólnego z samym urządzeniem (o czym wiedziałem), ale za to była zupełnie w moim klimacie.

No i wśród tych zdjęć znalazłem takie:



Ma swój urok — przynajmniej jak na zdjęcie zrobione telefonem — prawda? Fota jest zrobiona w Golden Gate Highlands National Park w RPA. A to, co jest w niej szczególne, to ta tęczowozłota flara od słońca, która w jakiś sposób więcej mówi o niesamowitym pięknie tego miejsca, niż wszystkie inne zdjęcia, które tam zrobiłem normalniejszym sprzętem do fotografowania:



Tu już nie czuć tak bardzo tego niesamowitego ciepła i spokoju, który spowijał tę dolinę na chwilę przed zmierzchem. No  i nic w tym szczególnego, po prostu niedoskonałość techniki też się może czemuś czasem przysłużyć.

niedziela, 4 października 2009

Czekoladowa wróżka



Praga jest miastem znanym nie tylko z Zielonej Wróżki, ale, jak się okazuje, mieszka tam też Czekoladowa Wróżka, kierująca do Muzeum Czekolady. To całkiem sympatyczne miejsce, w którym w cenie biletu można sobie przede wszystkim podjeść całkiem smacznej belgijskiej czekolady w kilku rodzajach, co jakby zdecydowanie skłania do wejścia.

Ponieważ zobaczyliśmy, zjedliśmy, wypiliśmy, to kilka ciekawostek o czekoladzie z Pragi.



Słodka? Niekoniecznie.

Czekolada była znana w Nowym Świecie od gdzieś tak 15 wieku pne. Natomiast zawsze pito ją gorzką. Słodką czekoladę wprowadzili dopiero Hiszpanie w XVI wieku, po podboju Nowego Świata. Wtedy zakochali się w niej Europejczycy. Jest nawet historia o tym, że Hiszpanki, które wyemigrowały do Meksyku tak lubiły czekoladę, że piły ją non stop. Nawet podczas mszy ich służący dolewali im cały czas smaczniutki napój, żeby nie musiały przerywać picia. To ciągłe łażenie w te i wewte służących tak wkurzyło biskupa Chiapas, Don Bernandiusa de Salazar, że zakazał picia czekolady podczas uroczystości religijnych. Rezultat był taki, że ludzie przestali chodzić do kościoła. A na koniec biskup został zamordowany — trucizna została dosypana do jego kubka czekolady.

Czekoladowe pralinki

Jedną z atrakcji muzeum była możliwość obejrzenia sobie, jak dokładnie przyrządza się czekoladowe pralinki. Oczywiście na koniec można było sobie te pralinki zjeść, co jakby na to nie patrzeć było kulminacją pokazu. Tu na blogu zjeść pralinek nie będziecie mogli, ale mimo to możecie zobaczyć, jak one powstają.



Czekoladę w ustalonej temperaturze (290 stopni) wlewa się do foremki. A po chwili się wylewa. Zostaje tylko czekolada przyklejona do ścianek. Potem wkłada się formę na chwilę do lodówki. Po chwili się wyjmuje i już jest tyle.



Wystarczy teraz napsikać do środka co tam sobie chcemy w środku mieć:



Teraz zalewamy wszystko jeszcze raz czekoladą, obskrobujemy z góry, żeby było ładnie, wstawiamy do lodówki, gdzie zastyga - i przy okazji pralinki trochę się zmniejszają, przez co wypadają potem ładnie z formy i już można sobie wcinać.



Smaczne, prawda? :-). Przy okazji, to są tzw. pralinki belgijskie, bo inne pralinki robi się całkiem inaczej (nie są to nadziewane czekoladki).

Czekoladowe stwory

Z czekolady można robić różne rzeczy, czasem całkiem duże. Poniżej kilka czekoladowych piesków i kotków, wraz z czapeczkami, parsolkami i muchą. Aż szkoda by było je zjeść, prawda? Choć z drugiej strony…





Największa na świecie kolekcja papierków po cukierkach

Ostatnia atrakcja to fakt, że pewien praski kolekcjoner jest właścicielem największej na świecie kolekcji papierków po czekoladach z całego świata (no, nie tylko papierków — są też choćby pudełka drewniane i metalowe). Niejaki pan Kramsky zebrał ich ponad 125000. Niezwykłe osiągnięcie, prawda?







No tak. A piszę o tym wszystkim, bo akurat nie mogę jeść czekolady (zresztą niczego nie mogę jeść). Bez sensu, prawda?

Twarze Pragi

W Pradze jest mnóstwo twarzy. I nie chodzi tu o ludzi. Patrzą się z budynków, z latarni, z drzwi, spod balkonów, z przestrzeni między oknami, z dachów, znad bram — zewsząd. I większość wygląda dość niesamowicie. Dlatego kilka z nich zamieszczam w galerii. A na zachętę — palce.


środa, 30 września 2009

Gargulce świętego Wita

Na praskim hradzie jest gotycka katedra, która jest dla mnie miejscem absolutnie magicznym. Może dlatego, że była to kiedyś jedna z pierwszych wielkich gotyckich katedr, jakie zobaczyłem, i na dodatek po raz pierwszy ujrzałem ją w nocy (a jest ślicznie oświetlona), i zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. I robi je do tej pory. Jest po prostu wielka i fajna.  Ciekawostka jest taka, że budowano ją jakieś 700 lat (i skończono tak mniej więcej pod koniec lat 1920.).





Ale, żeby nie wdawać się tu w jakieś wspomnienia z dawnych czasów, albo inne głupoty, przejdę szybko do rzeczy. Otóż wiadomo, co jest najfajniejsze w prawdziwych gotyckich katedrach - gargulce!

Każdy chyba kocha gargulce. Niestety, gargulce najczęściej za dnia śpią i wyglądają strasznie, ale jednak nie aż tak groźnie. Najlepiej więc podejść je w nocy, bo tylko wtedy można uchwycić na fotografii moment, gdy nagle przebudzone wrzeszczą potępieńczo. Problem jest taki, że wtedy łatwo zostać pochwyconym i pożartym. Wiadomo, z gargulcem lepiej nie zadzierać. Szczególnie, jak się jest znacznie spowolnionym, bo właśnie tacha się ze sobą specjalny sprzęt do fotografowania prawdziwych postaci gargulców nocą — całe to okultystyczno-alchemiczno-optyczne oprzyrządowanie, które do tego celu jest niezbędne.

Bo naprawdę pod katedrą św. Wita nocą jest zupełnie niesamowicie. Kręci się zwykle paru turystów, ale jak jest późno, to nie za dużo, a teren ogromny, więc można zostać zupełnie sam na sam z gargulcami. Brrrr….

Tak więc łatwo nie było, ale udało się, i tak specjalnie dla Was przygotowana została Wielka Galeria Praskich Gargulców Nocą.

Zapraszam. Tylko się nie przestraszcie, bo zaiste potworne to stwory.
 

Praga na szynach

Nie mam pojęcia, ilu z moich czytelników podziela moje zamiłowanie do wszystkiego, co ma związek z koleją, ale nie powstrzyma mnie to przecież przed napisaniem wpisu o pociągach, metrze i tramwajach!

Pociągami wiele się nie najeździłem, poza oczywiście podróżą w obie strony doskonałym nocnym połączeniem PKP. Niemniej jednak warto wspomnieć o dworcu Praha hlavní nadraží. Ten dworzec, przypominający nieco stylem warszawski Centralny, zdaje się został od lat 90. już dwukrotnie wyremontowany (właśnie teraz trwa dość kompleksowa renowacja). Fajnie, prawda? A poza tym to fajne miejsce — podziemia w stylu Centralnego zbudowane pod starym dworcem art deco, w którym obecnie mieści się kawiarnia Fantova, a do tego wielka hala peronowa. Wszystko, czego można chcieć.









Metro chyba nie zmieniło się wiele: jest funkcjonalne, ma trzy linie, pociągi są ładne, stacje też git. Wszystko jak trzeba. Za to związana poniekąd z metrem anegdotka innego rodzaju.

Praga przypomina jednak nieco Polskę (no bo to blisko, wszyscy mówią podobnie). Naturalnie więc człowiek zaczyna się zastanawiać, jakby to było, gdyby się tam mieszkało. Tak po prostu samo przez się, no bo czemu nie. I właśnie pierwsza rzecz, która mnie tknęła, to długie podróże schodami ruchomymi w metrze. Bo tam wszystkie stacje są bardzo głęboko i schody są naprawdę długie. Jedzie się nimi i jedzie. I tak sobie można wyobrazić codzienne jazdy tymi schodami, minuty, zbierające się w godziny, kumulujące się w tygodnie jazdy w górę i w dół, w górę i w dół. Powoli, statecznie, no bo przecież nie ma co biegać po schodach (kiedyś to było nawet zakazane). Dziwaczne wrażenie, kiedy już się nad tym zastanowić.







Są jeszcze tramwaje. Są nowoczesne i stare. Przy czym, o ile zwykle jestem fanem nowoczesnych tramwajów, o tyle w Pradze te stare — czerwone — ślicznie wyglądają na ulicach. Od razu każda uliczka zyskuje na urodzie, jak tylko zjawi się na niej czerwoniutki tramwaj. Aż chce się wsiąść, nieważne przecież dokąd jedzie. (Nie, żeby bez tego tramwaju było tam brzydko).





Ach, nie można też zapomnieć o tramwaju linowym wjeżdżającym na wzgórze Petřin. Też wesoły środek lokomocji, tyle że kolejka do stacji w górę jest w niedzielę przepotworna (niestety, wagonik jest mały, nie mieści się tam dużo osób). Ale za to fajne są mijanki, nawet zrobiłem zdjęcie (poniżej).





wtorek, 29 września 2009

Labirynt luster

Na wzgórzu Petřin jest sobie taki mały drewniany niby to zameczek, niby baszta, a w nim — labirynt luster z 1891 roku. Zbudowany z okazji wystawy światowej jest tam sobie do tej pory. Składa się w zasadzie z trzech części, z czego jedna to diorama przedstawiająca bohaterską obronę Pragi przed Szwedami (tego nie będziemy pokazywać), druga — gabinet krzywych zwierciadeł (tego też nie, bo każdy wie, jak się wtedy wygląda), a trzecia — to właściwy wspomniany labirynt. Prosta rzecz, a naprawdę fajna. Zupełnie nie wiadomo, co gdzie widać. Kilka zdjęć poniżej.











Było tam oczywiście dużo dzieci ganiających po korytarzach, ale wyobrażam sobie, że gdybym był tam sam, to nie byłoby za wesoło. Z lustrami nigdy nic nie wiadomo. Czasem zdarza się zobaczyć po drugiej stronie lustra rzeczy, które nie koniecznie chciałoby się oglądać. No i na dokładkę jeszcze są choćby te wszystkie rzeczy opisane w „Cieniu kata” Wolfe’a. Coś może stamtąd przecież przyjść. No ale w tłumie można liczyć na to, że wiele się nie stanie. Byleby tylko nie przejść przypadkiem przez żadne lustro.

Ale bardzo uważałem. Chyba się tym razem jeszcze udało.

Chociaż?...

Magiczna jaskinia



Czasem idąc zupełnie na ślepo trafia się na bardzo ciekawe miejsca. Na przykład gdzieś w Pradze znalazłem galerię obrazów, rzeźb i ceramiki artysty (o którym, żeby nie było, nigdy wcześniej nie słyszałem) nazywającego się Reon. Galeria, a raczej domek z piwnicą, nazywa się „Magiczna jaskinia”.

Reon zajmuje się najogólniej mówiąc światem wróżek. Raczej jego albumu bym sobie nie kupił, ale tu zupełnie nie o to chodzi. Bo tam jest dom przetworzony na magiczny kawałek magicznego świata — wszędzie fauny, mordy, ryje, rogi, smoki, stalaktyty, dziwne rośliny, zieleń, niezwykle barwne kwiaty, no i oczywiście nagie panny. Wszystko w zielono-brązowo-czerwonawo-niebieskawo-magicznych kolorach. W szczególności cała klatka schodowa to fantastyczna kolekcja kobiecych portretów z różnymi rzeczami na głowie: krabem, smoczkiem, kotkiem i innym tałatajstwem. Trzy piętra takich atrakcji, plus smok i parę stworów przed wejściem. Rzecz naprawdę warta odwiedzenia (oczywiście, gdy się jest miłośnikiem fantasy i wróżek, no ale kto nie jest!).

Tak więc zapraszam do Argondii (tym razem nie na Picasie, bo bardziej mi się podoba na czarnym tle :-)).

Tylko uważajcie na zdradliwe chochliki.

poniedziałek, 28 września 2009

Czarne światło

Wakacje, nawet krótkie, to zawsze jakaś odmiana — wypada na nich robić rzeczy, których zwykle się nie robi. Ja na przykład rzadko chodzę do teatru. A Praga to o tyle szczególne miejsce, że miejscową specjalnością jest tzw. czarny teatr (Černé divadlo albo black light theatre), czyli coś na kształt multimedialnego przedstawienia. Opiera się głównie na pantomimie (dzięki czemu daje to radę, bo nie trzeba znać czeskiego), lalkach, rysunkach i muzyce, a główną stosowaną techniką jest patent polegający na tym, że zupełnie niewidoczni, bo ubrani na czarno ludzie przemieszczają się po czarnej scenie, sterując rekwizytami. Do tego dochodzą akrobacje cyrkowe, wyświetlanie filmów bądź rysunków na pociętej w paski półprzezroczystej kurtynie, efekty uzyskiwane ultrafioletem i niesamowicie ładne dekoracje. Rzecz dość ciekawa.

Możliwości jest dużo, są mniej i bardziej znane teatry, są przedstawienia oparte na muzyce Beatlesów itp. Ja się wybrałem na coś o nazwie Aspects of Alice, oparte niezwykle luźno na Lewisie Carollu, ale za to dziejące się w praskiej scenografii. Filmik pozwoli zorientować się, o co chodzi. Wrażenie - bardzo pozytywne.



A przy okazji ciekawostka. Praga bardzo chce, żebym był studentem. W wielu miejscach — galeriach, muzeach — jestem pytany, czy nim jestem. Oczywiście odpowiadam, że nie i poproszę o zwykły wstęp dla dorosłego, ale i tak dostaję bilet dla studenta. W teatrze Ta Fantastika kasjer zastosował zupełnie inny trik - gdy powiedziałem, że nie jestem studentem, stwierdził, że nie ma mi jak wydać i musi mi i tak dać bilet dla studenta. Pięknie. Nie wiem, o co chodzi, może to miasto chce mi coś powiedzieć, ale na pewno wychodzi wszystko taniej.

Tylko co by na to powiedział Wilq?

Tańczący dom i złoty anioł

Tańczący Dom i Złoty Anioł to nazwy dwóch nowoczesnych budynków w Pradze.

Pierwszy z nich został zbudowany przez Francka Genty'ego (tego od jednego z moich ulubionych budynków, jakie widziałem — muzeum Guggenheima w Bilbao (Kraj Basków) — zdjęcia są tu, tu i tu) we współpracy z niejakim Vlado Millunicem w 1996 roku. Historia jest taka, że ów Vlado mieszkał sobie czas jakiś w sąsiednim budynku razem z Vaclavem Havlem. Obu było niezwykle smutno, że działka obok stoi pusta. Jak tylko czasy się zmieniły, to znaczy upadł komunizm, a Havel został prezydentem, postanowiono coś z tym zrobić. Tak więc powstał Tańczący Dom. Wygląda na to, że początkowo dwie części budynku symbolizowały dwa elementy federacyjnego państwa, jakim była Czechosłowacja — teraz to już tylko wspomnienie. Tak czy inaczej budynek stał się przymiarką do wspomnianego muzeum Guggenheima, niemniej jednak jest zupełnie sympatyczny. Ślicznie się te dwie części do siebie przytulają.




Ale nie ma co się martwić, my też mamy swój Krzywy Domek w Sopocie.

Złoty Anioł to z kolei dzieło Jeana Nouvela z 2003 roku i jest to taki tam po prostu budynek biurowy,  też trochę powyginany. Tyle że w szkle wyryty jest wizerunek anioła z filmu Wima Wendersa. Anioł opiekuje się dzielnicą, a chyba przede wszystkim jej odnową. Sam nie wiem — budynek chyba byłby ładniejszy, gdyby ktoś go nie zapisał w całości na czerwono. Trudno zresztą powiedzieć.



Obok za to jest parę innych ciekawych rzeczy: centrum handlowe i kino. Też fajnie wyglądają.



I to chyba tyle nowoczesnej Pragi. Niedużo. W sumie, jakby się nad tym zastanowić, w Warszawie chyba więcej nowej architektury (mówię o takiej, na którą da się patrzeć oczywiście).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...